Życie na ziemi było o wiele trudniejsze niż na Elbion, które opuściłem jeszcze jako dziecko. Idealność i przy tym przewidywalność stworzonego wymiaru nudziła mnie, gdy jeszcze tam żyłem, ale gdybym miał możliwość wybierać po raz drugi, wolałbym to niż ziemię skażoną złem. Ziemię, która na zawsze odmieniła życie tego dziecka, co przybyło na nią już dawno temu. Wielu nadal mówi, że potwór, który jest moim ojcem to najgorsze, co mogło się przytrafić społeczeństwu, ale ja uważam, że gorsi od seryjnego mordercy są ludzie, którzy po wyrządzonej drugiej osobie krzywdzie zostawiają ofiarę na pastwę losu, żywą, dla której już lepsza byłaby śmierć. Tak rodzą się kolejne demony żądne zemsty na swych prześladowcach, pragnące oczyścić ludzkie społeczeństwo z choroby. Tak właśnie narodziłem się również ja, na nowo w tym zapchlonym świecie.
Siedziałem właśnie w bogatym pomieszczeniu wielkiej rezydencji, z której do mnie, jak i do pozostałych tu obecnych już jakiś czas temu zatelefonowała pewna tajemnicza osoba.
Był to mężczyzna, którego ludzie niedawno pomogli mi i Fav, a właściwie uratowali nas od Jeffa, naszego ojca. Gdyby nie oni, zapewne oboje byśmy wtedy zginęli. „Ale czy nie byłoby to lepsze od tkwienia w tym bezwartościowym świecie, bez jakiegokolwiek powodu do życia?”. Kto wie...
Usłyszeliśmy miarowy dźwięk zbliżających się w naszą stronę kroków, aż w końcu drzwi od pomieszczenia, w którym się znajdowaliśmy otworzyły się. Do środka wszedł wysoki, ubrany w garnitur, młody szatyn. Zamknął za sobą drzwi i zmierzył nas tu obecnych swoimi złotymi oczami.
– Pan Higgins? – odezwała się siedząca nieopodal mnie, różowo-włosa dziewczyna. Jeśli dobrze zapamiętałem, miała na imię Midnys.
– Higgins jest starcem. – mruknąłem niechętnie, przypominając sobie rozmowę telefoniczną, poprzez którą się tutaj znalazłem. Głos mówiącego zdecydowanie nie należał do młodej osoby. Zmierzyłem więc przybyłego uważnym spojrzeniem, zastanawiając się kim może być. On również od razu po tym jak się odezwałem zawiesił na mnie spojrzenie. Roześmiał się.
– Tak, zgadza się. Jestem jego synem, dla was Joker. – przedstawił się, przenosząc spojrzenie ze mnie na pozostałych. – Każdy z was tu obecnych został uratowany przez mojego ojca lub jego ludzi, dlatego teraz będziecie dla niego pracować. On w zamian za to zapewni wam bezpieczeństwo. – objaśnił, najwyraźniej chcąc od razu przejść do sedna tego, po co się tutaj znaleźliśmy.
– Co będziemy robić? I po co mamy to robić? – uniosłem brwi, wypowiadając na głos pytanie, które wisiało w powietrzu, ale nie wiadomo dlaczego, nikt go przede mną nie zadał.
– Wszystko w swoim czasie. Tak czy siak będziecie zespołem, a co do tego po co macie to robić... Bo inaczej będę mógł osobiście was zabić. Nie macie wyboru. – zapanowała głucha cisza, którą przerwał mój donośny śmiech.
– Chcesz powiedzieć, że skoro i tak mieliśmy zginąć, to nie ma różnicy czy to miało się stać wtedy czy teraz? – uniosłem brwi, rozbawiony. Nie czekając na odpowiedź postanowiłem dokończyć. – Chyba wolałem żeby zabił mnie seryjny morderca, a nie pierwszy lepszy człowiek z ulicy, którego nawet nie prosiłem o pomoc. – spoważniałem. Favette, siedząca obok mnie rzuciła mi karcące spojrzenie. No tak, jej postrzeganie świata nieco różni się od mojego.
– W takim razie może jeszcze kiedyś nadarzy się na to okazja. Do tego czasu musisz słuchać się rozkazów Higginsa. – odpowiedział ze spokojem namalowanym na twarzy. Jedynie jego oczy zdradziły mi to, czego się spodziewałem. Podpadłem mu. To spojrzenie mogłem rozpoznać niemal od razu, spotykałem się z nim naprawdę często, dlatego nie robiło na mnie zbytniego wrażenia.
– Ojciec kazał również, aby przekazać wam pseudonimy, którymi będziecie się od teraz posługiwać. Dziesiątka, Król, Walet, Dama – zaczął od różowo-włosej dziewczyny, przechodząc do szatya z grecką urodą, białowłosego chłopaka i mojej siostry. Później spojrzał na mnie. – I As, przywódca tej sfory. – omal nie zachłysnąłem się powietrzem słysząc jego ostatnie zdanie.
– Czekaj, co? Że niby ja przywódcą? Jestem samotnikiem, wybierz sobie kogoś innego. – uniosłem brwi, przewracając oczami.
– Tak wybrał Higgins, nie ja. Zanim to zrobił, obserwował was, aby mieć pewność, że spełnicie jego oczekiwania. – mówił całkowicie poważnie, ale z nutką rozbawienia widoczną na twarzy. Naprawdę go to śmieszyło. Wstałem gwałtownie ze swojego miejsca, stając naprzeciw Jokera. Dopiero teraz zauważyłem tą różnicę wzrostu pomiędzy nami, kiedy musiałem unieść głowę wysoko w górę, aby spojrzeć mu w oczy. Mierzył zapewne blisko dwóch metrów. Oprócz przepełniającej mnie teraz złości, poczułem dodatkowe zażenowanie tym faktem.
– Dobry żart, ale nie mam dzisiaj na takie humoru. Wynoszę się stąd. – wycedziłem ze złością. Chciałem go wyminąć i wyjść z pokoju, ale nagle zza pleców chłopaka zamajaczył dziwny kształt, przed którym nie zdołałem umknąć. Coś jakby na wzór czarnych macek, bardziej przypominających jednak dodatkowe ręce uderzyło mnie w twarz tak mocno, że wylądowałem na środku pokoju.
– Nol! – od razu dopadła mnie Favette, chcąc sprawdzić czy wszystko w porządku, ale odepchnąłem ją od siebie ręką.
– Macie być posłuszni już odkąd się tutaj znaleźliście. Pierwsze przewinienie wam daruję, bo nie zdążyliście się jeszcze z tym wszystkim oswoić. – zaśmiał się Joker, patrząc na mnie z góry. – Idźcie do przydzielonych wam pokoi, niedługo ktoś przyniesie wam listy z pierwszą misją, jaką macie wykonać. – i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Zacisnąłem pięści, po chwili dźwigając się z ziemi na nogi. Dotknąłem ręką miejsca, w które dostałem – zostało na niej trochę krwi.
– To nieźle się wpakowaliśmy. – mruknął szatyn z grecką urodą, odwracając się w stronę okna.
– Cholerny bydlak. Rozwalę go. – chciałem ruszyć się w stronę drzwi, ale mojego ramienia dotknęła czyjaś ręka. I nie była to ręka Fav. Odwróciłem się w stronę białowłosego chłopaka.
– Wstrzymaj się, nie tylko ty w tym tkwisz. Jeżeli nadaży się okazja, z chęcią ci pomogę go sprzątnąć. – przekszywił głowę trochę w bok, spoglądając mi w oczy.
– Nie potrzebuję pomocy. – prychnąłem, ściągając jego rękę ze swojego ramienia.
Chciałem odwrócić się już w stronę drzwi, ale tuż przed sobą zastałem różowowłosą. Wpatrywała się we mnie nie wyrażającym emocji spojrzeniem.
– Ciekawe dlaczego wybrał akurat ciebie na przywódcę. – odezwała się.
– Może dlatego, że ja się nie prostytułuję. – odpowiedziałem już zażenowany tym wszystkim, trącając ją ramieniem przy omijaniu w drodze do wyjścia. Wydostałem się na zewnątrz, a zaraz za mną wyszła Favette, wyraźnie zdenerwowana.
– Żartowałeś sobie prawda? On dał nam drugą szansę, powinieneś być mu wdzięczny. – warknęła groźnie.
– Nie dał szansy, tylko przysługę. Nie chciałem tej pomocy, więc nie obchodzi mnie co się stanie jak teraz stąd wyjdę. – odpowiedziałem z równym zdenerwowaniem, zwracając się w jej stronę.
– Ja też cie nie obchodzę? To po co mnie szukałeś? Po co wtedy próbowałeś bronić? – wycedziła przez zęby.
– Bo jesteś moją jedyną...
– Siostrą? – nie pozwoliła mi skończyć. – I co to ma do rzeczy? Ty możesz zginąć, a ja nie? Idiota. – pokiwała głową na boki, odwracając spojrzenie.
– O co ci znowu chodzi? – westchnąłem, mając już naprawdę tego wszystkiego dosyć.
– Jeżeli tak łatwo pozwolisz się zabić, kto mi zostanie? – zapytała z wyrzutem. Wstrząsnąłem ramionami, na co dostałem mocnego liścia w prawy policzek.
– No idiota. Ci ludzie też nie mają nic do stracenia, a potrafili okazać więcej współczucia niż ty. – odwróciła się na pięcie i pomaszerowała w stronę korytarza, który miał być teraz naszą własnością. Westchnąłem i podszedłem do okna, opierając się na jego parapecie. „Cholera, gdyby wtedy on nas nie złapał... Ale z drugiej strony...” przeniosłem spojrzenie na bogato zdobiony korytarz „chyba lepsze to niż jakaś stara dziura, tak jak wcześniej...”.