Od Adrik'a Cd Jolanty #31

Wzrok utkwiłem gdzieś w ciemnej przestrzeni przed nami, kiedy dziewczyna odpowiadała na moją propozycję. W ogóle nie dopuszczałem do myśli tego, że mogłaby się nie zgodzić, dlatego nawet nie wyłapałem w jej słowach niezgodności, już myśląc nad tym, jak ją stąd uwolnić i bezpiecznie przeprawić. Dopiero dziwne odczucie ulgi gdzieś w środku sprawiło, że zrozumiałem co jest nie tak. Gwałtownie podniosłem na nią zaskoczone spojrzenie, w milczeniu słuchając dalej. Dlaczego to robi? Dlaczego się nie zgodziła pomimo tego, że odnajduje we mnie coraz więcej prawdy, faktów, których przecież nie chciała znać? Jestem taki sam jak ci naukowcy którzy ją skrzywdzili, z tą różnicą, że to ja wszystkiego ich nauczyłem. Co jest z nią nie tak? Nie powinna okazywać litości osobie, która nie ma jej dla innych. 

– Wiesz, że nie musisz. – mruknąłem cicho, po widocznej chwili milczenia. Miałem zamiar wypowiedzieć o wiele więcej słów, przekonać ją, by mnie zostawiła, może nawet dając jej się specjalnie znienawidzić. Już nawet zbierałem się do dłuższej odpowiedzi, ale przerwała mi ona. 

– Ale chcę to zrobić. Nie zostawię cię teraz. – uderzyła mnie nostalgiczność słów, które wypowiedziała. Wydawały się jednocześnie odlegle znajome i uderzająco chłodne z tym co niosły we wspomnieniach. Jednak... Teraz mogę sam pomóc tym słowom stać się wiarygodnymi. Cóż, jaka będzie tego cena? 

Westchnąłem i odwróciłem od niej wzrok, uciekając myślami w inną stronę. Dotarło do mnie jedynie, że kiedy trochę odleciałem, wspominała o jakimś Nerge. Skąd ja go znam? Ah... No tak, to tamten typ, z którym wcześniej mieszkała. Czy na pewno powinienem sprowadzić ją ze sobą do miejsca, w którym on teraz jest? Nie byłoby miło, gdyby zaczął się stawiać tylko dlatego, że ją zobaczył. I tak mam już na głowie za dużo problemów.

Przymknąłem oczy, odgarniając jednocześnie z czoła smyrające, nieco pozlepiane kosmyki. Nieświadomie chwilę trwałem w stanie nicości, ciesząc uszy nastałą ciszą. Dopiero, kiedy poczułem jej zimne palce na swoim policzku, uchyliłem powieki, podnosząc na nią zaskoczone spojrzenie. Nawet kiedy odsunęła rękę od mojej skóry, uczucie przyjemnego chłodu trwało na niej jeszcze chwilę. 

— Adrik... Jesteś metamorfozą, nie powinieneś już się zregenerować? – zapytała. Właściwie chyba powinienem. Jak długo dokładnie byłem nieprzytomny zanim obudziłem się tutaj? Wygląda na to, że podana mi dawka mogła być nieco większa niż przypuszczałem. 

— Huminium dalej działa... Jestem słaby jak mierny człowiek. – odpowiedziałem. 

— Jak długo to potrwa? Jeśli wdało się zakażenie... Możesz umrzeć bez lekarstw. — podniosłem na nią rozbawione spojrzenie, unosząc jeden kącik ust w słabym uśmiechu. Czyżby naprawdę się o mnie martwiła? No cóż, teraz przynajmniej mogę czekać na powrót sił. Gorzej byłoby, gdyby jakimś cudem doprowadzili mnie do takiego stanu w mojej normalnej formie, o ile to w ogóle możliwe. 

— Wcześniej zdążę odzyskać siły. Nie wiem ile czasu już minęło, ale dalej czuję je we krwi. Pewnie za kilka godzin wrócę do siebie, ale oni wcześniej dopłyną do brzegu. – mimowolnie zerknąłem w dzielący nas od pokładu sufit, znad którego co chwilę dało się słyszeć odgłosy załogi. Teraz deski nad nami wyraźnie zaskrzypiały, a zaraz po tym usłyszeliśmy stłumione głosy, pełne nadziei na uwolnienie Aralun tuż po mojej śmierci i przypadkowego wyjawienia nam planu jej dotyczącego. Poczułem gorzkie rozbawienie w głębi siebie. Gdyby tylko to działało w ten sposób. 

— Zabiją nas. Zabiją... – przerażony głos Jolanty momentalnie zwrócił moją uwagę i wprawił mnie w lekkie zaklopotanie. 

— Oliva... – mruknąłem spoglądając na nią. Jej ręce kurczowo trzymały się włosów na głowie, ułożonych w nieładzie, ściskając je jakby mogło to ją uratować. Nagle jednak się rozluźniła, a w jej oczach, które spotkały się z moimi, zawidniała nadzieja. Złapała mnie mocno za nadgarstek. 

— Przemień mnie. – wymówiła z pewnością w głosie. Zamrugałem ze zdziwienia, niezbyt pewny czy powiedziała to naprawdę, czy już majaczę. 

— Co?

— Podaj mi gen. Masz jakiś przy sobie, prawda? Inaczej się stąd nie wydostaniemy. – ciągle mocno trzymała się mojego nadgarstka, patrząc mi w oczy z przekonaniem. Czułem, jakby nic nie mogło odciągnąć jej od tego pomysłu i to przytłoczyło mnie w jakiś dziwny sposób. 

Sięgnąłem drugą ręką do głębokiej kieszeni poplamionego krwią i brudem kitla, napotykając palcami znajomy kształt strzykawki. Poruszenie wywołało niemiły ból w zranionym ramieniu. Na chwilę zastygłem, zaciskając mocniej palce na chłodnym, szklanym kształcie. 

— Myślałem, że nie chcesz mieć nic wspólnego z metamorfozami. – stwierdziłem po chwili, zastanawiając się czy ona naprawdę tego chce czy może działa teraz pod wpływem chwili. W odpowiedzi wzruszyła ramionami, dopiero po chwili zamieniając to w słowa. Miałem wrażenie, że spodziewała się po mnie innej reakcji. Trochę jakbym miał przemieniać w metamorfozy wszystko co spotkam na swojej drodze, a co się rusza. 

— Sam powiedziałeś, że Huminium raczej nie przestanie działać zanim dotrzemy do brzegu. Tak po prostu nikt nas nie wypuści. Nie chcę jeszcze umierać... — mówiła, coraz bardziej ściszając głos. Po jej słowach zapadła chwilowa cisza, podczas której moje myśli dosłownie biły się ze sobą nawzajem. Przerwał ją dopiero głośny krzyk, dochodzący gdzieś z pokładu nad nami. 

— Widać brzeg! Niech wszyscy się przygotują do zejścia z pokładu! Upewnijcie się, że wszyscy wyszli. Nie chcemy, żeby ktoś został. – ogłosił donośnie. Te słowa zdecydowanie przyniosły reakcję podobną do zostania oblanym wiadrem lodowatej wody. Od razu zauważyłem przerażenie w oczach Jolanty. Poruszyła się niespokojnie i przenosząc spojrzenie z niewidocznego źródła dźwięku znowu zwróciła się ku mnie. 

— Adrik, podaj mi ten gen. Nie mamy czasu. – ten stanowczy ton wyraźnie jej nie pasował. Byłem niemal pewny, że pod tą pewnością siebie kryje się zawahanie i lęk. Czy było jednak dla nas teraz jakiekolwiek inne wyjście niż to które sama zaproponowała? Gdybym tylko wymyślił jakiś plan nie polegający na przyjęciu tak dużej dawki huminium... 

Ścisnąłem ugrzaną już pod wpływem mojego dotyku strzykawkę. Po chwili zawahania podniosłem się do siadu, aby wydobyć ją z kieszeni w jak najmniej bolesny dla mojego ramienia sposób, co jednak nie do końca pomogło. Syknąłem z niezadowoleniem, przenosząc na nią wzrok. 

– Nawet nie wiem czego to jest mieszanka. To ostatnia jaką mam przy sobie. – otworzyłem przed nią dłoń z jej zawartością. 

— Świetnie. — niemal od razu chwyciła to, co jej podałem – Gdzie się ją wbija? – zapytała spoglądając na mnie pytająco. Trzęsła się nerwowo, miałem wrażenie że coraz mocniej. Więc tak jak myślałem, tylko udawała że chce to zrobić. Zmarszczyłem brwi. 

Obróciłem się na posłaniu, siadając tuż naprzeciw niej. Chwyciłem jej dłoń, która momentalnie drgnęła tak mocno, że prawie udało się jej wyszarpnąć. Strzykawka zdążyła jednak trafić znowu do mojej dłoni, zanim cokolwiek się z nią stało. 

— Ja to zrobię. – westchnąłem. Sprawną ręką chwyciłem łokieć jej dłoni, który rozprostowałem. Na wierzch wyszły podrażnione żyły, otoczone dookoła niezagojonymi jeszcze, trzymającymi się w stanie opuchlizny ranami. 

— Zrobisz to szybko? — zapytała. Trzymając jej łokieć w swoim uścisku czułem jak nadal trzęsie się z nerwów. Bała się? Poczułem uderzające we mnie poczucie winy. 

– Nawet nie poczujesz. – zebrałem wszystkie swoje umiejętności aktorskie, posyłając jej przelotny uśmiech. Zanim zdążyła się bardziej przygotować, sprawnym, wyćwiczonym ruchem wbiłem igłę w jej żyłę, wstrzykując substancję. Musiałem mocno ją przy tym trzymać, czując jak cierpi na tym moje ramię.

– Co ty... – Usłyszałem nad sobą, odwracając wzrok w stronę drzwi od pomieszczenia, w których stanął Thomas. Właściwie zanim dotarł do mnie fakt jego osoby, poczułem gwałtowne odepchnięcie, dużo silniejsze niż poprzednie próby wyrwania się dziewczyny. Upadłem niefortunnie na zranioną kończynę. Jęknąłem z bólu, czując jak uszy wypełnia mi nagły pisk.

Z trudnością przerzuciłem się na plecy, kątem oka dostrzegając, jak przemieniona już dziewczyna rzuca się na przybysza w drzwiach, przy okazji wyrywając te z framug. Zakryłem twarz przed kawałkami drewna, które odprysnęły w moją stronę. Dopiero po chwili, zauważając że przemieniona znika z mojego pola widzenia zebrałem wszystkie swoje siły, by podnieść się na nogi i wstać. Ruszyłem chwiejnie jej śladami, co chwilę wpadając na ściany po bokach. Pod nogami widziałem krew. Krew i kawałki tego, co zostało z osoby, która stanęła w naszych drzwiach w niewłaściwym momencie. Nie było jednak czasu teraz się tym przejmować. Być może nawet jej się nie przypomni, że doszło do czegoś takiego, a jeżeli nawet, mogę powiedzieć, że sam to zrobiłem. 

Wspiąłem się po schodkach, gdzie momentalnie uderzył mnie widok panującego harmidru. Ciężko było mi wyłapać konkretne zdarzenia aktualnej chwili przez nieustępujący ból. Wzdrygnąłem się na widok szarżującej w moją stronę Jolanty, dopiero po chwili zauważając w jej postawie, że odzyskała już świadomość. Chwyciła mnie w przednie łapy i wzniosła się na skrzydłach poza przeludniony pokład, w parę sekund zostawiając go w tyle. Gdzieś blisko nas przeleciało parę strzał, zanim hałas z okrętu stał się tylko cichym odgłosem majaczącym z daleka. Przez chwilę panował przyjemny spokój, wiejący wiatr dawał przyjemny chłód i jednocześnie ukojenie. Poczułem, że powieki same mi ciążą, zupełnie, jakbym zaraz miał zapaść w sen. Dopóki nie zaczęliśmy spadać. Zanim się zorientowałem, wylądowałem puszczony przez Jolantę wprost do lodowatej wody. Natychmiastowo odzyskałem wszystkie zmysły, walcząc z własnym ciałem, by nie opaść na dno. Miałem wrażenie że trwało to wieki, zanim udało mi się poczuć pod nogami ląd. Popchnięty przez falę niemal upadłem na piasek z ulgą. Ramię paliło mnie teraz jakby znajdował się w nim żar i pomimo tego, że nie czułem nawet jakiegokolwiek zimna, zauważyłem że drżę. Zacisnąłem na chwilę powieki i odgarnąłem przemoczone końcówki włosów z oczu. Szczypały mnie oczy. Czułem, że działanie huminium zaczyna ustępować, jednak nadal w zbyt małym stopniu, bym mógł zacząć się regenerować. Czy aby na pewno dam radę wytrzymać? Chyba jeszcze nigdy przedtem nie miałem takich wątpliwości co do swojego stanu zdrowia. Nigdy nie byłem ranny w taki sposób i osłabiony na tyle, by nie móc regenerować się nawet w powolnym tempie. Ale nie mogę się poddać. Nie teraz. 

Zwróciłem spojrzenie w stronę Jolanty, której dopiero w tej chwili udało się wyjść na brzeg. Nadal była w swojej dopiero co przemienionej postaci. Wielkie, biało czarne skrzydła leżały bez ładu po jej bokach, poruszając się co chwilę bez większego sensu, jakby nagle zapomniała, w jaki sposób przed chwilą używała ich do ucieczki. W końcu udało jej się na nich odrobinę podeprzeć. Skierowała na mnie swoje niepewne, pytające spojrzenie, z którego łatwo odczytałem jej myśli. 

Dobrą chwilę zajęło mi podniesienie się i podejście do niej, a później powstrzymanie własnego ciała od upadku. Nie mogłem powstrzymać nawiedzających mnie co chwilę dreszczy. W końcu sprawną ręką sięgnąłem karku dziewczyny, jednym ruchem mocno zaciskając palce w znanych mi punktach. Jolanta krzyknęła, w mgnieniu oka wracając do ludzkiej postaci. Chciałem uchronić ją od upadku, jednak po chwili sam znalazłem się na kolanach, trzymając ją w objęciu sprawnej ręki. 

– Wszystko boli cię po przemianie, wiem. – szepnąłem – ale to minie. Zwykle całkowite przeswojenie substancji zajmuje najdłużej jeden dzień. Po tym czasie będziesz już w stanie regenerować się szybciej. – wyjaśniłem, chociaż nie byłem pewny czy wybrzmiało to jasno i czy w ogóle dotarły do niej te słowa przez ból, z którym teraz zapewne walczyła. Nie była nawet w stanie na mnie spojrzeć. 

Podniosłem więc wzrok na otaczający nas teren, by się po nim rozejrzeć. Tuż za linią jasnego piasku zaczynał się las gęsto usianych drzew. Granica ciągnęła się aż do ledwie widocznego w oddali portu, do którego zapewne miała plan zmierzać nasza była załoga. Tam mieli podpalić statek wraz ze mną i Jolantą w środku. Skoro tak, zapewne nie będą dalej płynąć starym kursem, ale ruszą naszym śladem. Nie musiałem długo szukać wzrokiem unoszącego się na wodzie kształtu. Nawet nie wyglądał jakby był szczególnie daleko stąd. Czy są teraz w stanie dostrzec nas na plaży? 

– Musimy uciekać w las. Nie ma innego wyjścia. – stwierdziłem – Pomogę ci wstać. – chwyciłem ją mocniej. Właściwie nawet mi samemu było ciężko się podnieść. Kiedy oboje jakoś stanęliśmy na nogach, czułem się jakbym właśnie przebiegł niewiadomą ilość kilometrów. Przeciągnąłem rękę Jolanty przez swój kark, aby mogła się na mnie oprzeć by nie upaść w trakcie marszu. 

– Adrik, przecież sam ledwo się trzymasz... Dam radę sama. – zaoponowała od razu, jednak nie pozwoliłem jej cofnąć ręki. 

– Pewnie, ale wolę ci pomagać niż zbierać później z ziemi. – posłałem jej rozbawione spojrzenie. Nie mam pojęcia jak daleko od nas znajdował się statek, kiedy udało nam się zniknąć poza granicą lasu. Słońce dopiero wstawało, jednak przez gęstość terenu nadal panował tutaj półmrok. 

– Twoja rana... – Usłyszałem. Miałem wrażenie że to dreszcze, które co chwilę mnie nękały zwróciły jej uwagę w tamtą stronę. Faktycznie nie wyglądało to dobrze, krew mocno przesiąknęła już opatrunki, spływając dalej w dół. Nawet czułem się, jakbym był teraz w stanie zasnąć na stojąco, kiedy tylko na sekundę się zatrzymam. 

– Będzie paskudna blizna. – wymusiłem śmiech, mając nadzieję, że może poprawi to samopoczucie również mnie. Zauważyłem jednak przejęcie w jej oczach, nie udało się. – I tak nic z tym teraz nie zrobisz. – westchnąłem po chwili, odwracając wzrok na otoczenie. Moją uwagę przykuło duże drzewo, nieco większe na tle innych, które je otaczały. Po jego korze w dół spływała rozszerzająca się, wypełniona ciemnością szrama. Szczelina? Skierowałem nas w jego stronę, aby przyjrzeć się temu bliżej. Dopiero, kiedy znaleźliśmy się naprawdę blisko, zza gęstych krzaków można było zauważyć, że drzewo nisko w sobie ma wgłębienie, nawet wykopany, dużej wielkości dół. Zapewne zrobiło to jakieś spore zwierzę szukające schronienia. 

I musiało być to dawno, bo w środku zalegało mnóstwo starych, wyschniętych liści. 

– Zmieścimy się. – stwierdziłem po wcześniejszym zajrzeniu do środka. Jolanta chwilę się wahała, jednak w końcu zniżyła się powolnie, by wejść do środka. 

– To może być dobra kryjówka, będą szukać nas dalej, w głębi lasu. Do tego te krzaki zasłaniają wnętrze. – odpowiedziała. Cóż, na pewno nie było to miejsce, w którym ktokolwiek chciałby spędzić więcej czasu, jednak w naszej obecnej sytuacji wydawało się najlepsze. Wypełniający wnętrze zapach starości zmieszany z wilgocią mógł nawet całkiem nieźle maskować woń krwi przed hybrydami, które znajdowały się w szeregach szukających nas wrogów. W dodatku było tu naprawdę sporo miejsca jak na taką dziurę. Kto wie, może nawet nie zwierzę to wykopało, ale jakiś człowiek albo metamorfoza? Pomimo tego, że nogi musiałem trzymać podgięte, było również względnie wygodnie. I cicho. Zdecydowanie zbyt cicho. Po krótkiej chwili siedzenia bez słowa, wsłuchując się tylko w odgłosy lasu, poczułem ogarniające mnie zmęczenie. Próbowałem jakoś odepchnąć od siebie to uczucie, wpatrując się w stopniowo jaśniejący pod wpływem wschodu słońca teren poza wyjściem, jednak to ciągle wracało.

– Boli już mniej. – usłyszałem obok siebie. Dziewczyna leżała z przymkniętymi oczami, wyraźnie zadowolona z tego, że może odpocząć. Po chwili jednak uchyliła powieki, spoglądając na mnie poważnie. – Jak długo jeszcze nie będziesz mógł się zregenerować? – w jej głosie usłyszałem przejęcie, miałem wrażenie, że również odrobinę bezradność. 

– Sam nie wiem. Czuję, że huminium zaczyna ustępować, ale jeszcze w zbyt małym stopniu, bym mógł wrócić do siebie. – odpowiedziałem w zamyśleniu. Dziewczyna nadal spoglądała na mnie tym samym wzrokiem. Zastanawiała się jak mi pomóc? Chyba w naszym obecnym położeniu nie było to zbyt możliwe. Nie ma szans aby udało nam się znaleźć nagle inną osadę, która mogłaby pomóc. Nawet nie zawołam metamorfoz, z którymi zwykle podróżuję, nie mam pojęcia co by się stało, gdyby nagle zobaczyły tego "najsilniejszego", któremu służyły ze strachu w takim stanie. Mogłoby to wpędzić nas w jeszcze gorszą sytuację.

– Może poprawię twój opatrunek... – wyciągnęła rękę w stronę mojego ramienia, ale zanim zdążyła go sięgnąć, chwyciłem ją w nadgarstku.

– Zostaw, to nie pomoże. Przestanie krwawić kiedy nie będę się ruszał. – odłożyłem jej dłoń w miejsce, w którym trzymała ją wcześniej. Niechętnie skinęła głową.

Chłód i spokój jaki teraz panował dookoła nas, sprawiał, że naprawdę trudno było mi nie tracić świadomości. 

Chwilę milczałem w skupieniu.

– Mówiłaś... Że skoro ze mną zostajesz, chcesz lepiej mnie poznać. – wymamrotałem, powstrzymując powieki od osunięcia się na oczy. Błądziłem przed sobą wzrokiem, nie potrafiąc utrzymać go w jednym punkcie. Czułem, że muszę skupić na czymś myśli, by nie odlecieć. Nie mogę poddać się teraz senności, muszę zaczekać, aż zacznę się chociaż powolnie regenerować. Może nawet jest to dobry temat na wypadek gdyby mi się nie udało. Głupio byłoby umierać w taki sposób, tak samo jak zostawiać ją bez odpowiedzi, dla których postanowiła ze mną zostać. – Nie wiem czego dokładnie ode mnie oczekujesz, właściwie nie jestem wcale inny niż ten, jakiego zdążyłaś mnie już poznać. – zacząłem, starając się ułożyć w głowie to, co chcę powiedzieć dalej i jednocześnie odwrócić uwagę od ogarniającego mnie własnego lęku. Spojrzeniem zabłądziłem w jej poranionych jeszcze rękach, które powoli zaczęły wracać do siebie. Nawiązałem z nią chwilowy kontakt wzrokowy, by móc dodać powagi temu, co chciałem jej teraz uświadomić. – Dowodzę tymi, którzy cię tam skrzywdzili... Sam wszystkiego ich nauczyłem. – zmarszczyłem brwi. Zamierzałem wyjawić jej takiego siebie, jakiego widzę sam. Nawet jeżeli nie takiego chciała poznać. – Tak jak mnie wszystkiego nauczyło życie. Właściwie od najmłodszych lat. Moja matka zmarła przy porodzie, nawet przed jego planowaną datą. Była moją pierwszą ofiarą. Od samego początku osłabiała ją moja krew i w końcu jej organizm nie wytrzymał. Zanim odeszła, kazała ojcu rozpruć sobie brzuch, aby dać szansę przeżyć swojemu mordercy. – zaśmiałem się słabo – Przynajmniej tak mi to opowiedziano. Śmierć ojca zapamiętałem już sam. Miałem 4 lata, kiedy został pożarty żywcem przez dzikie metamorfozy nie panujące nad tym, co w sobie miały. Kłóciłem się wtedy z siostrą, zwróciłem na nas ich uwagę, dlatego to się stało. Nawet doskonale pamiętam o co. – spotkałem się ze spojrzeniem swojej towarzyszki. – Chciałem wierzyć w to, że matka wcale nie zginęła przeze mnie. Pomimo, że oni oboje uważali inaczej. Zabawne, patrząc na moje obecne życie, co? To w co chciałem wierzyć i tak szybko uległo zmianie, jak można się domyślić. Po śmierci ojca przez jeszcze jakiś czas szwędałem się ze starszą siostrą, jednak i z nią się rozdzieliłem, kiedy znaleźli nas ludzie króla. Przemieniłem się wtedy i uciekłem. Zostawiłem ją im, nawet nie zastanawiając się nad tym, że nie mogła pobiec za mną, bo nie panowała nad swoją drugą formą, tak jak ja. – uśmiechnąłem się gorzko, wbijając wzrok w swoje kolana. – Zostałem po tym już całkowicie sam. Może człowiek nie poradziłby sobie w moim położeniu, będąc jeszcze małym dzieckiem, ale kiedy urodzisz się hybrydą, dorastasz szybciej. Aby przeżyć, wykorzystywałem swoją wrodzoną siłę. Mając 7 lat byłem już zdolny samodzielnie zabić metamorfozę. W tamtym momencie przestało mi nawet ciążyć to, o co obwiniali mnie bliscy. Zamiast tego z jakiegoś dziwnego powodu zapragnąłem ukarać tego, przez którego Aralun straciło swoją normalność. Kiedy zauważyłem, że jakaś z moich ofiar mogłaby czegoś mnie nauczyć, przed zabiciem zmuszałem ją, aby to zrobiła. Mając podstawy, resztę byłem w stanie odnaleźć sam, aby w końcu wspiąć się na szczyt. Byłem już o krok od osoby, do której dążyłem. Nawet trzymałem go w swoich rękach. Wiesz co wtedy zrobił? – zapytałem, zaciskając pięść na materiale swoich spodni. Nie zaczekałem na odpowiedź. – Wyskoczył ze mną przez okno piętrowca i jakimś dziwnym sposobem uciekł. Kiedy zdołałem się zregenerować, jego już nie było. Nie mam pojęcia gdzie się teraz znajduje i czy w ogóle żyje. Mogę jedynie próbować badać jego "dzieło", aby móc je naprawić. Nie muszę dawać nadziei bezbronnym ludziom. Mogę ich przemieniać, dając im siłę i przynajmniej szanse na przeżycie w tym bezwzględnym miejscu. – spojrzeniem dałem znać dziewczynie, że skończyłem. 

– Adrik... – domyśliłem się na co zbiera myśli, dlatego znowu się wtrąciłem. 

– Nie musisz próbować pocieszyć mnie po tym, co usłyszałaś. Nawet jeżeli byś uważała, że to nie moja wina, bo byłem wtedy dzieckiem... Nic to teraz nie zmieni. W chwili obecnej nie sądzę, abym czynił źle. Nawet kiedy zabijam. – coraz bardziej czułem, że nawet kiedy skupiam myśli na mówieniu, przestaje mi to pomagać w oddaleniu od siebie senności. – A ty? Jak się tutaj znalazłaś, nie jesteś przecież z Aralun. Na pewno stąd nie jesteś... 

– Kiedy byłam mała, mieszkałam na Aries. – miałem wrażenie, że wolałaby bardziej skupić się na wymyśleniu jakiegoś sposobu, by mi pomóc, niż na opowiadaniu o sobie. Z jakiegoś dziwnego powodu mnie to zirytowało. Poczułem, że lękam się tej chwili ciszy, która między nami zapanowała. Nawet jeżeli miała trwać krótko, bo dziewczyna starała się zebrać myśli. 

– Nie milcz. – zdałem sobie sprawę, że we własnym głosie słyszę rozpacz. Miałem nadzieję, że wcale nie wybrzmiało to tak żałośnie, jak mi się wydawało. Zacisnąłem pięść, zdając sobie sprawę, że opuszcza mnie nawet siła. 

– Na pewno pamiętasz, że kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy, mieszkałam z Nerge. – zaczęła opowiadać. Próbowałem skupić się chociaż na jej słowach. Naprawdę próbowałem. W końcu jednak, powieki same oddzieliły mnie od rzeczywistości.

– Przepraszam... – szepnąłem, nawet nie wiedząc już, czy urwałem jej w pół słowa, czy trafiłem w moment przerwy. Może nawet nie wypowiedziałem tego na głos? Po prostu pochłonęła mnie senność, nie udało mi się jej wytrzymać.


Jolka? :3

© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Freepik FlatIcon