Od Adrik'a Cd Jolanty #29

Naprawdę chciałem chociaż chwilę odpocząć, dlatego kiedy usłyszałem jak ktoś znowu zwraca się do mnie „Fenrir”, tym razem na statku, na którym raczej nie powinno to nastąpić, jednocześnie zachciało mi się śmiać i coś rozwalić. Nie miałem ochoty nawet na dyskusje, dlatego kiedy to Jolanta zabrała głos, po prostu dźwignąłem się na nogi obserwując całe zajście w ciszy. Poczułem wrogość, kiedy wielkie ręce Thomasa spoczęły na ramionach Olivy, próbując ją ode mnie odciągnąć. Tuż za nim stał Mark z wymalowanym na twarzy przerażeniem. Wlepiając w niego obojętne spojrzenie zacząłem się zastanawiać czy boi się teraz bardziej tego, z kim ma do czynienia, czy tego, co sam rozpętał nie mogąc trzymać swojego szczenięcego pyska na kłódkę. 

Mimowolnie o uszy obiło mi się zdanie o „sterowanych przeze mnie laleczkach”, które sprawiło, że jedynie uniosłem jedną brew, przypominając sobie jak jeszcze parę chwil temu sami pozwolili mi sobą kierować. 

Kiedy kątem oka zauważyłem, że Jolanta traci nagle równowagę, mimowolnie od razu odepchnąłem się od poręczy za mną, by ją złapać. Również Thomas był gotów to uczynić, ale go uprzedziłem, chwytając ją w swoje ręce. Serce waliło mi jak szalone, kiedy trzymając ją na kolanach, na które z nią upadłem sprawdzałem puls. Na szczęście wszystko było w normie, straciła tylko przytomność. 

Odetchnąłem. 

– Więc stwórcy też jednak zależy na swoich podwładnych? Czy to może wyjątek? – głos zabrał znowu ten sam wysoki blondyn z hełmem, w którym tkwił po boku zwierzęcy róg zupełnie jak w tych, które nosili wikingowie. Tym razem jednak wyczułem w jego głosie ironię. Zaśmiałem się cicho w odpowiedzi, po czym odwzajemniłem jego spojrzenie. 

– Ona was uratowała. – stwierdziłem krótko. 

– Co? – niemal warknął jeden z mężczyzn stojący gdzieś po boku. 

– Ona was uratowała. – powtórzyłem, tym razem unosząc delikatnie jeden kącik ust w lekceważącym uśmiechu. Czułem, że nie mogę już dłużej utrzymać w sobie złości bez jakiejkolwiek wyrażającej ją reakcji. – Gdyby nie ona, już dawno wszyscy gnilibyście na Morhen albo w Starym Mieście umierając z głodu i wycieńczenia, a wasze bachory błagałyby moich naukowców, aby– 

Moja wypowiedź zmieniła się w bolesny jęk, kiedy czyjaś ręka niespodziewanie szarpnęła mnie od tyłu za włosy, wywlekając za nie zdala od dziewczyny, którą musiałem puścić. Chwyciłem trzymającą mnie silnie dłoń, zapierając się przy tym nogami o drewnianą powierzchnię, jednak przeciwnik puścił mnie dopiero, kiedy znalazłem się już pośrodku pokładu. Próbując się pozbierać z pozycji leżącej, starałem się odszukać spojrzeniem Jolantę, jednak skutecznie uniemożliwiały mi to sylwetki otaczających mnie dookoła Araluńczyków. Nie zdążyłem zablokować kopnięcia nadchodzącego gdzieś z boku, nie spodziewałem się go. Zwinąłem się z bólu, zrobiło mi się niedobrze. 

–Nie bij go bo jeszcze się przemieni! – jeden z głosów podniósł się ponad inne z wyczuwalnym  strachem. Kilka innych mu zawtórowało, parę osób cofnęło się ode mnie. 

– Gdyby mógł się przemienić, już by to zrobił. Musieli podać mu coś w Morhen. – pewny ton, który rzucił się w odpowiedzi zdecydowanie należał do Will'a. Stał teraz gdzieś w tłumie. Czyżby przeszła mu ochota na rządzenie się po tym jak mi zaufał? 

– W takim razie mamy okazję czegoś się od niego dowiedzieć. – mężczyzna o smukłych nogach, bo tylko tyle mogłem dostrzec w swojej pozycji podpierając się na łokciach zbliżył się do mnie, stając butami tuż przed moją twarzą. 

Przekląłem cicho, już wiedząc co zaraz będzie się dziać. Trzeba było zostać i schować się na Morhen. 

– Na początek... Jak długo będziesz w takim stanie? – po zadaniu pytania na pokładzie zapanowała cisza. Chyba naprawdę chcieli się przekonać jak długo mogą się czuć przy mnie bezpieczni. 

– Kto wie... – mruknąłem lekceważąco. 

Odpowiedział mi śmiech. Głośny, kłujący w uszy rechot. 

Zacząłem powolnie podnosić się ku górze, jednak kiedy tylko już miałem oderwać ręce od ziemi, mój rozmówca ponownie mnie do niej przygniótł, kładąc nogę na moich plecach. Zrobiło mi się gorąco od bólu w ramieniu. Byłem pewien, że przez docisk strzała przemieściła się właśnie przez ranę, wbijając głębiej. 

– Jesteś głównym naukowcem, doskonale znasz odpowiedź na moje pytanie. – mówił spokojnie. Przez jego ton poczułem się jak karcone dziecko. Zauważyłem powolnie rosnącą plamę czerwieni wokół mojego ramienia. Nie było dobrze. 

Zebrałem wszystkie swoje siły na aktorską, pewną siebie minę, maskującą ból. 

– Mogę przemienić się w każdej chwili. Na twoim miejscu byłbym ostrożny. – odpowiedziałem. 

– Tak? To może skorzystam z okazji i jeszcze trochę cię osłabię, żebyś nie pozbierał się tak szybko? – częściowo straciłem dech, kiedy jego noga na moich plecach przygniotła mnie jeszcze mocniej do drewnianej powierzchni pokładu. Próbowałem się uwolnić, ale brakowało mi sił. Srebrne ostrze noża błysnęło tuż przy mojej szyi. Zawahałem się. Co mam zrobić? Muszę wymyślić coś, co ich zniechęci... 

Uśmiechnąłem się słabo. 

– Krzywdź mnie do woli. I tak wszystko wyleczę jak tylko wrócą mi siły. – postanowiłem zaryzykować, mając nadzieję, że dzięki temu uznają, że ranienie mnie nie ma sensu. Przeciwnik zaśmiał się cicho, po krótkiej chwili cofając ode mnie nóż. Mimo to odczułem niepokój, kiedy mruknął ciche, ale drwiące „dobrze”. 

Ogarnęła mnie panika, kiedy poczułem, jak mężczyzna łapie za wystający po drugiej stronie mojego ramienia kawałek strzały i niemal ją wyrywa. Myślałem, że stracę przytomność. Obraz przed oczami poczerniał, a dźwięki otoczenia zlały się nagle w jeden głośny szmer. Ciężar na plecach zniknął, więc oderwałem się od ziemi momentalnie tracąc jednak równowagę i upadając na bok. Zaciskając powieki sięgnąłem drżącą dłonią do ramienia, które przycisnąłem najsilniej jak mogłem, aby powstrzymać krwawienie. Nie mogę umrzeć. Jolanta mnie potrzebuje. Indriah mnie potrzebuje. Jeśli umrę, one obie będą miały kłopoty. Jeśli umrę, wszystko to, o co do tej pory walczyłem legnie w gruzach. 

– Jeżeli go zabijecie, niczego się nie dowiecie! – dopiero po chwili byłem w stanie rozpoznać głos Thomasa, szarpiącego się z innym mężczyzną. 

– W takim razie będziesz mógł mu pomóc dopiero kiedy czegoś się dowiemy! – odwarknął mu tamten. Szamotanina ustała. Mężczyźni wpatrywali się w siebie jeszcze chwilę, ale w końcu jeden z nich przeszedł przez tłum, torując mi drogę spojrzeniem prosto na Jolantę. 

Cały czas miała zamknięte oczy. 

– Skoro nie zamierzasz ugiąć się pod swoim cierpieniem, może ona ci pomoże. – podłożył nóż pod jej gardło. 

– Zostaw ją! – od razu oderwałem się chwiejnie od ziemi, ruszając w jego stronę. Upadłem po drodze na kolana wraz z kilkoma plamami czerwieni. Miałem zamiar szybko się pozbierać, jednak ktoś złapał mnie od tyłu, uniemożliwiając ruch. Wirowało mi w głowie. 

– Zostaw, spokojnie. Wystarczy, że odpowiesz na pytania, a nic jej się nie stanie. – to był głos Thomasa. To on mnie trzymał. Znowu on. 

Opuściłem twarz ku ziemi, pozwalając by oczy zakryły mi kosmyki włosów. Przekszywiłem głowę delikatnie w bok, zbierając się na drwiący uśmiech. 

– Możecie być dumni. Jesteście pierwszymi, którym udało się odkryć kim jestem zanim sam na to pozwoliłem. – stwierdziłem bez emocji, cały czas starając się ściskać krwawiącą ranę, chociaż już niemal cała moja ręka była we krwi. 

– Jak długo będziesz w takim stanie? – przeciwnik trzymający nóż na gardle nieprzytomnej Jolanty powtórzył wcześniejsze pytanie, nie przywiązując zbytnio uwagi do tego, co powiedziałem. 

Westchnąłem unosząc na niego zmęczone spojrzenie. 

– Prawdopodobnie zanim nie dotrzemy na Aralun, może chwilę dłużej. – odpowiedziałem niechętnie, ale zgodnie ze swoim przekonaniem. 

Uśmiechnął się. 

– Dobrze. – stwierdził krótko, chwilę zastanawiając się o co zapewne powinien zapytać w drugiej kolejności. – Masz układ z królem Morhen, prawda? Więc dlatego nie przysyłają do nas pomocy, a tylko pomagają ci pogarszać naszą sytuację? – to pytanie zabrzmiało właściwie bardziej jak stwierdzenie.

– Mam z nim układ, ale to nie dlatego nie chcą wam pomóc. Pozostałe królestwa nie mają pojęcia co się tu dzieje. Tylko władze Morhen i ich żądny władzy król mają tego świadomość, a każdego, kto dowie się tam zbyt wiele, zabijają. Dla ludzi na Aries Aralun jest terenem działań wojskowych. – próbowałem wyjaśnić. 

– A więc nazywasz „żądnym władzy królem” swojego sojusznika? – odezwał się ktoś z tłumu. 

– W końcu Fenrir. – odburknął mu inny głos. 

Starałem się nie zwracać uwagi na te komentarze. Potwierdzały one tylko w jak wielkiej niewiedzy żyją ci ludzie. 

Mój rozmówca uciszył inne niepotrzebne głosy ruchem ręki. 

– Daj nam recepturę na lek przywracający do ludzkości. – stwierdził poważnie. Od zawrotów głowy zaczynało mi już brakować sił na ściskanie rany. Krew zaczęła pojawiać się również na drewnianej powierzchni pode mną. Właściwie miałem wrażenie, że tylko trzymający mnie uścisk Thomasa powstrzymuje upadek. 

– Nie ma. – odpowiedziałem słabo. 

– Kłamiesz. – warknął niemal od razu, mocniej chwytając Jolantę. – Daj nam recepturę na to, pod czego jesteś właśnie wpływem, ale działającego na stałę! 

Zmarszczyłem brwi, czując jak nie mogę utrzymać wzroku w jednym punkcie, wodząc nim po przeciwniku i jego najbliższym otoczeniu. Miałem wrażenie, że widzę cienką stróżkę krwi spływającą po ostrzu przy szyi Olivy. Chciałem się szarpnąć w jej stronę, ale ciało odmówiło mi posłuszeństwa. 

– Odpowiedz! – głośny krzyk rozmówcy przywrócił mnie do rzeczywistości, a przynajmniej tak mi się wydawało. 

– Nikt nie wymyślił... – zacząłem, ale nagle przed oczami zapanowała mi ciemność. Miałem wrażenie, że opadam w dół, ale nie poczułem upadku. Po prostu wszystko się urwało. 


~*~*~*~*~


Obudził mnie głośny dźwięk czyiś kroków tuż nad moją głową. Coś zatrzęsło się pod ich wpływem, jakieś drobinki z góry spadły mi na włosy. Zmarszczyłem brwi, ponownie czując ból gdzieś w okolicach prawego ramienia i uchyliłem oczy. Przywitał mnie półmrok. Jedynie dwie, wąskie stróżki światła wpadające przez szczeliny w suficie minimalnie rozświetlały wnętrze. Nie, to nie był sufit, to był pokład statku, a ja znajdowałem się właśnie pod jego powierzchnią.

Spróbowałem się ruszyć, ale ukuł mnie ból. Nieco słabszy niż przedtem, bardziej znośny. 

– Obudziłeś się. – usłyszałem. Odwróciłem głowę w stronę Jolanty siedzącej obok mnie, wyraźnie rozradowanej. Szybko jednak spoważniała. – Co oni ci zrobili? 

Sięgnąłem ręką do czoła by odgarnąć z niego półmokre kosmyki. Mimowolnie zamiast jej odpowiedzieć, zacząłem wpatrywać się w jej szyję. Nic na niej jednak nie dostrzegłem. Ulżyło mi.

– Jak długo tu jesteśmy? – zapytałem zamiast odpowiedzieć na jej pytanie.

– Nie mam pojęcia, też obudziłam się już tutaj. Co do ciebie, trochę byłeś nieprzytomny. Już myślałam, że zaraz przekręcisz się na drugi świat. Co oni ci zrobili? – chwilę patrzyliśmy sobie w oczy. Kiedy zorientowałem się, że nie odpowiadam dłuższą chwilę, spróbowałem uciec od niej wzrokiem. Usłyszałem jak poważnie wymawia moje imię.

Westchnąłem. 

– Nic wielkiego. Żyję. – stwierdziłem krótko. – Najważniejsze, że z tobą wszystko dobrze. – dodałem, właściwie uświadamiając sobie swoje słowa dopiero po wypowiedzeniu ich. Dlaczego zaczęło mi aż tak zależeć na osobie, która miała być moim obiektem testowym? Czy to rodzaj jakiejś choroby? Nie, niemożliwe, przecież nigdy nie chorowałem... Tak czy siak odczucie to było tak silne i dziwne, że nawet kiedy pomyślałem o niej jako „obiekcie testowym”, uświadomiłem sobie, że tak naprawdę nie chcę jej przemieniać. Po prostu chcę, żeby była bezpieczna, tak jak jest teraz, siedząc tu, obok mnie. 

No właśnie... 

Problem w tym, że ze mną nigdy taka nie będzie. Nikt kto ma ze mną cokolwiek wspólnego nigdy nie będzie bezpieczny. 

Chciałem jej spojrzeć w oczy, ale z jakiegoś dziwnego powodu nie potrafiłem.

– Oliva. – zacząłem, właściwie nie do końca wiedząc, co chcę powiedzieć. – Kiedy uda nam się stąd wydostać, myślę... że powinnaś mnie zostawić. Dla własnego bezpieczeństwa. – wypowiedziałem. Na jej twarzy momentalnie pojawiło się zdziwienie tymi słowami, miałem wrażenie, że nawet niepewność, zagubienie. Widocznie całkowicie rozwiałem teraz jej wcześniejsze pytanie o to co się działo, kiedy była nieprzytomna. – Pozwolę ci, nie musisz być moim obiektem testowym. – dodałem szybko, słysząc ciszę z jej strony. – Mogę pomóc ci przedostać się na Aries, tam... – jakoś dziwnie ciężko te słowa przechodziły mi przez gardło. – będziesz mogła zacząć nowe życie. Bezpieczne życie.

Dopiero teraz byłem w stanie ponownie zebrać się i spojrzeć jej w oczy. 


Jolanta? 

© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Freepik FlatIcon