Nawet pod wpływem działania Huminium byłem w stanie pokonać odległość dzielącą mnie od chaty w zaledwie paręnaście sekund. Z siłą naparłem na drzwi, niemal wpadając do środka i rozglądając się po wszystkich kątach. Nie potrafiłem dopuścić do siebie myśli, że słowa przeciwnika mogły być prawdziwe. Wciąż tkwiła we mnie resztka nadziei, że być może zrobił to tylko by odwrócić moją uwagę i uciec, albo miał w tym inny, chociażby nieprawdopodobny powód. W półcieniu wnętrza chatki jednak naprawdę nigdzie nie było dziewczyny, ani nawet oznak tego, że mogłaby tutaj gdzieś tkwić schowana. To wystarczyło abym wypadł na zewnątrz z równym impetem jak kilka sekund temu tutaj wpadłem i od razu skierował się stanowczym krokiem w stronę, w którą udali się żołnierze z Morhen, stopniowo jeszcze przyspieszając. Zamierzałem odbić ją jak najszybciej, najlepiej póki jeszcze nie zdążyli z nią nigdzie dotrzeć. Już biegiem opuszczałem bramę wioski, z determinacją patrząc przed siebie, kiedy nagle ni stąd ni zowąd silna dłoń pochwyciła moje ramię gdzieś od tyłu, zmuszając mnie do zatrzymania się. Od razu energicznie zacząłem się szarpać, nawet nie próbując ustalić kto tak naprawdę mnie zatrzymał. Doprowadziło to jednak tylko do tego, że również moje drugie ramię zostało unieruchomione, tak, bym się nie wyrwał.
– Chłopcze, nie pójdziesz sam! – wydyszał ciężki, ale przejęty, męski głos tuż za mną. Brzmiał, jakby miał zaraz opaść z sił, a jednak nie potrafiłem uwolnić się z jego uchwytu.
– Nie rozkazuj mi! – odwarknąłem niemal od razu. Zapewne gdybym nie został pozbawiony swojej siły, przemieniłbym się teraz nie zważając na to, czy ktoś by mnie rozpoznał czy nie.
Fala irytacji przeszła przeze mnie kiedy wszystkie próby uwolnienia się od uścisku zwykłych, ludzkich rąk szły na marne. Jaką dawkę Huminium dostałem, że stałem się taki słaby?
– Adrik. – dopiero, kiedy mężczyzna zwrócił się do mnie po imieniu, zorientowałem się kto mnie zatrzymał. – Nie pójdziesz sam, chłopcze. Mark'a też porwali. – Thomas trzymał mnie mocno, jak zauważyłem po odwróceniu się, ze zwieszoną ku dołu głową, jakby chcąc ukryć przede mną swoje cierpienie, a może nawet i łzy wymalowane na twarzy. Jedna z jego rąk, która puściła mnie po tym jak przestałem się wyrywać od razu powędrowała do tej niewidocznej dla mnie części, przecierając ją i gdy już był zdolny spojrzeć mi w oczy, pozostała na niej tylko głęboka powaga.
– Wyruszając bez broni, chłopcze, wzbudzisz tylko ich śmiech. Chodź ze mną, dam ci swoją, a później wyruszymy razem z innymi. – wymówił jeszcze sekundę wpatrując się w moje oczy, zanim jego dłoń wypuściła moje ramię, a on odwrócił się i stanowczym krokiem skierował ku chacie. Nawet nie zaczekał na moje potwierdzenie, zostawiając decyzję mnie samemu. Chwilę wahałem się przed jego propozycją, bo w końcu liczyła się teraz każda minuta, jednak biorąc pod uwagę to, że jeszcze chwilę temu nie mogłem uwolnić się z uścisku jego ręki, odpuściłem i ruszyłem za nim. Nie miałem pojęcia jaką dawkę usypiacza genów mi podali, a co za tym idzie ile potrwa jego działanie. Byłem teraz zwyczajnie słaby i naprawdę mnie to denerwowało, jednak... Gdyby tylko udało mi się wykorzystać tych wszystkich ludzi z wioski, którym zależy na życiu swoich bliskich, mógłbym znacznie zyskać na sile. Zdołałbym uratować Jolantę, a przy tym ukryć swój udział w tym wszystkim, a więc zapewnić bezpieczeństwo także swojej siostrze, która tam tkwi. Poza tym biorąc pod uwagę również to, że niektórzy z nich, jak głosiły plotki, mają geny, zapewne kierowanie nimi byłoby bardzo podobne do posługiwania się metamorfozami, które wykonują za mnie brudną robotę na łapankach, a których nie jestem w stanie użyć teraz, jeżeli nie chcę się ujawnić.
Spoglądając przed siebie na idącego przodem Thomasa i wyobrażając sobie go jako własnego pionka od razu poczułem się silniej. Może nie jest tak mocny jak ja w swojej normalnej formie, ale na pewno da radę położyć jednego czy dwóch żołnierzy, albo chociaż posłużyć za przynętę.
Mijając kolejne, niektóre kompletnie zniszczone chaty w drodze do celu, dostrzegłem, że do wędrówki szykuje się naprawdę spora grupa. Ludzie brali ze sobą łuki, topory, noże, włócznie - właściwie wszystko co mieli i co uważali, że nada się do jatki. Również Thomas, zaraz po tym jak dotarliśmy do jego chaty podał mi jedną ze swoich broni, która według niego będzie dla mnie najwygodniejsza. Sam zaopatrzył się we włócznię i mniejszy toporek z szerokim ostrzem.
Tuż przed wyjściem żona podała mu jeszcze mały pakunek z prowiantem. Ruszyliśmy sprawnym krokiem w stronę zebranej już całkiem sporej grupy, czekającej na ostatnich chętnych. Od razu dostrzegłem wśród rosłych mężczyzn jednego ze strażników, których wczoraj ostrzegałem przed tym, co ma się zdarzyć. Widząc go również tutaj uznałem, że to będzie idealna okazja do podbicia poprzez niego swojego autorytetu, który pomoże mi w przejęciu dowodzenia nad grupą.
– Więc wczoraj puściłeś moje słowa o nadchodzącym ataku mimo uszu, a teraz zamierzasz iść walczyć? – mój głos przebił się nad innymi, sprawiając, że na placu zapanowała całkowita cisza. Spojrzenia wszystkich zgromadzonych spoczęły teraz na mnie i na strażniku, w którego się wpatrywałem, a który także zaniemówił.
– Jakie słowa...? – Thomas przerwał ciszę i zadał pytanie, które zawisło na ustach wszystkich dookoła, a którego nikt nie był w stanie wypowiedzieć.
– Ja... Byłem pewny, że to kiepski żart, naprawdę! Poza tym wyglądasz na niewiele straszego od mojego młodego syna... – przerażony zaistniałą sytuacją strażnik zaczął z przerażeniem się tłumaczyć. Zanim ktokolwiek zdążył mu odpowiedzieć, kontynuowałem.
– Przekonałeś się już, że moje słowa były całkowicie poważne. Mogłeś ich wszystkich uratować, gdybyś tylko nie zaczął robić sobie ze mnie żartów. Skąd wiedziałem, że nadchodzi atak? Cóż, nie miałem zamiaru wam tego wyjawiać, chciałem zapomnieć o swojej przeszłości i zacząć nowe życie, ale widocznie jest to niemożliwe. – tak bardzo zacząłem wczówać się w nową rolę, że aż wewnętrznie mnie to bawiło. Naprawdę ciężko było mi powstrzymać uśmiech. – Zanim trafiłem tutaj, Morhen wyszkoliło mnie na takiego samego żołnierza jak ci, którzy porwali waszych bliskich. Z tym wyjątkiem, że ja, po zobaczeniu na czym to wszystko polega, od razu uciekłem. Tylko to mogłem zrobić, jeżeli zależało mi na własnym życiu. – opowiadałem, czując na sobie spojrzenia wszystkich zgromadzonych. Również Thomas słuchał mnie z ogromnym zaskoczeniem wymalowanym na twarzy.
– Morhen? Fenrir przejął również Aries?! – jeden z głosów przebił się ponad resztę, wzbudzając nagły niepokój zgromadzonych. A więc nie wiedzą o Morhen...
Westchnąłem, chwilę zastanawiając się jak im to wszystko wytłumaczyć.
– Nie od dzisiaj wiadomo, że pragnienie władzy zaślepia. Tak było w przypadku Ruvika, który to wszystko zaczął, ale niestety władza zaślepiła również samego króla Morhen. To na jego zlecenie prowadzone są tajne badania w podziemiach zamku.
– A więc nie mamy przeciwko sobie tylko Fenrira, ale również naszą ostatnią szansę na pomoc...? – Thomas wyglądał na przerażonego.
– Tylko Morhen. Pozostałe królestwa nie mają pojęcia o niczym, co się tutaj dzieje. – miałem wrażenie, że dzięki tym słowom nieco im ulżyło. Postanowiłem więc kontynuować, zanim ktoś znowu mi przerwie.
– Wczoraj w nocy rozpoznałem kilku żołnierzy, z którymi wtedy się szkoliłem, więc postanowiłem od razu poinformować o tym kogoś, kto mógłby wpłynąć na reakcję całej reszty. Niestety jak widać to nie pomogło. – strażnik, na którego znowu przeniosłem spojrzenie zaczął niemal kurczyć się w sobie. Najwidoczniej powoli zdawał sobie sprawę, że to wszystko jego wina. Zanim jednak wszyscy dookoła zaczęli do niego skakać i obwiniać, odezwał się rosły blondyn z blizną na policzku.
– Rean, powinieneś zostać teraz w wiosce. – stwierdził krótko, ale stanowczo do milczącego teraz w przerażeniu strażnika, nie mającego pojęcia jak się wytłumaczyć. Jego obecność widocznie powstrzymywała teraz całą resztę przed rzuceniem się na winowajcę. Miał trochę racji, kto teraz zaufa komuś, kto ma tak wysoko głowę w chmurach? Ja jednak nie zamierzałem się z nim zgodzić.
– Nie! Niech idzie. – sprzeciwiłem się. – Stało się, ale to nie powód, aby odejmować naszej grupie dodatkowych rąk do pomocy w odzyskaniu bliskich. Niech odpłaci się w ten sposób. – byłem niemal pewien, że ktoś mi się sprzeciwi. Zacząłem nawet szukać kolejnych argumentów. Zauważyłem jak blondyn z blizną, zapewne przywódca tej zgrai, otworzył usta aby odpowiedzieć, jednak ostatecznie powstrzymał się i skinął głową. Zaraz za nim zgodziła się cała reszta. Nieco zdziwiłem się, że tak łatwo chwycili mój haczyk i zaczęli mnie słuchać. Teraz zdecydowanie łatwiej będzie mi przejąć dowodzenie.
– Cóż, więc w drogę! Nie ma czasu do stracenia, zwłaszcza po tym czego się dowiedzieliśmy! – zawołał Thomas, klepiąc mnie przyjacielsko po plecach na rozluźnienie i ruszając naprzód. Kilka głosów mu zawtórowało, dodając, że „Morhen zapłaci za to, co robi”, albo że „dopadniemy ich zanim zdążą cokolwiek zrobić naszym bliskim”. Naprawdę chciałem podzielić entuzjazm tych ludzi co do tego, że wszystko skończy się dobrze, jednak byłem niemal pewny, że przynajmniej połowa tych tutaj ze mną nawet nie da rady wrócić z powrotem do domu. Takie były realia świata, w którym przyszło nam żyć. Nic jednak nie odpowiedziałem, a po prostu ruszyłem za Thomasem w stronę wyjścia z wioski.
*****
Kiedy trop wroga doprowadził nas do dawnego, głównego portu na Aralun, było już późne popołudnie. Moi towarzysze wyraźnie zdziwili się tym, co zobaczyli po wyjrzeniu z kryjówki na wzgórzu, którą zapewniały nam teraz bujne krzewy. Wyjrzałem zza zarośli, próbując określić ilu żołnierzy może tam właśnie stacjonować, jednak ze zwykłymi, ludzkimi zmysłami nie było to wcale takie proste. Jakby czytając mi w myślach tuż obok pojawił się nasz wcześniejszy przewodnik, chłopak w podobnym do mnie wieku. Również był hybrydą, tak jak ja, jednak jak się domyślałem, nieco niższej klasy.
– Czterech strażników przy dwóch wejściach, około pięciu ludzi zaopatruje jeden ze statków. Kilku jest jeszcze w budynku. Ani śladu naszych, musieli już wypłynąć. – poinformował, przenosząc spojrzenie na mnie.
– Przeprawiają ich na drugi kontynent? – tym razem był to głos blondyna z blizną, Will'a, ponieważ tak zwracali się do niego przez całą drogę inni. Stał za mną, spoglądając na port pod nami.
– Tak, na Aries. Do głównego laboratorium. – odpowiedziałem, odwracając się, by zerknąć na niego kontem oka. Chwilę milczał. Jego wzrok spoczął na jednym ze statków stacjonującym nieco dalej od innych. Nikogo przy nim nie było.
– Sprzątniemy go. – stwierdziłem, chociaż doskonale wiedziałem, że myślimy o tym samym. Will tylko lekko się uśmiechnął.
*****
Plan omówiłem jeszcze na statku, tak, aby po dopłynięciu do przeciwległego brzegu wszyscy wiedzieli co mają robić. Pozwoliłem też Will'owi dodać tam coś od siebie, żeby nie poczuł się zmanipulowany, jednak ostatecznie i tak wszystko szło zgodnie z tym, jak sobie to wymyśliłem. Ja miałem zamiar dostać się do środka wejściem, którym wchodzę tutaj zawsze, tak, aby nie wzbudzać podejrzeń będącej tam straży, gdyby coś przypadkiem wymknęło się spod kontroli. Nie powiedziałem o tym jednak reszcie, bo w końcu nie pasowałoby to do bajki, którą im opowiedziałem. Topór, który podarował mi jako broń Thomas, musiałem wyrzucić w krzaki. Nigdy nie pozwalali mi wchodzić do środka z czymkolwiek takim. Ponadto, ostatnim i stałym warunkiem zapewniającym mi wstęp było przyjęcie kolejnej dawki Huminium. Podwójna dawka tego świństwa raczej nie powinna jakoś szczególnie mi zaszkodzić, jednak była odczuwalna zdecydowanie bardziej. Ból co prawda nie trwał długo, ale zajęło mi chwilę, zanim do siebie doszedłem.
Pierwszą rzeczą, jaką zawsze robiłem po przybyciu tutaj było udanie się do „swojego” pomieszczenia. Teraz też nie mogło być inaczej. Przywdziałem biały kitel, w którego kieszenie napchałem różnego rodzaju strzykawek z substancjami przygotowanymi wcześniej. Teraz to była moja jedyna broń. Dopiero, kiedy już to zrobiłem, wyruszyłem na poszukiwania. Porwani ludzie z wioski prawie napewno byli przetrzymywani teraz w sektorze nowo dostarczonych, jednak byłem pewny, że ze względu na okoliczności Jolanta była gdzieś indziej. Tylko gdzie?
– Pan Fenrir! Witam. Pan tutaj dzisiaj zapewne dlatego, że nowa dostawa była? – tuż za mną odezwał się głos starszego mężczyzny. Dosyć często z nim tutaj „rozmawiałem”, nie, chociaż może bardziej on ze mną... Tak, to był jeden z tych, którzy czepiają się ludzi wyżej postawionych od siebie dla własnych korzyści. Chyba miał nadzieję, że dobre relacje ze mną mogły pomóc mu coś osiągnąć chociaż na starość. Szkoda, że nawet nie pamiętałem jego imienia.
– Tak. Podobno dostarczyli coś „specjalnego”. – postanowiłem chociaż spróbować dowiedzieć się czegoś, co mogłoby pomóc mi znaleźć Olivę szybciej. Staruszek zaśmiał się.
– Aaa przywieźli niezłą grupkę. Były tam dzieci z genami, chyba kilka z nich jest teraz w sektorze eksperymentalnym. Próbują coś z nich wyciągnąć i zbadać. A, no i była jakaś jeszcze jedna młoda dziewucha co twierdzili, że może mieć mocniejsze geny. Zapewne też tam ją wzięli. Czy mam jakoś pom–
– Świetnie, poradzę sobie. – Nie dałem mu skończyć. Od razu skierowałem się tam, gdzie mnie pokierował. Zacząłem mieć jednak wątpliwości, czy jeżeli faktycznie wzięli tam jeszcze kilku z dzieciaków, to czy uda się uratowanie ich. Pokierowałem Araluńczyków raczej na sektor nowo przybyłych, a nie na ten eksperymentalny.
Cóż, zobaczymy. Tak czy siak nie miałem za dużo czasu przed rozpoczęciem rebelii, więc trzeba było działać szybko.
Sektor eksperymentalny wyróżniał się grubymi, metalowymi drzwiami z malutkim, szklanym okienkiem we wszystkich pomieszczeniach. Zdarzało się, że eksperymenty wymykały się spod kontroli, wtedy takie drzwi ratowały życie innym na zewnątrz. Niestety, tylko na zewnątrz.
Mijałem kolejne pomieszczenia w każdym z nich przez małe okienko widząc albo pustkę, albo kogoś zupełnie innego niż ten, kogo szukam. Zacząłem nawet myśleć, że być może ją gdzieś przenieśli, albo wydarzyło się coś, o czym nie wiem, jednak w końcu dostrzegłem ją w jednym z białych pokoi. Leżała teraz przykłuta do stołu eksperymentalnego, ledwie otwierając oczy. Od razu złapałem za klamkę i wszedłem do środka, zamykając za sobą drzwi.
– Pan Fenrir... To jest... Podobno pan twierdził, że ten obiekt ma specjalne zdolności. – odezwał się ze zdziwieniem w głosie jeden z przebywających tam naukowców, a było ich dwóch.
– Właśnie mieliśmy podać jej geny, bo sama, pomimo bólu upiera się przy ukrywaniu pozostałych. – dodał drugi. Na chwilę spotkałem się z szeroko otwartymi, wpatrującymi się we mnie oczami Jolanty, jednak przeniosłem spojrzenie na dwóch pozostałych. Zdążyłem tuż przed tym, zanim ją przemienili.
– Tak? No to śmiało. – skrzyżowałem ręce na piersi, nie odrywając wzroku od mężczyzny, który właśnie przygotowywał strzykawkę. Kątem oka zauważyłem, jak Jolanta spogląda na mnie z niedowierzaniem. Mężczyzna już miał do niej podejść, kiedy nagle w całej podziemi rozległ się alarm.
– Co się... – zatrzymał się w pół kroku, zanim do niego nie doskoczyłem i nie uderzyłem w twarz. Upadł na ziemię krwawiąc z nosa. Drugi, młodszy krzyknął z przerażenia, rzucając się w stronę drzwi. Zanim zdążył wyjść, docisnąłem go do nich i wstrzyknąłem w szyję zawartość strzykawki, którą miałem w kieszeni. Uciekł dopiero po tym. Zanim zacząłem uwalniać Jolantę, musiałem jeszcze dobić tego pierwszego. Nie było mowy o tym, żeby wydał innym co tu się stało.
– Adrik, nie! – krzyknęła Jolanta. Wbiłem mu skalpel w szyję, odsuwając się w idealnej chwili, by nie zostać dotkniętym przez tryskającą krew.
Na korytarzu rozległy się krzyki przerażenia, kiedy już kończyłem uwalniać Jolantę z trzymających ją więzów.
– Przyszedłeś... – wyszeptała, jeszcze nie do końca chyba rozumiejąc co tu się dzieje. Pomogłem jej wstać, a później narzuciłem na nią biały kitel wiszący w rogu pomieszczenia, aby choć trochę zamaskować to, że jest tutaj obiektem. Na zewnątrz nikt teraz nie zauważy różnicy.
Kiedy otworzyłem drzwi, dobiegł nas widok panującego na korytarzu chaosu. Gdzieś przy końcu rozlegało się ryczenie metamorfozy, która zabijała każdego, kto stanął jej na drodze. Tak, to ten gość, któremu wstrzyknąłem substancję.
Złapałem Olivę za rękę i pociągnąłem za sobą na zewnątrz, szybkim krokiem kierując się w drugą stronę. Już mieliśmy opuszczać sektor, kiedy z jednego z ostatnich pomieszczeń, tuż przed nami wypadł mały chłopiec.
– Mark! – zawołała Oliva i od razu pochwyciła go za ramię. Otworzyłem ciężkie drzwi prowadzące na boczne schody sektora, miejsce, którym raczej rzadko ktoś się przemieszczał. Puściłem ich przodem, a sam zatrzasnąłem przejście za sobą. Schody biegły w górę, na wyższy hol, gdzie nie powinno teraz, podczas ewakuacji być nikogo. Faktycznie, tak było z początku. Korytarz był pusty, ale kiedy tylko zbliżyliśmy się do kolejnego wyjścia, tuż przed nami stanął uzbrojony w kuszę żołnierz. W tej chwili poczułem faktyczny strach. Jeżeli ocalę tych tutaj i sam przetrwam, on i tak doniesie na mnie królowi.
– Fenrir, jak myślisz, twoja siostra byłaby zadowolona gdyby wiedziała, że tak narażasz jej życie? – zapytał niemal ze śmiechem w głosie, jednak po chwili przeniósł spojrzenie na Mark'a i Jolantę. – A oni? Zabierasz ich stąd, żeby wkopać do laboratorium na Aralun? – uniósł brwi w rozbawieniu.
Również zerknąłem w ich stronę, zauważając głęboki szok na twarzy chłopca. Miałem powiedzieć im, aby się odsunęli, ale usłyszałem szczęk kuszy przeciwnika, którą wycelował w Jolantę. Bez chwili zawahania zasłoniłem ją sobą, przez co strzała przeszyła moje ramię.
Pocisk był na tyle silny, by powalić mnie na ziemię i jak się zaraz okazało, przejść na wylot. Poczułem ostry, zaślepiający ból. Zauważyłem jak w zawrotnym tempie do przeciwnika dopada Oliva, nie pozwalając mu załadować kolejnej strzały, jednak ten odepchnął ją od siebie ostro. Dźwignąłem się na nogi, łapiąc w sprawną dłoń strzykawkę z kieszeni, jednak zanim udało mi się wbić ją w ciało przeciwnika, ten złapał moją rękę w locie unieruchamiając ją i uderzając mną w ścianę. Straciłem na chwilę dech, którego przez silny uścisk na gardle nie mogłem odzyskać. Poczułem, że się duszę. Więc tak czują się ludzie, kiedy zabijam ich ze swoją nadprzyrodzoną siłą, której nie są w stanie się przeciwstawić. Traciłem już częściowo obraz przed oczami, kiedy pomimo bólu udało mi się wolną, ale krwawiącą z ramienia ręką chwycić kolejną strzykawkę. Wbiłem mu ją w szyję i wstrzyknąłem całą zawartość. Reakcja była natychmiastowa, puścił mnie, zataczając się po korytarzu i przeklinając. Miałem dzięki temu chwilę, aby wrócić do siebie, więc kiedy tylko wyrównałem oddech i byłem w stanie coś powiedzieć, spoglądając w oczy Jolancie wskazałem na drzwi oddzielające korytarz przed nami.
– Wyjdziesz z Mark'iem tędy. Stamtąd już usłyszysz gdzie są nasi i do nich dołączysz. – wyjaśniłem poważnie. Miałem zamiar spróbować załatwić raz a dobrze tą przybłędę, która ciągle się nas trzymała, jednak nie chciałem robić tego na oczach dziecka. Dziewczyna chyba to zrozumiała, bo skinęła głową i złapała chłopca za rękę.
– Myślisz, że podanie mi Huminium sprawiło, że wyrównałeś siły? – mężczyzna już pozbierał się do kupy i spoglądał teraz na mnie spod byka. Kiedy zauważyłem, że znowu zaczyna kątem oka spoglądać na moich towarzyszy, rzuciłem się na niego, umożliwiając im ucieczkę. Przeciwnik chociaż teraz walcząc bez swoich nadnaturalnych zdolności, nadal przewyższał mnie siłą, co wyraźnie go bawiło.
– Dlaczego tak bardzo jej bronisz? Nie zależy ci już na życiu siostry? – wycedził przez zęby. Odepchnąłem go na ścianę z zamiarem uderzenia, ale on odparł mój atak. Oboje wylądowaliśmy na ziemi. Walka zamieniła się w zawziętą szamotaninę, w której to znowu on przewyższył mnie siłą. Miałem zamiar wstrzyknąć mu kolejną substancję, tym razem śmiercionośną, której wcześniej nie mogłem wygrzebać z końca kieszeni pod wpływem czasu, jednak on przewidział mój ruch i uniemożliwił mi to.
– Twoje ataki zupełnie nic mi nie robią. To tylko ty powolnie tracisz swoje siły. Sprawię, że stracisz przytomność i zabiorę cię do króla jako zdrajcę. – wysapał tonem psychopaty. Położył rękę na moim gardle, ale zanim zdążył ją zacisnąć, z jego czoła wyłonił się czubek strzały, plamiąc moją twarz krwią, a jego cielsko przycisnęło mnie swoim ciężarem. Musiałem użyć całej swojej siły, aby się spod niego uwolnić. Spod niego i spod poczucia, że ktoś musiał mi pomóc bo sam nie dałbym rady. Dopiero kiedy udało mi się uwolnić, dostrzegłem stojącą z kuszą w ręku Jolantę, patrzącą na martwego człowieka z przerażeniem. Już niemal słyszałem na jej ustach to „zabiłam człowieka”, więc pociągnąłem ją za sobą w stronę wyjścia.
– To tylko większe zwierzę. – stwierdziłem bez entuzjazmu. – Gdzie Mark?
To pytanie wyraźnie odwróciło jej uwagę od tego, co się stało.
– Miał być tu, za drzwiami... Miał czekać! – jęknęła w panice. Oboje ruszyliśmy prawie biegiem przez korytarz w stronę dźwięków rewolucji. Wybiegliśmy do rozległego pomieszczenia z wyjściem na zewnątrz, przy którym dostrzegliśmy Thomasa wraz z Mark'iem na rękach, otoczonych walczącymi z żołnierzami Morhen Araluńczykami. Oboje nas dostrzegli, jednak nie zareagowali.
Głośne „odwrót” z ust Will'a odwróciło naszą uwagę i zapewne miało znaczyć, że zrobiliśmy, co mogliśmy i pora już się wycofywać. Od razu więc wypadliśmy na zewnątrz, wraz z resztą dopadając do statku, którym tutaj przypłynęliśmy. Nawet teraz byłem w stanie dostrzec, że nie wszystkim udało się wrócić i raczej już nigdy nie wrócą.
Wszystko działo się tak szybko, że już po chwili odbijaliśmy od brzegu, wypływając na pełne morze, a ja i Jolanta opadliśmy z nóg na skraju pokładu, opierając się plecami o barierę. Zakręciło mi się w głowie, kiedy dostrzegłem po swojej koszuli ile krwi straciłem przez ranę po strzale, która zresztą nadal tkwiła w moim ramieniu. Nie mogłem jej nawet wyrwać, żeby samemu się uleczyć, bo substancja odurzająca geny nadal nie przestała działać i gdybym to zrobił, prędzej wykrwawiłbym się na śmierć niż uleczył.
Westchnąłem poirytowany.
– Nigdy więcej nie będę cię słuchać. – szepnąłem cicho, odchylając głowę w górę.
– Dziękuję... – odparła Jolanta, jakby moje poprzednie słowa zupełnie do niej nie dotarły. Kiedy na nią spojrzałem, miałem wrażenie, że zaraz się rozpłacze. Niezupełnie wiedziałem, co mam na to odpowiedzieć, dlatego chwilę milczałem.
– Hm, możesz uznać, że przyszedłem do pracy, a ty się nawinęłaś. Nic wielkiego. – odpowiedziałem w końcu, bardziej to mamrocząc niż mówiąc. Nawet nie byłem pewny w tej chwili czy te słowa mają sens.
Przymknąłem ze zmęczenia oczy.
Jolka?