Od Adrik'a Cd Jolanty #25

28.07.2020
Zdecydowanie nie byłem przyzwyczajony do przebywania w tłumie, czy w ogóle uczestnictwa w masowych zabawach. Było to dla mnie coś równie dziwnego jak chociażby próby spokojnego życia tych wszystkich ludzi na Półwyspie Aralun, czy tymbardziej tworzenia przez nich rodzin z nadzieją na szczęście i bezpieczeństwo. Nie, oni byli pewni tego, że nic nie może się im stać. Może nawet nie mieli świadomości, co dzieje się z podobnymi do nich osadami w tym przeklętym miejscu?
Radosne rozmowy i śpiewy niczego nie spodziewających się mieszkańców wioski przepełniały moje uszy, a ich muzyka grana na własnoręcznie przyrządzonych instrumentach usilnie starała się odwrócić moje myśli od tego, co przepełniało je odkąd wyszliśmy z chaty. Od błagalnej reakcji Olivy na moje słowa o opuszczeniu wioski i zostawieniu jej samej sobie. Od braku jakiegokolwiek planu na to, co mógłbym zrobić, aby wioska nie ucierpiała, a królewscy posłańcy nie donieśli na mnie swojemu panu. Oczywiście, najłatwiejsza byłaby ucieczka - tak mógłbym ocalić Olive nie ponosząc przy tym żadnej odpowiedzialności i właściwie tak miałem zrobić już od samego początku, ale... Sam nie wiem. Ilekroć o tym myślałem, widziałem spoglądające na mnie jej szkliste oczy, błagające o to, bym nie uciekał, ale coś zrobił. Zupełnie jakbym tylko ja jedyny mógł cokolwiek z tym zrobić. Ja, będący do tej pory odpowiedzialnym jedynie za samo największe zło, które wypełzło ze Starego Miasta. Dlaczego więc prosiła mnie o coś takiego? Dlaczego sam przestałem się z nią wtedy spierać i ugiąłem się pod tym błaganiem, chociaż mogłem zrobić cokolwiek innego?
Właściwie moje myśli na dobre przepędziło dopiero popchnięcie nas przez Thomasa wprost w tańczący tłum, z którego mimowolnie od razu spróbowałem się wymknąć, jednak nie pozwoliła mi na to dłoń Jolanty i ona sama, która zbliżyła się w moją stronę. Przewróciłem oczami z westchnieniem, niezadowolony z tego, że zaraz znowu zachęci mnie do czegoś, czego nie chcę.
– Chyba nie odmówisz teraz tańca, skoro i tak jesteś już w tłumie? – jej delikatny w tłoku wszystkich innych dźwięków głos przebił się do moich uszu.
– Właśnie, że tak. – mruknąłem z uparciem, próbując uciec spojrzeniem od jej przekonujących mnie, czarnych oczu. Nawet postawiłem już krok w tył z zamiarem wycofania się, jednak zatrzymały mnie jej delikatne dłonie. Przewróciłem oczami ze zrezygnowaniem, czując się dziwacznie na myśl, że zaraz zamienię się w jednego z tych kołyszących się dookoła bez sensu ludzi.
– Nie umiesz tańczyć, co? – zapytała. Miałem wrażenie, że dostrzegłem w jej twarzy lekkie rozbawienie, na co już zacząłem szukać usprawiedliwiającej mnie odpowiedzi jednak... Nie znalazłem jej. No cóż, tym razem musiałem dać za wygraną.
– Jakoś nie było okazji. – westchnąłem poirytowany, przewracając oczami. Byłem pewien, że dziewczyna zacznie się śmiać, jednak ona tego nie zrobiła. Wyglądała nawet bardziej jakby ucieszył ją ten fakt, a w jej oczach dostrzegłem nutę determinacji.
– To nie trudne. Wolnego każdy głupi zatańczy. A póki mnie za bardzo nie zdeptasz, to nie masz się czego martwić. – odpowiedziała ze spokojem układając moje ręce na swojej talii, a później swoje na moich ramionach, tak jak miały to zrobione inne pary dookoła nas. Zaraz po tym przeszła do dalszych tłumaczeń. – Po prostu rób teraz to co ja, wyczujesz to. – wyjaśniła spoglądając mi w oczy i zaczęła poruszać się powolnie w rytm spokojnej muzyki. Początkowo skupiłem się na jej ruchach, powtarzając je i starając się przy tym by przypadkiem jej nie nadepnąć, dosyć szybko jednak załapałem o co chodzi na tyle, by powtarzać kroki bez przykładania do nich uwagi. Może nie było to trudne, ale i tak czułem się dziwnie z tym co robię. Przeniosłem więc spojrzenie na Olivę, spotykając się z jej czarnymi oczami. Z jakiegoś powodu nie potrafiłem oderwać od nich spojrzenia, nawet nie zauważając że trwa to już dłuższą chwilę. Dopiero ona uciekła oczami gdzieś w bok, jakby delikatnie się przy tym czerwieniąc.
– Dobrze Ci idzie. Naprawdę nigdy przedtem nie miałeś okazji do tańca? – zapytała.
– Nie. – odpowiedziałem szczerze. Właściwie całe swoje dzieciństwo spędziłem walcząc o życie, a nastoletniość, choć pozwoliła mi zaznać trochę spokoju, obarczyła mnie nowymi, cięższymi obowiązkami i jeszcze się nie skończyła. – Nie zatrzymywałem się nigdy nigdzie na dłużej, to wyjątkowa sytuacja. – westchnąłem. – Gdyby nie ten atak na szpital, pewnie bylibyśmy teraz właśnie tam. – dodałem powolnie po chwili, jednak bez entuzjazmu.
– W takim razie może teraz, gdy pan naukowiec zasmakuje chociaż cząstki normalnego życia, uda się zmienić jego priorytety. – Jolanta uniósła brwi, mówiąc te słowa. Spojrzała w moje oczy, jakby naprawdę wierząc, że to mogłoby się stać.
Parsknąłem, ale nie ze śmiechu. Bardziej z uczucia żałości, wiedząc, że nawet gdybym chciał, niczego nie mógłbym zmienić. Jest już na to po prostu za późno.
– Gdybym tylko mógł się z tego wycofać. – westchnąłem, spoglądając z góry wprost w jej czarne oczy, które nagle całkowicie spoważniały.
– A nie możesz? – zapytała od razu, delikatnie marszcząc przy tym brwi. W odpowiedzi powolnie, ale stanowczo pokiwałem głową na boki. Zapanowała pomiędzy nami chwilowa cisza, jednak wiedziałem, że nie na długo. Czułem te kłębiące się teraz w głowie Olivy pytania, których wybuchu byłem niemal pewny. Ta chwila spokoju i normalności była jednak tak dziwaczna, a zarazem kojąca, że po prostu nie chciałem psuć jej opowiadaniem o swoich problemach, czy w ogóle o sobie. Zanim więc dziewczyna zebrała się na wypowiedzenie pierwszego, dręczącego ją pytania, po prostu ściągnąłem jedną rękę z jej talii, aby sprawnie przysunąć i oprzeć jej głowę na swojej klatce piersiowej. Zaniemówiła, ale się nie odsunęła. Zniżyłem więc odrobinę głowę, przymykając oczy. Bardziej niż na muzyce, skupiłem się na jej niespokojnym, zaskoczonym oddechu i miłej woni ciemnych włosów, która właściwie towarzyszyła jej odkąd się spotkaliśmy. Chciałem chociaż na chwilę zanurzyć się w poczuciu spokoju, jaki właśnie mnie otoczył, więc przymknąłem oczy, dalej powolnie kołysząc się na boki wraz z Olivą. Kiedy jednak tylko to zrobiłem, gdzieś niedaleko nas rozległ się głośny, kobiecy pisk, któremu zaraz zawtórowały kolejne, a dookoła momentalnie zapanował chaos. Nie zdziwiło mnie to. Bardziej zdenerwowało, że zepsuli taki moment.
– Zaczęło się. – Rozejrzałem się gwałtownie po miejscu, ale przez tłum przemieszczających się biegiem w różne strony ludzi ciężko było cokolwiek zauważyć. Ilu ich przybyło? Z których stron? Jak wiele mają broni działającej na hybrydy?
– Adrik, ratuj ich! – Jolanta złapała mnie za nadgarstek, posyłając błagalne spojrzenie w moją stronę. Chciałem jej odpowiedzieć, ale w tłumie ludzi zauważyłem nagle ubraną na ciemno postać, zmierzającą w naszą stronę szybkim krokiem przeistaczającym się w bieg. Zanim zorientowałem się kim jest, wypuścił z ręki sztylet, wprost w stronę Jolanty. Rzuciłem się w jej stronę, odpychając ją gwałtownie i przygniatając do ziemi.
– Idź i zamknij się w chacie. Nikogo nie wpuszczaj, rozumiesz?! – wcisnąłem jej w rękę sztylet, który po trafieniu w moje ramię upadł tuż obok i nawet nie czekając na odpowiedź zerwałem się, aby dopaść do przeciwnika i osłonić Olivę. Miałem w zamiarze zatopić w jego szyi pospiesznie przemienione pazury, jednak zanim udało mi się to uczynić, ten użył anomalii, silnie odpychając mnie telekinezą w ścianę pobliskiej chaty.
– Niespodzianka. – roześmiał się. Miał taki sam irytujący ton głosu jak podczas gdy nakryliśmy go z towarzyszami na nocnej zchadzce. To był przywódca grupy, która ściągnęła na wioskę to wszystko.
– A więc to Ty posiadasz zdolność telekinezy. – uniosłem brew. Miałem wrażenie że zabrzmiało to dla niego jak komplement, bo kiedy od razu po tym odskoczyłem na dróżkę pomiędzy chaty, ruszając w przeciwnym od niego kierunku, zerwał się za mną dopiero po chwili. Może był również zbyt pewny swoich umiejętności? Tak czy siak miałem nadzieję, że nie będzie w stanie użyć anomalii gdy nie będę w zasięgu jego wzroku. Zauważyłem że część najeźdźców walczyła z ludźmi przy głównej bramie, zaś reszta starała się uniemożliwić mieszkańcom schowanie się w ich domach. Właśnie jednego z tych ostatnich spotkałem zaraz po minięciu kolejnej chaty. Nie zdążył zareagować, a już zaczął krztusić się własną krwią, kiedy przeciąłem mu gardło. Nie zamierzałem się wahać, zwłaszcza, że i tak już byłem bestią. Bez względu na to co zrobię, nie wymarzę swojej przeszłości, a najeźdźcy wioski byli teraz zagrożeniem również dla mnie, skoro ugiąłem się i zostałem wiedząc co się stanie. Zwłaszcza ci, którzy znali mnie jako Fenrira.
Właściwie mając w głowie obraz błagającej mnie o zostanie Olivy oraz mojej siostry, która mogłaby cierpieć gdyby tylko Król Morhen dowiedział się co w tej chwili robię, nie zwracałem uwagi na to jak wielu łowców i w jaki sposób zabijam. Po prostu wykańczałem ich jednego po drugim, nie mając zamiaru zostawić żadnego świadka tej jatki, pochodzącego z Morhen przy życiu. Anomalną Betę zostawiłem sobie oczywiście na koniec. Gdyby nie zaistniałe okoliczności, na pewno rozśmieszał by mnie fakt, że cały czas ściga mnie, zamiast skupić się na innych. Chciał coś udowodnić? Miał być przynętą, która mnie zajmie, ale niezbyt mu to wyszło? Tak czy siak, zaczął mnie już irytować. Szczególnie, kiedy wyskoczył na mnie z dachu jednej z chat w postaci wielkiego mutanta, gdy chciałem rozwalić kolejnego żołnierza.
– Walczysz po złej stronie, Fenrir. – parsknął zdenerwowany, kiedy uniknąłem jego ataku. Szybko przeistoczył się w człowieka, dobywając swoich zatrutych noży, którymi zaczął wymachiwać w moim kierunku.
– Nie tobie to oceniać. – mruknąłem obojętnie, posyłając mu zirytowane spojrzenie. Jego ataki były powolne, nieprecyzyjne, jakby w ogóle nie starał się mnie trafić.
– Król Maverick nie będzie zadowolony, kiedy o wszystkim mu powiem. – wycedził złośliwie, chociaż dostrzegłem w jego spojrzeniu również rozbawienie.
Zmarszczyłem brwi.
– I tak nie wyjdziesz stąd żywy. – mruknąłem bez entuzjazmu, na co mój przeciwnik zaczął się śmiać. Po prostu zatrzymał się i wybuchł gwałtownym śmiechem.
Odruchowo zacisnąłem pięści, nieco zbity z tropu jego reakcją. Szybko jednak zdecydowałem, że wykorzystam tą chwilę nieuwagi i teraz zaatakuje go ja. Zabije go szybko, ale boleśnie.
Już brałem zamach i naszykowałem się do skoku, kiedy nagle coś trafiło mnie od tyłu. Coś, przez co po moim ciele momentalnie rozszedł się pozbawiający mnie siły ból. Prawie upadłem na kolana, łapiąc równowagę w ostatniej chwili. Sięgnąłem szybko ręką w miejsce uderzenia, gdzie palcami natrafiłem na wystający z mojej skóry pocisk. Wyrwałem go, choć nawet nie musiałem sprawdzać co to.
– Huminium. – stwierdziłem pewnie. – A więc tak to uknułeś? – zerknąłem przez ramię na stojącego nieopodal za mną żołnierza, trzymającego karabin z substancją, którą oberwałem. Zaraz po tym przeniosłem wzrok na mężczyznę przede mną. Jego mina nadal była rozbawiona, jednak teraz spoglądała na mnie z wyższością. Więc chciał skupić moją uwagę na sobie i pozbawić mnie zdolności. Zaraz zapewne zaatakuje, pewny, że nie będę w stanie się obronić bez swojej zwierzęcej formy.
– Całkiem nieźle. I co teraz, zabijesz mnie? – zapytałem, czując jak wzbiera we mnie złość. Byłem już przygotowany na odparcie jego ataku. Ku mojemu zdziwieniu ten jednak pokręcił przecząco głową.
– Nawet nie wiesz jak bardzo chciałbym to zrobić. Mógłbym też ogłuszyć cie i zabrać do króla jako zdrajcę. – zrobił mały krok w moją stronę, stając centymetry ode mnie i mierząc mnie z góry. – Wymyśliłem jednak coś, co zaboli cie jeszcze bardziej, zwłaszcza, że tak twardo jej broniłeś. – wypowiedział poważnym tonem, po którym roześmiał się i odskoczył ode mnie w postaci mutanta. Minęła sekunda zanim dotarło do mnie, że to, o czym od razu pomyślałem właśnie się spełnia. To było jak wstrząs.
– Chyba nie... – nawet nie zwracając uwagi na to, czy nadal tam stoi czy już uciekł, rzuciłem się biegiem w stronę chaty, w której miała ukryć się Jolanta. Naparłem z siłą na drzwi i z impetem wpadłem do środka. Nikogo tam nie było.

Jolka? Co się stało? 😏

Od Jolanty Cd Adrik'a #24

2.07.2020
Ogień przyjemnie trzeszczał napawając mnie uczuciem spokoju i bezpieczeństwa. Woń świerkowego dymu przypominała mi o długich dniach spędzanych w towarzystwie babci. Tęskniłam za nią, za wszystkimi jej opowieściami i trybem życia jaki wiodła.
— A co, chcesz się mnie pozbyć?
Spojrzałam na wyraźnie rozbawionego tą wizją Adrika. Jego głos przypominał pomruk kota, któremu niczego w tej chwili nie brakowało. Patrzył na mnie na wpół otwartymi oczami, beztrosko wyprężony na drewnianych panelach. Widać było jak swobodnie czuje się w tej chwili.
— Skoro tak chętnie mówisz mi jak to zrobić. — Patrzyłam mu uważnie prosto w oczy. W błękitnych tęczówkach migotały złote drobiny wschodzącego słońca. Zapowiadały niebezpieczeństwo skrywane przez ich właściciela.
W pokoju rozległ się cichy śmiech poprzedzony rozbawionym parsknięciem. Patrzyłam zaskoczona na Adrika, zadając mu nieme pytanie.
— Nie byłabyś w stanie ubić muchy. Nie mówiąc o mnie.
— Wcale że nie. — Prychnęłam urażona, nachylając się w jego stronę. Podpierałam się na jednej ręce, mierząc mężczyznę upartym spojrzeniem. W końcu się jednak uśmiechnęłam widząc jego niezmiennie pogodny wyraz twarzy.
— Nie dałabyś rady — nie miał zamiaru odpuścić, wyraźnie się ze mną drażniąc.
— To nie może być takie trudne.
— A zabiłaś coś kiedyś? Cokolwiek?
Otworzyłam usta natychmiastowo chcąc odpowiedzieć, ale zamknęłam je uświadamiając sobie, że nie wiem właściwie co.
— Właśnie.
— No ale zwierzęta z wnyków..! — niemal się zakrztusiłam nabierając zbyt dużo powietrza, zbyt szybko chcąc znaleźć coś co uratowałoby moją urażoną dumę.
— Pułapki się nie liczą — mruknął wyciągając się jeszcze bardziej na podłodze, uznając za wygranego. — To one zabijały, nie ty.
— Czasem musiałam dobić zwierzęta...
— Nie liczy się.
— Jak takiś mądry to kogo w takim razie ty zabiłeś?
— Jesteś pewna, że chcesz wiedzieć? — patrzył na mnie spod uniesionych brwi.
Dopiero teraz uświadomiłam sobie że zadałam to pytanie osobie odpowiedzialnej za wszystko to, co przecież dzieje się teraz na półwyspie. Dziwnym trafem wciąż nie mogłam się przyzwyczaić, że to właśnie on przyczynił się do stworzenia tak wielu metamorfoz i do zniszczenia spokoju panującego na Aralun. Na jaką odpowiedź miałam liczyć? Była tylko jedna.
Naukowiec podniósł się nieco na przedramieniu i uniósł ciało obracając tak, że nasze twarze znajdowały się teraz na przeciwko. Przebiegł mnie niespokojny dreszcz. Nawet nie zdążyłam się odezwać.
— I tak bym ci nie powiedział. Nie uwierzyłabyś.
— Co masz na myśli? — ściągnęłam brwi w pytającym geście, próbując dojść co właściwie znajduje się w jego głowie. Krótkie wstrząśnienie ramionami tylko mnie zirytowało. — Więc wystarczy że dźgnę cię tutaj? — ubodłam go w pierś wbijając palec w miejsce gdzie znajdowało się serce. Łomotało szybko i nierównomiernie. Spodobał mi się ten rytm.
— Albo utniesz głowę.
Chwycił za dłoń, którą naciskałam na jego tors i położył ją na swojej szyi. Palce niespokojnie zadrżały kiedy poczułam pod opuszkami silne tętno. Z paniką spojrzałam w jego oczy. Jasne, przejrzyste a równocześnie ciosane ukrytym głęboko w środku chłodem lodowca. Te same dwie bryłki lodu przeszywały mnie teraz na wskroś. Pierwszy raz w życiu czułam naraz taką niepewność i przyciąganie. Miałam wrażenie jakby te chłodne oczy mnie mamiły. Jakby wcale nie były tak zimne.
Drobne zmarszczki pojawiły się w kącikach oczu naukowca. Jego skryty uśmiech przywrócił mnie do rzeczywistości.
— To irytujące. — ciężko przyszło mi się odezwać. Mój głos był zachrypnięty i stłumiony.
Odpowiedziało mi krótkie, pytające "hmm?" i uniesione brwi.
— Nie widzisz we mnie najmniejszego zagrożenia...
— Bo nim nie jesteś. Miałaś już tyle okazji żeby cokolwiek zrobić. Z resztą i tak mam na ciebie oko. — Uśmiechnął się krótko. Mogłam przyjrzeć się jego cienkim wargom, z wyraźnie zarysowanymi kącikami.
— Przepraszam — cofnęłam rękę z jego szyi zdając sobie sprawę, że dalej za nią trzymałam. Nerwowo podniosłam się na nogi i odsunęłam od kominka. Jeszcze przez chwilę czułam na sobie jego spojrzenie kiedy zaczęłam rozglądać się za czymś na przebranie. — Dziś jest ten festyn?
— Tak. Ludzie pewnie niedługo zaczną się zbierać.
— Masz jakiś plan?
— Plan na co?
— No... Nie pozwolisz chyba tym ludziom żeby skrzywdzili mieszkańców. Prawda? — spojrzałam na niego z niepewnością.
Adrik patrzył w nieokreślony punkt na suficie, milcząc przez chwilę, która dla mnie zdawała się godzinami. W końcu otworzył usta. Westchnął ciężko.
— Musimy się zbierać, — nie mogłam uwierzyć w to co słyszę — nie zostaniemy tu.
W jednej chwili doskoczyłam do niego, kiedy podnosił się z podłogi. Złapałam za ramiona i potrząsnęłam nim z przejęciem.
— Jak nie zostaniemy!? Oczywiście że zostaniemy! Nie możesz ich zostawić.
— Mogę i to zrobię. — Grymas na twarzy zdradzał, że nie czuł się komfortowo w tej sytuacji. Chciał się odsunąć ale uparcie go trzymałam. Nikt inny go nie przekona jeśli ja odpuszczę.
— Nie możesz... Nie możesz, rozumiesz!? — poczułam jak drży mi głos kiedy kolejny raz szarpnęłam jego ciałem. Moje palce uporczywie wbijały się w materiał jego ubrania i skórę, z obawy że ostatnia osoba która mogłaby coś zrobić, zaraz wyślizgnie się z mocnego chwytu.
Błękitne oczy w ciszy wpatrywały się w moją twarz. Dopiero teraz zobaczyłam skrzętnie ukrywane przez Adrika zmęczenie, tuszowane ściągniętą miną i twardą postawą. Łzy mimowolnie wezbrały pod moimi powiekami, kiedy naukowiec objął moje nadgarstki w swoje dłonie. Czułam, że przegrywam. W końcu mnie odepchnie. Jestem przecież tylko kolejną osobą, która miała przyjąć nowy gen. Będę tylko eksperymentem. Jednym z tysięcy.
— Nie możesz ich zostawić... — patrzyłam bezsilnie w jego oczy — A jak zostawisz... Ja nigdzie nie idę. Możesz mnie zmuszać jak tylko chcesz ale ja w przeciwieństwie do ciebie nie mam zamiaru ich zostawić!

Ciężko było uwierzyć jak w zaledwie kilka godzin cicha i spokojna osada przemieniła się w huczne i ozdobne miejsce. Puste stoły wystawione wokół głównego punktu wioski teraz stały uporządkowane w okrąg, przedzielony w dwóch miejscach tworząc w ten sposób przestrzeń wykorzystywaną jako ścieżka. W środku okręgu ludzie tańczyli, a młodsze dzieci bawiły się na uboczu. Na nakrytych blatach znajdowały się potrawy o jakie nie podejrzewałoby się ludzi kryjących się miesiącami przed wzrokiem miasta Fenrira. Nie widziałam takich przysmaków od miesięcy, nie mówiąc o możliwości zjedzenia ich.
Adrik niechętnie szedł za mną. Wizja pozostania w wiosce na ten dzień nie przypadła mu do gustu. Po rozmowie z tutejszymi strażnikami dopadły go dodatkowe wątpliwości. Mnie również nie przypadło nastawienie mężczyzn, którzy choć zapewnili o wzmożonej czujności w trakcie święta, wydawali się nawet nie dopuszczać możliwości, że ktokolwiek mógłby ich zaatakować, że ktokolwiek z zewnątrz mógłby znać umiejscowienie tej wioski. Naukowiec spędził kilka długich minut na narzekaniu i mamrotaniu pod nosem, zanim w końcu się uspokoił. Pomogło też przy tym ciągłe podtykanie mu do zjedzenia najróżniejszych smakołyków.
Pałaszowałam właśnie szarlotkę, kiedy najpierw rozpoznałam radosny głos, a zaraz po nim z tłumu wyłoniła się blond czupryna Marka. Chłopiec musiał zauważyć nas już wcześniej bo kierował się prosto w naszą stronę i ciągnął za rękę swojego ojca.
— Eee, Adrik..? — zwróciłam się do mojego towarzysza, ostrzegając przed niechybnie zbliżającą się rozmową.
Naukowiec podparł się dłonią o stół, przysiadając na nim w rozluźnionej pozie i uśmiechając się przywitał naszych nowych znajomych.
— Więc jednak przyszliście. — Thomas wydawał się zadowolony z naszej obecności. Poczułam na sobie krótkie spojrzenie Adrika.
— Oliva nie chciała odpuścić i zmusiła mnie do wyjścia. Prawdę mówiąc...
— To nigdy nie byłeś na dożynkach, co? — wcięłam mu się złośliwie w zdanie. Zdziwiło mnie kiedy skinął głową. — Naprawdę?
— Teraz masz najlepszą okazję! — bez zapowiedzi Thomas klepnął Fenrira w kumpelski, jednak pozbawiony wyczucia sposób po plecach. Chlopak aż wciągnął gwałtownie powietrze. — Musisz go z wszystkim zapoznać — zwrócił się do mnie.
— Nie odpuszczę tego — parsknęłam śmiechem widząc minę Adrika.
— No to już! I bawcie się dobrze! — W jednym momencie zostaliśmy zaciągnięci w tłum dorosłych tańczących ludzi.
Naukowiec próbował wydostać się z tłumu, ale szybko złapałam go za rękę. Nie zwróciłam większej uwagi na przesłanie kryjące się za jego spojrzeniem, zamiast tego przybliżyłam się do niego bardziej.
— Chyba nie odmówisz teraz tańca skoro i tak jesteś już w tłumie? — pomimo prób zaprzeczania nie dałam mu się uwolnić. Całe ciało miał zesztywniałe. Czułam że nie ma pojęcia co zrobić z rękami. — Nie umiesz tańczyć, co?
— Jakoś nie miałem okazji...
— To nie trudne. Wolnego każdy głupi zatańczy. A póki mnie za bardzo nie zdeptasz to nie masz się czego martwić. — Chwyciłam jego dłonie i ułożyłam na mojej talii. Zamierzam go nauczyć. To na pewno.

Adek? 😏 co się dalej zdarzy?

Od Adrik'a Cd Jolanty #23

19.05.2020
Słuchanie wymyślonej opowieści o naszej „miłości” sprawiało mi naprawdę wielką frajdę, zwłaszcza w otaczającym mnie właśnie stanie lekkiej błogości. Nawet udało mi się nieco przymróżyć oko na dręczącą mnie wcześniej myśl o tym, że gospodarze po prostu chcą wyciągnąć z nas jakieś informacje. Naprawdę dobrze się bawiłem, chociaż nie byłem pewny czy nie była to po prostu zasługa działania alkoholu. Tak czy siak po powrocie do naszego tymczasowego lokum zrobiłem wszystko co w mojej mocy, aby jak najszybciej wpakować się do starego, ale wygodnego łóżka. Już prawie zdążyłem zasnąć, kiedy usłyszałem gdzieś za sobą stanowcze „suń się”, a materac pode mną poruszył się pod wpływem ruchu osoby, która na nim usiadła. Mruknąłem ciche „mhm”, przesuwając się o parę centymetrów.
– I nie zbliżaj się nawet w nocy. – ziewnęła dziewczyna, już leżąc gdzieś po drugiej stronie łóżka i zaciągając w swoją stronę kawałek okrywającej mnie kołdry.
– Jak chcesz, tylko później nie narzekaj że ci zimno. – wymamrotałem w półśnie, mimowolnie unosząc kącik ust w delikatnym uśmiechu.
– Przeżyję. – burknęła od razu.
Właściwie nie byłem nawet pewien, w którym momencie ogarnął mnie sen, ale już po chwili oboje głęboko się w niego pogrążyliśmy. Miałem wrażenie, że coś mi się śni, jednak kiedy tylko mojego wyczulonego słuchu sięgnął czyiś głos, tam, poza jawą, umysł szybko się rozbudził, a ja gwałtownie otworzyłem oczy. Dookoła było jeszcze całkowicie ciemno. Przez małe okno znajdujące się centralnie naprzeciw mnie, widać było księżyc, a jego położenie utwierdziło mnie w tym, że jest środek nocy. Wsłuchałem się w otoczenie. Usłyszałem jakby szelest gdzieś koło naszej chaty. Nie wydawało mi się. Ktoś tam był i z pewnością się przemieszczał. Wysunąłem się spod kołdry i powoli skierowałem w stronę drzwi, instynktownie mijając każdy skrawek podłogi, który mógł wydać z siebie skrzypienie. Chwyciłem za klamkę, przykładając bok głowy do drzwi i wsłuchałem się. Kroki ucichły, ale dla mojego słuchu nadal były słyszalne gdzieś z oddali. Uchyliłem drzwi i wysunąłem się na zewnątrz, od razu przemieniając swoje ciało w metamorfozę. Ruszyłem cichym, ale zwinnym krokiem w stronę dochodzących z niedaleka odgłosów. Podążałem za nimi jakąś chwilę, aż w końcu nieopodal, na małej polanie ukazała mi się nieduża grupa ludzi, dokładnie czterech, siedzących na trawie w okręgu. Rozmawiali o czymś półszeptem, jakby byli świadomi tego, że ktoś może ich podsłuchać. Zaraz, nie, to nie byli ludzie. Ich zapach wskazywał z pewnością na metamorfozy, ale nie naturalne, tylko przemienione sztucznie. Zaczaiłem się za małym krzakiem, wyrastającym jakieś parę metrów od postaci. Jeden z nich odwrócił głowę tak, że mogłem ujrzeć profil jego twarzy. I nie miałem już żadnych wątpliwości. Żołnierze z Morhen. Sądząc po ich liczbie – zapewne jakaś jednostka specjalna przeznaczona do tego typu podboju wiosek i łapanek ich mieszkańców, czyli doskonale tak, jak się spodziewałem. Cała wiocha, którą miałem sobie zgarnąć pójdzie w łapska tego zasranego króla. Skupiłem się bardziej, aby usłyszeć o czym rozmawiają.
– Z tego co udało mi się zorientować, jeden z obrońców wioski urodził się z anomalią i potrafi się teleportować w krótkich okresach czasu. – szepnął jeden.
– Świetnie. Zapewne wystarczy osłabić go przy pomocy kogury i damy radę go zwinąć. Ale to nie wszystko. To tylko jeden z anomalią, a jestem pewien, że jest tam ich więcej. I dzieci. One są naszym najważniejszym celem, potomkowie tych wszystkich hybryd. – mówił drugi z żołnierzy, uważnie spoglądając przy tym w oczy pozostałym zgromadzonym. – nie damy rady ich wszystkich zgarnąć przy pomocy mojej telekinezy, ale kontaktowałem się już z załogą nadmorską. Przyjdą tu jutro podas ich święta i nam pomogą. Nikt niczego nie będzie się spodziewać. – mówiąc to miał poważny wyraz twarzy, ale nie umknął mi uśmiech, który zagościł na ustach jednego z jego rozmówców. Nagle nieopodal mnie rozniósł się cichy dźwięk czyjejś obecności.
– Co to było? – szepnął jeden ze zgromadzonych i od razu podniósł się na nogi. Przeniosłem spojrzenie w stronę źródła dźwięku i... Myślałem że zaraz coś rozszarpię. Nie, ja naprawdę zaraz coś rozszarpię. Za jednym z drzew, przylegając do niego krył się nikt inny jak Oliva. Dałbym sobie rękę uciąć, że słyszałem jak zaklęła.
– Hej, to kobieta! Jesteś z wioski? Na pewno! – nawet nie zdążyłem się ponownie obejrzeć na wrogów, a ci już byli na wyciągnięcie ręki od niej.
– Wyjdź, nie bój się! – zawołał inny. – I tak już wiemy że tam jesteś. Przyszłaś się pobawić, co? Nie pogardzimy takim młodym ciałem... – zaśmiał się kolejny, czemu zawtórowało chciwe „śmiało” jego barczystego towarzysza. Z każdą chwilą byli coraz bliżej niej, już myślałem, że w końcu jej dosięgną, kiedy nagle dziewczyna zerwała się do ucieczki.
– Stój! – warknął jeden z nich, rzucając się w jej stronę z zawrotną prędkością. Już prawie miał w swoim wielkim łapsku tył jej ubrania, dlatego nie spodziewał się ataku od boku.
Uderzyłem w niego ostro, odpychając go wprost na drzewo akurat w chwili, kiedy oszołomiona Jolanta upadła na ziemię tuż za mną. Od razu przemieniłem się w człowieka, zaciskając pięści w wyprostowanej pozycji. Nawet nie zdążyłem się odezwać, gdyż wyprzedziło mnie głośne „Fenrir!”, pochodzące od mężczyzny, który znalazł się teraz naprzeciw mnie.
– Nie spodziewaliśmy się ciebie tutaj. – rozłożył ręce w powitalnym geście. Od razu dało się dostrzec, że jego radość jest udawana. Mężczyzna, w którego uderzyłem leżał teraz na czworaka, chyba jeszcze nie dowierzając krwi kapiącej z rozcięcia na jego głowie. Przeklął cicho.
– Fenrir? Ten dzieciak? – burknął, spoglądając w moją stronę.
– Wszędzie poznałbym te mrożące krew w żyłach oczy! Osobiście mnie przemienił, prawda? – odparł dumnym tonem, zwracając się najpierw do swoich towarzyszy, a później do mnie, chcąc bym potwierdził jego słowa. Uniosłem jedną brew.
– Możliwe. Nie zwracam zbytnio uwagi na obiekty. – wstrząsnąłem obojętnie ramionami, nie spuszczając spojrzenia z jego śmiejących się oczu. Czułem się tak zażenowany, że aż trudno to opisać.
– Oj, nie rań mnie. Tak bardzo chciałem żebyś mnie zapamiętał... – udał zasmucenie.
– Nie interesują mnie zabawki króla. Poza tym przyszedłem tylko po nią. – mruknąłem znudzony, wskazując gestem na przypatrującą się wszystkiemu dziewczynę. Mężczyzna chwilę milczał, po czym głośno się roześmiał. Zamrugałem, próbując odgadnąć co go tak bardzo rozbawiło, ale nic mnie nie oświeciło.
– Tak się składa, że Ty również jesteś jego zabawką. – powiedział w końcu, ocierając palcem łzę spod oka. Zaraz po tym gwałtownie spoważniał. – A ta dziewczyna już nie należy do ciebie. Dobrze to wiesz, bo i tak nie masz z nami szans jeden na... – moja pięść uderzyła prosto w jego nos, a towarzyszące temu donośne chrupnięcie jeszcze dobrze nie ucichło, kiedy moja noga trafiła go prosto w brzuch.
– Nie chrzań. – westchnąłem już blokując przy tym ofensywny atak jego kompana. Zaskoczyłem ich. Dwóch kontuzjowanych i dwóch sprawnych, teraz siły powinny być wyrównane. Wykręciłem rękę szczupłemu blondynowi, chwytajac dłonią za jego jasne włosy i uderzając jego głową prosto w drzewo. Pięść czwartego z mężczyzn świstnęła mi przed oczami. Przemieniłem się prędko w hybrydę, by ranić go pazurami w nogę. Upadł prosto przed Olivą, która sprzedała mu kopniaka wymierzonego między oczy, widocznie poruszona tym, co chcieli jej zrobić.
– To wszystko? – Miałem zamiar się odwrócić, ale gdzieś za mną brzdęknął metal, który już po chwili poczułem na swoim policzku, podczas robienia uniku. Trysnęła krew. Chciałem wykręcić rękę atakującemu, ale już prawie sięgał mojej szyi. Odepchnąłem go silnym kopniakiem, czując za to, jak coś innego uderza we mnie. Nie byłem pewien który z nich zaatakował mnie właśnie w postaci wielkiej metamorfozy, ale już po chwili zasłaniałem się przed jego szczękami, przywalony do ziemi. Poczułem ogarniającą mnie frustrację. Jak coś, co sam stworzyłem, może próbować ze mną walczyć?
W dodatku ze względu na to, że oni również służą królowi, muszę się powstrzymywać przed ich zabiciem... A może to nie byłoby wcale takie złe? Gdybym nie oszczędził żadnego z nich, nie byłoby świadka, a więc nikt nie doniósłby na mnie temu grubemu filetowi. Nie... Przecież nie jestem mordercą. Nie jestem? Jestem nim. Zabiłem już tak wielu dla przeżycia, że mógłbym ułożyć z ich ciał wielką górę, a gdybym się na nią wspiął, byłbym na równi z najwyższą wieżą zamku Morhen. Przecież nie zrobi mi różnicy zabicie kilku kolejnych... Dosyć.
Przemieniłem się w metamorfozę i przejechałem pazurami po pysku napastnika, dzięki czemu zyskałem sekundę na wyślizgnięcie się spod niego. Szybko odnalazłem wzrokiem dziewczynę, która przyszła tu za mną. Nabrałem powietrza w płuca, aby powiedzieć jej, by się przygotowała, ale rozbita głowa zdążył prędzej sprzedać mi kopa w brzuch, przez który straciłem dech.
– Adrik, uważaj! – usłyszałem jej głośne wołanie, ale zanim pozbierałem się po sile uderzenia żołnierza „specjalnego”, złamany nos zdążył złapać mnie za włosy. Zamachnąłem się mocno, uderzając go w skroń akurat w tej samej chwili, kiedy on zatopił ostrze noża w moim ramieniu. Przeszyła mnie fala bólu, ale nie było chwili na zatrzymanie się. Zanim rozbita głowa zdołał zareagować, przemieniłem się w metamorfozę, rzucając się w stronę Jolanty.
– Złap się. – głos człowieka mówiącego w postaci hybrydy brzmiał naprawdę dziwnie, ale Oliva chyba zrozumiała co chciałem jej przekazać. W chwili kiedy się spotkaliśmy, ułożyłem się tak, by mogła pochwycić mnie za szyję i chociaż częściowo wspiąć się na grzbiet.
Żołnierze od razu puścili się w pęd za nami, jednak pogoń nie trwała długo, bo kiedy tylko zaczęliśmy się zbliżać do wioski, odpuścili. Ja również zwolniłem kiedy przed nami zamajaczyły drewniane chaty i przemieniłem się w człowieka, delikatnie zsadzając z siebie dziewczynę.
– Dlaczego stanąłeś, uciekajmy! Zaraz tu będą! – pociągnęła mnie za rękaw koszuli.
– Zaczekaj. – sapnąłem zatrzymując ją. – Nie będą walczyć pod wioską. Zauważą ich strażnicy. – odwróciłem się za siebie. W tyle nikogo już nie było. No tak, gdyby zaatakowali nas tutaj, zwrócili by na siebie uwagę stróżujących, a oni wszczęli by alarm. Cały ich plan z jutrzejszym, no, właściwie już dzisiejszym przejęciem wioski poszedłby na marnę, a do nich nie zdążyłaby przybyć pomoc. Może i by wszystkich pokonali, sądząc po ich szybkiej regeneracji, ale nie zdołaliby pojmać wszystkich, którzy zdecydowaliby się uciec.
Chwyciłem za nóż, który nadal tkwił w moim ramieniu. Krew pobrudziła mi cały rękaw koszuli...
– Zostaw, pomogę Ci. – odezwała się Oliva, ale już wyrwałem ostrze ze swojego ramienia, lekko krzywiąc się przy tym z bólu.
– Adrik! – zauważyłem, że sięga do dołu swojej sukni, aby urwać z niej kawałek materiału, ale powstrzymałem ją.
– Zostaw. Nie jestem człowiekiem, zaraz nie będzie po tym śladu. Lepiej chodźmy do chaty. – mruknąłem, ruszając w stronę naszego lokum, przy okazji przyglądając się uważnie, czy za którąś z chat nie przechadza się jakiś nocny strażnik.
– Co... Więc nie musisz nawet uważać na atakujących cię nożami? – dziewczyna zmarszczyła brwi, ruszając obok mnie.
– Żartujesz? – uniosłem brwi w górę, przenosząc na nią zdziwione spojrzenie. – Ból odczówam tak samo jak ty. – pokręciłem głową na boki z westchnieniem.
– Nie jestem metamorfozą, nie wiem o takich rzeczach. – odpowiedziała mi stanowczo.
Po powrocie chyba żadne z nas już nie czuło się senne, a jednak słońce nie zaczęło jeszcze wstawać. Jolanta zdecydowała się więc zapalić kilka świeczek, pozostawionych w chacie pewnie jeszcze przez starych właścicieli, a ja rozpaliłem ogień w palenisku, przy którym usiedliśmy, by się ogrzać.
– Jak więc zabić metamorfozę? – pytanie dziewczyny dobiegło mnie nagle, podczas gdy ona spoglądała prosto w palący się ogień.
Wzruszyłem ramionami.
– Odrąbać łeb, przebić serce, zatłuc kiedy jest pod wpływem związku x, albo ranić kogurą. – odpowiedziałem w zamyśle, zauważając, że zaciekawiła się, kiedy wymówiłem nazwę tych ostatnich. Uprzedziłem ją więc, wyjaśniając. – Po podaniu mecie związku x, zależnie od dawki, przez jakiś czas staje się ona jak zwykły człowiek, a kogura to broń, po której nie potrafią zregenerować się tak szybko. Działa ona na nas tak jak zwykła broń na człowieka. – pomasowałem ramię, które jeszcze chwilę temu mocno krwawiło. Teraz nie pozostał tam już nawet ślad po tym, co się wydarzyło. Rozciągnąłem się więc, wygodnie kładąc na ziemi i przymykając oczy. Ciepło ognia przyjemnie szczypało mnie w skórę.
– A co, chcesz się mnie pozbyć? – mruknąłem z rozbawieniem, uchylając delikatnie powieki.

Jolka? Długie wyszło 😂

Od Jolanty Cd Adrika #22

19.05.2020
W momencie kiedy gospodarz przyniósł alkohol robiony przez jego żonę poczułam niepewność. Nie miałam pojęcia jak było to z naukowcem, ale ja nigdy dotąd nie miałam w ustach żadnego napoju wyskokowego. Babcia mówiła, że alkohol utrudnia naszym duchom porozumienie i blokuje ich wędrówki, a nawet że mogłyby się od nas odwrócić. W zadziwieniu patrzyłam jak mężczyźni wspólnie wypili dwie kolejki w bardzo krótkim czasie, kiedy ja wciąż próbowałam się przemóc choćby do spróbowania. Widząc ich popisy i serdeczny uśmiech kobiety siedzącej po drugiej stronie stołu poczułam się w końcu zachęcona. Wzięłam niepewny łyk trunku, w myślach kierując przeprosiny do babci, która uczyła mnie plemiennego wychowania. Skrzywiłam się na cierpki smak wina, który pozostał na moim podniebieniu i lekko szczypał w gardle. Nawet ten zapach kręcił mnie w nosie. Po pierwszym łyku byłam sceptycznie nastawiona do kolejnego picia, ale nawet nie zorientowałam się kiedy moja ręka odruchowo znów przysunęła kubek do ust.
Usilnie starałam się nadążać za rozmową poruszaną przy stole. Mętna mgiełka ogarniająca mój umysł sprawiała, że miałam wrażenie znajdowania się w lekkim oddaleniu od towarzyszących mi osób. Uśmiechałam się pod nosem na temat jaki wybrał sobie Thomas. Byłam rozbawiona do momentu, kiedy zwrócił na mnie wyczekujące spojrzenie i kiedy zdałam sobie sprawę że chciał usłyszeć naszą historię miłosną.
Najpierw w otępieniu patrzyłam po ich twarzach, potem gwałtownie zamrugałam próbując powrócić do rzeczywistości. Może tylko odpłynęłam na chwilę i tylko mi się zdawało, że zadano to pytanie? Oczekujące spojrzenia brutalnie uświadomiły mi jednak, że naprawdę chcą o tym usłyszeć. Przeniosłam zestresowane spojrzenie na Adrika. Zamiast pomocy znalazłam w jego spojrzeniu jedynie rozbawienie i ciekawość. Wzięłam łyk alkoholu. Spory i długi. Panicznie szukałam w głowie co miałabym powiedzieć. Ledwo udało mi się przełknąć alkohol którego nabrałam tyle, że aż wypełnił mi policzki. Skrzywiłam się nieznacznie na nagłą trudność w oddychaniu. Odkaszlnęłam krótko i szybko przeprosiłam za swoje zachowanie.
— My nie... To znaczy... To stało się niedawno — mówiłam cicho, uparcie wpatrując się w stół. Trzeba jakoś naprostować tą sytuację. Zaśmiałam się nerwowo na słowa które miałam zamiar wypowiedzieć. — Dalej nie mogę się przyzwyczaić, że naprawdę jesteśmy teraz razem. Znaczy, po prostu nie spodziewałam się że on... też...
Skierowałam na Adrika ukradkowe spojrzenie, zanim spojrzałam w jego jasne oczy.
— To on powinien opowiadać tą historię! — odparłam z wyrzutem — Nie umiem dobrze opowiadać.
— O nie, na mnie tego nie zrzucisz. Poza tym nigdy nie słyszałem jak to wyglądało z twojej strony. Chyba nie pozbawisz mnie tej przyjemności?
Zrobiło mi się gwałtownie cieplej na twarzy. Dupek!
— Też nigdy nie słyszałam tej historii opowiadanej przez ciebie!
— Och, proszę, nie ma się czego wstydzić — mama Marka próbowała mnie zachęcić. Podciągnęła krzesło bliżej stołu pochylając się w moją stronę, dając znać, że skupia na mnie całą uwagę. — Uwielbiam słuchać takich historii. Opowiedz nam.
— To nie jest nic ekscytującego...
Małżeństwo nie ustawało jednak w zachętach, tak samo Adrik zdawał się usilnie próbować wydobyć ze mnie historię, która nigdy nie miała miejsca. W końcu ugięłam się pod naporem. Kiedy westchnęłam ze zrezygnowaniem wszyscy zdawali się już wiedzieć, że udało im się przekonać mnie do mówienia.
— Zapłacisz mi za to potem. — W przypływie odwagi zwróciłam się do naukowca i prawie pogroziłam mu palcem.
Laura spojrzała na swojego męża rozbrajającym wzrokiem, który mówił "te początki w związkach". Zignorowałam to i zaczęłam niespiesznie opowiadać. Wielokrotnie zacinałam się w trakcie, robiąc spore przerwy na zebranie myśli lub wypełnienie ust alkoholem, który nieustannie był dolewany ilekroć denko kubków pokazywało się oczom towarzystwa.
— Mieszkałam... Kilka miesięcy temu poznaliśmy się z Adrikiem. Wcześniej mieszkałam z trójką przyjaciół, których znałam ze szkoły. Byliśmy z tego samego internatu. Kiedy... Kiedy to wszystko się zaczynało nadal się uczyliśmy. Uciekliśmy w pierwszej fali, jeszcze zanim ogłoszono ewakuację. Mieliśmy informację od rodziców jednej z dziewczyn że dzieje się coś złego. Początkowo trzymaliśmy się blisko miasta, ale potem okazało się, że wbrew pozorom to najgorsza decyzja. Pokłóciliśmy się o to. Oni chcieli tam zostać, liczyli na to, że ktoś w końcu przyjedzie, że ktoś nam pomoże... — zacisnęłam dłoń na kubku i pociągnęłam z niego większy łyk — ale wszyscy wiemy, że nikt nie przyjdzie pomóc. — Spojrzałam się po twarzach ludzi. Zatrzymałam wzrok na Adriku, licząc na to że zobaczę coś co wskazywałoby jednak na to, że istnieje dla niego jakieś zagrożenie. Jednak nic na to nie wskazywało. Zdawał się tylko słuchać tego co mówiłam.  — Nie zamierzałam odłączać się od nich na stałe, ale wyszłam, a kiedy po kilku godzinach wróciłam wszystko... prawie że w ruinie. Część rzeczy poniszczona, inne wszędzie rozrzucone... Nikogo już nie było. Nie wiem czy to jacyś ludzie, czy te metamorfozy to zrobiły... Ale już nie spotkałam moich przyjaciół. Spotkałam za to Adrika... i jego przyjaciela — zobaczyłam jak nieznacznie unosi brew — Nerge.
— Ten idiota... — naukowiec wtrącił się nagle wyraźnie czymś rozbawiony.
— To nie idiota!
— Idiota i to zakochany. Zakochany w tobie.
Oniemiałam. Ściągnęłam brwi zastanawiając się nad tym co szatyn właśnie powiedział.
— Zmyślasz... Przecież znaliśmy się tylko...
— Podobałaś mu się. — Wtrącił szybko. Pogrywał ze mną czy chciał uwiarygodnić historię? — Dlatego dopiero kiedy on sam mi powiedział, zdałem sobie sprawę, że jestem zazdrosny.
Patrzyłam w ciszy na Adrika. Przy stole wytworzyło się napięcie, które byłam w stanie wyczuć nawet pomimo otępiałej głowy. Wpatrywałam się w duże oczy chłopaka, ale nie potrafiłam przetworzyć i zrozumieć ani jednej emocji którą w nich widziałam. Byłam zmęczona.
— Co się z nim stało? — gospodyni nie pozwoliła nam tkwić zbyt długo w ciszy.
Odwróciłam wzrok od naukowca i spojrzałam na nią. Zaczęłam nerwowo kiwać się na swoim stołku. Popijając kolejną porcję wina ułożyłam myśli w głowie.
— Złapali go. Adrik stanął w mojej obronie, kiedy metamorfoza... Fenrira chciała mnie zaatakować. Potem porwała się na Nerge. Nie daliśmy rady mu... — krzyknęłam kiedy krzesło nagle straciło równowagę. Najpierw był grzechot upadającego drewna, potem łomot kiedy równocześnie poczułam tępy ból czoła, którym uderzyłam w stół. Jęknęłam cicho, chowając się ciągle pod stołem.
— Ale wino nadal mam! — mruknęłam zwycięsko, unosząc nad stołem swój kubek. Usłyszałam głośne parsknięcie ze strony Adrika, a potem jego nie opanowany chichot. Reszta towarzystwa też mu zawtórowała.
Miałam oblepione palce, ale w pojemniku nadal czuć było charakterystyczny ciężar. W końcu udało mi się podnieść i usiąść na krześle, co również nie przyszło mi bez ponownego upadku w próbie znalezienia się na siedzisku. Roztarłam sobie czoło siedząc już bezpiecznie na miejscu. Jak tylko zauważyłam obce ręce kierujące się do mojego kubka, gwałtownie schwyciłam za naczynie. Będę go bronić!
— Wystarczy ci już. — w głosie Adrika czuć było, że jest niebezpiecznie blisko kolejnej serii niekontrolowanego śmiechu.
— Ale ja jeszcze piję!
— Wypiję za ciebie. — położył dłoń od góry, nakrywając wierzch kubka i przyciągając go w swoją stronę. Nadal trzymałam. — Potem nie wstajesz.
— I tak nie wstanę.
— Skończ opowiadać.
Zmierzyłam go spod przymrużonych powiek. Na pewno wcale nie wyglądał dużo lepiej niż ja. Miejscami przybladła twarz jawiła się intensywną czerwienią na policzkach a nawet skroni. W oczach było widać zmęczenie i zmatowienie wywołane alkoholem. Naciągnięte powieki nawet nieco mu nabrzmiały.
— A o czym mówiłam?
— Upiłeś nam gości Thomas. — Laura zwróciła się na wpół z wyrzutem na wpół z rozbawieniem do swojego małżonka. — Może wolicie wrócić już do siebie? Z chęcią posłucham waszej historii następnym razem.
— A, to o tym mówiłam! — podjęłam temat kiedy nagle mnie oświeciło — Nerge... — przypomniałam sobie gdzie skończyłam. Już nie do końca zdawałam sobie nawet sprawę z tego, że to co opowiadam jest tylko wymysłem. Miałam to w głowie i równie dobrze mogło być prawdziwe. — Znałam ich obu — wskazałam na Adrika — zaledwie koło dwóch tygodni. Może to już były trzy? Znaleźli nas w każdym bądź razie. I Adek mnie uratował. Zabrali Nerge ale Adek ze mną został. Ja sobie dopiero wtedy zaczęłam zdawać sprawę ile mu zawdzięczam. I zajmował się mną. I polubiłam go bardziej. Denerwował mnie bo miał zapędy do... No co? — urwałam kiedy zauważyłam nerwowy tik Adrika. — A z resztą nie ważne. Ale im dłużej byliśmy na siebie skazani tym bardziej zaczynało mi zależeć a bałam się że z nim będzie inaczej.
Thomas odprowadził nas do domku. Musiałam pilnie do toalety... Adrik jako pierwszy się przemył. Kiedy ja już się odświeżyłam zastałam chłopaka w łóżku, pod pościelą.
— Suń się — zwróciłam się do niego upartym tonem — i nie zbliżaj się nawet w nocy.
Szybko zanurzyłam się pod ciepłą kołdrą. Dużo lepiej niż na zewnątrz... W pokoju utrzymywała się chłodna temperatura, bo przed pójściem w gości zapomniałam pozamykać okna. Teraz za to ciepłe okrycie koiło mnie do snu.

Adriczek? Co myślisz o popijawie? 😏

Od Adrik'a Cd Jolanty #21

17.05.2020
Miałem wrażenie, że obecność ludzi Morhen, których zauważyłem dzisiaj w wiosce zepsuła mi już całkowicie uciechę z pobytu tutaj, dlatego kiedy Jolanta powiedziała mi o zaproszeniu na kolację przez mamę Marka, pomyślałem, że to może być dobra okazja do chwilowego zapomnienia i rozluźnienia się. Zresztą jej chyba też przyda się kontakt z „normalnymi ludźmi” po tym wszystkim, co się ostatnio wydarzyło. Zgodziłem się więc, na co, jak mi się wydawało, ucieszyła się.
Do wieczora zająłem się jeszcze paroma innymi rzeczami, takimi jak chociażby zebranie drewna do starego paleniska w naszej tymczasowej chatce, bo o ile udało mi się nie zapomnieć, moja towarzyszka raczej nie jest „jeszcze” tak odporna na chłód jak ja. Tak czy siak, wieczorem stanąłem już z powrotem w progu drzwi naszej chatki, spoglądając na Olivę.
– Gotowa? – zapytałem spoglądając na jej poczynania. Siedziała przed wielkim, starym kufrem, z którego, jak się domyśliłem była ta cała masa ubrań, które teraz składała i wkładała z powrotem do środka.
– O, już jesteś. Właśnie skończyły się wietrzyć ubrania, w których pójdziemy na kolację. Nie zdążyłam ich przeprać, ale mam nadzieję że to wystarczyło. – wyciągnęła w moją stronę poskładane w kostkę rzeczy. Sama była już przebrana w ciemną sukienkę przewiązaną w pasie.
– Mam się w to przebrać? – uniosłem jedną brew,niepewny czy brać od niej to, co mi podaje.
– Nie, spalić. – odwróciła się w moją stronę z poważną miną, ale chyba przez moją niepewność, której nie zdołałem ukryć na swojej twarzy, wybuchła śmiechem. – Oczywiście, że się w to przebrać! A co niby innego? – wstała, tym razem wciskając mi świeże rzeczy w ręce. – Czekam na zewnątrz, pospiesz się.
I mnie zostawiła, zamykając za sobą drzwi. Uniosłem jedną brew, patrząc na ubrania, ale w końcu zdecydowałem się w nie przebrać. Trudno. Już po chwili oboje byliśmy gotowi – ona w swojej sukni, a ja w luźnej, białej koszuli i ciemnych spodniach.
Kiedy mnie w tym zobaczyła, nie byłem pewien co właściwie siedzi jej w głowie, ale minę miała taką, jakby co najmniej udało jej się mnie wytresować.
– Co? – burknąłem ponuro, mierząc ją zimnym spojrzeniem.
– Nic. – wzruszyła ramionami.
Do chaty rodziców Marka nie mieliśmy daleko, wystarczyło przemierzyć drużkę prowadzącą pomiędzy kilkoma innymi chatkami, przed którymi już paliły się pochodnie. Właściwie jeszcze zanim stanęliśmy przed tą właściwą, u jej progu już czekała na nas znana nam kobieta. Zapewne zdążył nas zauważyć jej ciekawski syn, stąd wiedziała że się zbliżamy.
– Proszę, proszę! Czekaliśmy na was. Mąż już jest w domu, zapraszam. – przywitała nas ciepłym uśmiechem. Przepuściłem Jolę pierwszą do środka, gdzie od razu tuż przed nami zjawił się rosły, dużo wyższy ode mnie mężczyzna z czarną brodą.
– A więc to oni pomogli mojemu niesfornemu Markowi? Witajcie! – rozłożył szeroko ramiona, witając nas w swoim domu. Poczułem się niezręcznie przez takie przyjęcie, właściwie nawet nie będąc pewnym dlaczego.
– Czy pomogli... – zaśmiała się nerwowo Jola. Od razu zauważyłem błysk w oku mężczyzny, spowodowany jej słowami. Sekunda zawahania w jego reakcji utwierdziła mnie już całkowicie w jego nieufności.
– Oj już nie bądźcie tacy skromni, mamy nadzieję, że chociaż ta kolacja wam co nieco wynagrodzi. – na jego ustach znowu pojawił się uśmiech. Gestem zaprosił nas do stołu, gdzie miejsce już zajmował czekający na wszystkich Mark. Zasiedliśmy więc, a wraz z nami gospodarze. Na stole spoczywało chyba kilka rodzai różnych potraw, których nawet w życiu nie widziałem. Zważając jeszcze na mój wyostrzony zmysł węchu i pusty żołądek, myślałem że zaraz nie wyrobię i rzucę się na to wszystko. Ekscytację przerwał mi jednak donośny śmiech mężczyzny, który zasiadł naprzeciw mnie.
– Haha, w tych czasach jak mniemam to raczej nieczęsta okazja mieć możliwość skosztować jednego wieczoru tylu wspaniałych potraw, co, dzieciaki? – mówił rozbawiony. Zaśmiałem się.
– Zdecydowanie. Pańska żona sama to wszystko zrobiła? – zapytałem, spoglądając na stół z niedowierzaniem. Chyba nawet Jolanta nie mogła uwierzyć własnym oczom.
– Oczywiście! Od najmłodszych lat pasjonuję się kucharstwem! – odpowiedziała kobieta, dumna z siebie.
– Naprawdę ma pani wielki talent. – stwierdziła Oliva.
– Och, to nic takiego, naprawdę! Jeżeli zdecydujecie się tutaj zostać, może nawet nauczę cię paru przepisów. Na pewno wam się przydają jako młodej parze, zwłaszcza w takich czasach. – zaśmiała się.
– My nie... – odparliśmy niemal jednocześnie z Jolantą, na której policzkach pojawiły się rumieńce, jednak przerwał nam tata Marka.
– Dobrze, dobrze, porozmawiamy później, a teraz zabierajmy się do jedzenia, bo nie ręczę, że zaraz nie dam rady się powstrzymać przy takich zapachach. – ucałował żonę w skroń, po czym życzył wszystkim smacznego. Zabraliśmy się do jedzenia. Wszystko smakowało tak wspaniale, że niemal nie mogłem powstrzymać się przed ciągłymi dokładkami.
Spróbowałem chyba wszystkiego, co stało na stole, dlatego kiedy skończyłem jeść, czułem jakbym nigdy w życiu nie najadł się do aż tak syta. Brodaty mężczyzna widząc, że już zjedliśmy, wstał.
– No, a teraz pora na najlepsze dzieło mojej żony. – zaśmiał się i ruszył w kierunku drewnianej szafki, z której wyciągnął kubki i zaraz w małej, drewnianej beczce doniósł... Alkoholu. – Polewamy! Za pomoc Markowi! – zanim zdążyłem zaprotestować, mężczyzna już podawał mi kubek pełen „wyśmienitego trunku jego żony”. Czy on chce nas upić? Zerknąłem niepewnie w jego stronę. Właśnie skończył przechylać swój kubek, rzucając w moją stronę uważne spojrzenie.
– No co jest, nigdy nie piliście alkoholu? No to najwyższa pora! – zaśmiał się, w czym zawtórowała mu żona. Byłem niemal pewien, że za tymi słowami kryło się coś jeszcze głębszego, co wyrażał tylko sposób, w jaki na nas spoglądał.
– Spokojnie, po prostu dawno nie mieliśmy okazji ku tak hucznemu świętowaniu. – uniosłem jeden kącik ust w delikatnym uśmiechu, po czym przechyliłem kubek, wypijając jego zawartość do dna. – Polewaj panie gospodarzu! – odkładając kubek wydał głuchy dźwięk uderzenia o stół, a ja przetarłem usta rękawem.
Gospodarz roześmiał się.
– No, to to ja rozumiem! – po chwili oboje już kończyliśmy drugą kolejkę. Pani gospodarz i Jolanta spoglądały na nas z zaskoczeniem wymalowanym na twarzach.
– No... Tylko nie upij nam gości do nieprzytomności, Thomas. – kobieta poklepała brodacza po plecach.
– Spokojnie, kochanie, dbam o naszych gości. Poza tym bdzie nam się teraz lepiej rozmawiało, prawda? – zapytał, spoglądając na nas. Wiedziałem. Liczy na to, że nas upije i wyciągnie informacje. Pewnie zaniepokoiły go słowa Joli, z którymi wyparowała już na samym początku. To oczywiste że ludzie żyjący na półwyspie w tych czasach muszą być bardzo ostrożni.
– Oczywiście. – odpowiedziałem mu równym śmiechem. – O wiele lepiej! – no cóż, my też możemy coś z nich wyciągnąć.
– Świetnie! Co was tutaj w ogóle sprowadza, mili goście? Jesteście młodą parą, podróżujecie samotnie? – poruszył brwiami, mrugając przy tym, jakby już delikatnie czując zawroty głowy. Nie miałem wątpliwości, że nie udaje, bo po moim ciele już rozniosło się przyjemne ciepło, a obraz przed oczami delikatnie zaczął falować. Ale zabawa! Niczym w gliniarza i przestępcę, którzy spotkali się w barze!
– No cóż, uciekamy ze starego miasta. Mieszkaliśmy tam na obrzeżach, ale zrobiło się niebezpiecznie i postanowiliśmy znaleźć nowe lokum. – wstrząsnąłem ramionami, podpierając łokcie na stole. Thomas, jak nazwała go kobieta, cały czas przypatrywał się uważnie, jakby szukając najmniejszej oznaki kłamstwa.
– Rozumiem. Nam też coraz ciężej wyruszać tam w wyprawy. Podobno właśnie tam przebywa ten cały Fenrir, który jest odpowiedzialny za te obrzydliwe przemiany. – odpowiedział.
– Mąż musi wyruszać z innymi mężami, dlatego zdziwiło nas, że wy, tak młodzi podróżujecie sami. – wtrąciła kobieta, jednak mojej uwadze nie uszło, że zaraz po tym Thomas rzucił jej swoje karcące spojrzenie.
– Czasem z mężami, czasem samotnie... Różnie to bywa. No, a skoro mieszkaliście razem już wcześniej, jak zaczęła się wasza znajomość? Żona bardzo lubi słuchać opowiadań o miłosnych poznaniach. – uśmiechnął się do kobiety, a później przeniósł wzrok na Jolantę, jakby chciał, by to właśnie ona odpowiedziała mu na to pytanie. Dziewczyna zamrugała, przenosząc niezręczne spojrzenie na mnie, jakby oczekując jakiejś pomocy w tym, co ma odpowiedzieć. W zamian rzuciłem jej tylko chytre spojrzenie. No, Jola, jak zaczęła się nasza „miłosna” przygoda?

Jolka?

Od Jolanty cd. Adria #20

17.04.2020
Odłożyłam słomianą miotłę kiedy już skończyłam zmiatać podłogi. Było tu tak zakurzone że pomimo dokładnego wymiatania część pyłu wirowała jeszcze w powietrzu, kręcąc mnie nieprzyjemnie w nosie i dopiero po chwili zaczynała z powrotem opadać na posadzkę. Będę musiała wymyć podłogi żeby pozbyć się nieprzyjemnego brudu.
— A-psik!
Zakryłam nos i wytarłam wierzchem dłoni kiedy nie udało mi się powstrzymać kichnięcia. Westchnęłam zrezygnowana. Nie było do dyspozycji żadnego wiadra ani tym bardziej mopa żeby można było pozmywać podłogi. Będę zmuszona zrobić to rękami ze ścierką..? Na to niestety wychodziło. Zostawiłam to jednak jeszcze na trochę i wcześniej uprzątnęłam wszystkie kurze z szafek i półek w kuchni a później w sypialni. Mieliśmy tylko jedno łóżko, nawet nie wiem czy w pełni funkcjonalne. Będę musiała coś wymyślić przed wieczorem. Znaleźć jakieś dodatkowe okrycia. Nie było tu nawet żadnej sofy ani fotela, żebym mogła spędzić na nim noc, więc zostaje mi chyba nocowanie na podłodze.
Po starciu z szafek i pozbyciu się zaległych w kątach pajęczyn zajęłam się w końcu podłogami. Kolana nieprzyjemnie wbijały się w posadzkę, ale przez myśli, które zawładnęły moim umysłem nie odczuwałam tak tego. Wróciłam wspomnieniami do sytuacji jeszcze sprzed kilkunastu minut. Adrik wydawał się dość zdenerwowany pojawieniem się mieszkańców Morhen. To naprawdę tak źle, że ktoś zza morza przyjechał? Może i ludzie na Aralun wolą być w swoim własnym otoczeniu, ale przecież nie mamy chyba złych stosunków z Morhen. A może mamy..? Kto wie ile zdążyło się zmienić przez ten czas kiedy ostatnio miałam kontakt z kimś więcej niż tylko Nerge. Uświadomiłam sobie jak niewiele mogłam tak naprawdę wiedzieć teraz o obecnej sytuacji. Przez trzy lata trwałam w kompletnej dezinformacji o tym co dzieje się chociażby na półwyspie, a tym bardziej poza nim. Jeśli kiedykolwiek przychodziło mi i Nerge spotkać jakiegoś innego człowieka i tak nie rozmawialiśmy o tym co dzieje się za morzem. Zazwyczaj po prostu nikt nic nie wiedział. Jeśli było trzeba najpilniejsza była wymiana informacji o najbliższych niebezpieczeństwach. Tutaj, teraz, dla wszystkich liczyła się głównie wolność i przetrwanie. Ale Adrik... Adrik był "u szczytu". Musiał mieć dostęp do informacji i z pewnością wiedział jakie są układy. Po tym jak jego eksperymenty jego, a wcześniej Ruvika, zamieszały na całym półwyspie nie było możliwości żeby tak po prostu nie interesował się co dzieje się w innych miejscach. Ludzie z zewnątrz byli dla niego zagrożeniem?
Ponownie poczułam wyrzuty sumienia. Sprowadziłam lisa do nory i teraz naukowiec to wykorzysta. Spotkanie w lesie tego chłopca było jednym wielkim nieszczęściem. Muszę powiedzieć tym ludziom że są w niebezpieczeństwie! Muszą przecież wiedzieć, muszą uciec! Ale... Nie wiem czy umiem im powiedzieć. Dokąd mają uciec? Teraz wystarczy, że Adrik poszedłby za nimi. Chyba że jeszcze jemu coś by zrobili..? Nie! Nie mogę czuć się winna za niego. Zrobił nam wszystkim tyle złego, nie powinnam czuć wyrzutów sumienia, zasługuje przecież żeby ludzie się odegrali. A równocześnie... nie potrafiłam uwierzyć, że robił to wszystko bez powodu, na siłę wszystkich przemieniać. Nigdy nie miałam do czynienia z szaleńcem. Czy szaleńcy zachowują się jak on? Czy tak normalnie potrafią rozmawiać, zachowywać się? Wyciągnął mnie wtedy z twierdzy kiedy została zaatakowana... Uważałam go za wariata kiedy jeszcze razem z Nerge chowaliśmy się w lesie, ale teraz, kiedy już go spotkałam, kiedy stanęliśmy twarzą w twarz, to nie było dla mnie tak oczywiste.
Westchnęłam ciężko. To moja wina. Wszystko co stanie się z mieszkańcami wioski będzie przeze mnie jeśli ich nie ostrzegę. Nie... To nie moja wina. To Adrik a nie ja chcę im to zrobić. To on chce ich skrzywdzić, ale... Przecież gdybym im powiedziała! A jeśli to jeszcze bardziej się na nich odbije? Z drugiej strony miałam dziwne wrażenie że coś jest po prostu nie tak. Coś było mocno nie w porządku z całą postawą Adrika. Albo ze mną. Powiedziałam mu wtedy, że gdyby mnie spytał może sama zgodziłabym się na eksperymenty. To nie było kłamstwo, chociaż sama nie wiem co bym zdecydowała. Ale zmuszać kogoś? Nikt o zdrowych zmysłach po zmuszeniu nie zostałby przy nim.
Udało mi się dokończyć sprzątanie zanim naukowiec wrócił z dachu. Wydawał się już spokojniejszy, ale teraz z kolei to ja nie czułam się zbyt pewnie żeby się do niego odezwać. W głowie ciągle siedziały mi uporczywe myśli, że powinnam powiedzieć mieszkańcom o Adriku. Kiedy wyszłam na zewnątrz, kiedy odwiedziłam matkę Marka, która postanowiła użyczyć nam jeden komplet pościeli bo tylko tyle mogła dać i kiedy zaprosiła nas na kolację u nich w mieszkaniu - ciągle wracałam to możliwej wizji przyszłości, jak to wszystko popada w ruinę, a ludzie są zabierani do miasta gdzie naukowiec miał pełną kontrolę. Ale nic nie powiedziałam. Trzymałam to w sobie, chociaż sama nie potrafiłam z tym wytrzymać.

Od Adrika Cd Jolanty #19

9.04.2020
A więc we właśnie tej wiosce wreszcie natrafiłem na inne metamorfozy takie jak ja, których organizmy zdołały samodzielnie ewoluować. W dodatku ze słów tamtej kobiety wynikało, że mogły mieć nawet wyższe zdolności niż ja, wychodzące poza te związane z gatunkami, które mają we krwi. Anomalie. Widziałem już takie, ale były zdecydowaną rzadkością. Na półwyspie nie udało mi się jeszcze złapać żadnej z takich hybryd, gdyż zwykle to moi ludzie na nie natrafiali, a niestety oni sami nie mieli wystarczającej siły i wiedzy na temat tego, jak z owymi okazami postępować. Tak więc ta wioska była dla mnie niczym wymarzony świąteczny prezent. Musiałem tylko dowiedzieć się jak go prawidłowo rozpakować no i... - Akurat naprawiałem drzwi, kiedy w oczy rzuciły mi się dwie, ciemno ubrane postacie, przechadzające się przez wioskę, rozmawiając o czymś. Zniknęły za jednym z domów, podczas gdy ja omal nie urwałem klamki, zawieszając spojrzenie w miejscu, w którym zniknęły.
– Cholera jasna! – nie minęła nawet chwila gdy uświadomiłem sobie, że to co widziałem działo się naprawdę. Trzasnąłem drzwiami wchodząc do środka i mijając się z Jolantą, która akurat zamiatała podłogę. Miałem wrażenie, że drgnęła gdy wyrwałem ją z transu wykonywania tej czynności. Spoglądała na mnie zadając nieme pytanie, jednak gdy nie odpowiadałem jej, siedząc w świecie własnych myśli i chodząc w kółko po pokoju, zdecydowała się zadać je głośno.
– O co chodzi? – stała z miotłą w ręce, chyba nie zamierzając wrócić do sprzątania, póki nie dowie się co się stało.
– Przeklęci ludzie z Morhen tu są! – warknąłem w odpowiedzi.
– Mor...hen? – nie byłem pewny czy mówi do mnie tak mamrocząc, czy już dawno zapomniała czym jest to, o czym jej powiedziałem, ale już po chwili wyraźnie się ożywiła. – Morhen?! Skąd oni się tu wzięli? Czy to znaczy że wrócimy do domu? Próbują opanować całą tą sytuację i uratować będących tu ludzi? – stanęła przede mną i chyba cudem opanowała się przed potrząśnięciem mnie za ramiona, jakby chciała żebym jej odpowiedział, zanim jeszcze skończyła zadawać pytania. Chyba nawet... wydawała się radosna z powodu tego, co usłyszała...
– O czym ty gadasz... Gdyby chcieli ich uratować, zrobiliby to w chwili, gdy dowiedzieli się co tu się stało, czyli dokładnie kilka lat temu. – odpowiedziałem, marszcząc brwi i patrząc jej przy tym prosto w oczy. Iskierki radości jakby przygasły w jej oczach.
– Co? No to... Co oni tu robią? – zapytała już ciszej. No tak... Przecież ona zupełnie nic nie wie. Westchnąłem, odwracając się od niej. Nie byłem pewien co w ogóle mam jej odpowiedzieć. I czy w ogóle jej o czymkolwiek mówić, o tym, o czym nie mówiłem jeszcze zupełnie nikomu.
Nie chciałem jej odpowiadać, ale ciągle gapiła się na mnie i zrozumiałem, że nie mam wyboru.
– Po prostu się do nich nie zbliżaj, dobra? – trochę odwarknąłem, odwracając się znowu w jej stronę.
– Ale dlaczego? – zmarszczyła brwi, wyglądając na złą.
– Nie zbliżaj się do nich, rozumiesz?! – zawołałem ze złością, wbijając w nią srogie spojrzenie lodowych oczu. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że może zabrzmiało to trochę za ostro. Dziewczyna już się nie odzywała. Przewróciłem oczami i mruknąłem, że idę naprawiać dach, po czym minąłem ją i wyszedłem na zewnątrz. Ciągle w myślach przeklinałem ludzi, których tu zobaczyłem. Łowcy króla Morhen. Właśnie próbują sprzątnąć mi mój prezent sprzed nosa, a później pewnie będą chcieli, żebym bawił się nim na ich warunkach. Miałem ochotę zająć się nimi tak, by nikt się o tym nie dowiedział. Najlepiej, żeby wyglądało to jakby nagle rozpłynęli się w powietrzu i nigdy nie wrócili. Problem w tym, że nie wiedziałem ilu ich jest, a nie mogłem dopuścić do tego, by którykolwiek z nich będąc w ukryciu zobaczył co robię z jego współpracownikami.

Jolka?

Od Jolanty CD Adrika #18

4.02.2019
Spojrzałam zdziwiona na kobietę, która właśnie skończyła opowiadać o mieszkańcach tutejszej wioski. Mutanci..? Przeniosłam niepewne spojrzenie na Adrika. Ciekawiło mnie, czy maczał w tym palce... Albo ten Ruvik, od którego wszystko się zaczęło. Dopiero po chwili zorientowałam się, że naukowiec również patrzy na mnie porozumiewawczo. Znaczy... Gdybym rozumiała co konkretnie chciał przekazać tym spojrzeniem. Co to, duma naukowca z jego eksperymentów?!
Zdenerwowana odwróciłam wzrok i zacisnęłam zęby. Nie będę się nawet odzywać. Lepiej nie. Poza tym... Aż było mi szkoda tej kobiety. Nie byłam w stanie powiedzieć jej kim był w rzeczywistości Adrik, bo sama bałam się konsekwencji. Tylko co jeśli rzeczywiście coś im zrobi? Źle się czułam okłamując ją. Jasnowłosy mógł planować zrobić coś nawet całej wiosce. Chyba sobie nie wybaczę... Przecież... jeśli ich nie ostrzegę, będę winna przypuszczalnej masakry. Wszyscy ci ludzie tyle czasu ukrywali się przed naukowcami, lub zdołali im w jakiś sposób uciec, osiadli tutaj i teraz przez jeden drobny przypadek, do ich bezpiecznego schronienia sprowadzony został wilk w owczej skórze. Zasadzi na nich pułapkę... To tak przewidywalne. Choć równocześnie nie chciałam w to wierzyć.

***

Wybraliśmy jeden z niewielkich domów, na nasze przyszłe lokum. Było właściwie dwupokojowe, dziejące się na kuchnię i jeden pokój, ale zakładam, że i tak nie spędzimy tu zbyt wiele czasu. Najwyżej będę spać na podłodze. Znajdę jakieś koce i będzie dało się przetrwać.
Niemal od razu zabrałam się za sprzątanie, jak najbardziej unikając przy tym Adrika. Byłam na niego zdenerwowana. Czy to on był odpowiedzialny za istnienie mutantów w tej wiosce?

Od Adrika Cd Jolanty #17

9.01.2019
Już miałem się odezwać, gdy nagle rozległ się radosny okrzyk chłopca, znikającego za zaroślami. Po chwili łatwo dało się również usłyszeć głos jego matki, zdecydowanie podenerwowanej nieobecnością syna.
Przeniosłem wzrok z zarośli znowu na Jolantę i wstrząsnąłem obojętnie ramionami, odwracając się po chwili, by również wyjść z zarośli. Chyba chłopiec już zdążył przez tą chwilę opowiedzieć mamie co się stało, bo kiedy ja i moja towarzyszka wyszliśmy jej naprzeciw, wyglądała na uradowaną.
– Oh, dziękuję za pomoc Markowi. – odparła niemal od razu. – Straszny z niego rozrabiak! Może wejdziecie na troszkę? Pewnie kawałek musieliście z nim iść, naszą wioskę otacza z każdej strony duży las. – zaprosiła nas gestem do środka małej chatki.
– Ależ nie chcielibyśmy sprawiać kłopotów. Akurat szliśmy w podobną stronę i natrafiliśmy na pani syna. – uśmiechnąłem się miło, spoglądając to na chłopca, to na jego matkę.
– Żaden problem! Pomogliście mu, więc pozwólcie że chociaż przez chwilę was ugoszczę. – w końcu udałem uległość pod jej słowami i zgodziłem się wejść do środka. Poczułem jak Oliva szturcha mnie w bok, niezadowolona tym co się dzieje. Wiedziałem, że mierzy mnie teraz poważnym spojrzeniem, jednak nie spojrzałem na nią.
Usiedliśmy na drewnianej ławie przy stole, wskazanej przez kobietę.
– No cóż Mark to bardzo niesforny chłopak. Wszędzie biega za ojcem bez jego zgody i przez to często się gubi. – przewróciła oczami, szykując coś na blacie nieopodal nas.
– Pani mąż przychodzi do starego miasta? Podobno nie jest tam za bezpiecznie. – postanowiłem spróbować jakoś nakłonić ją do wyjawienia powodu tych wędrówek.
– Tak, on ma tego świadomość, jednak potrzebujemy jedzenia, a tutaj, w lesie nie mamy zbyt dużych możliwości. – tłumaczyła. Jakoś nie bardzo mnie przekonała. Czy naprawdę ktoś byłby w stanie narażać życie dla jedzenia, które i tak może znaleźć w innych stronach?
– No tak... Ma pani rację. To nie takie proste. – przyznałem teatralnie. – A długo zajmują takie wyprawy?
– Z reguły cały dzień. Jak mąż wychodzi wcześnie rano, tak wraca na wieczór, kiedy się sciemnia. – mimowolnie wyjżała przez okno. Słońce akurat kierowało się już ku zachodowi, ale jeszcze było do tego trochę czasu. – No a wy dokąd się kierujecie? – uśmiechnęła się, zwracając do nas.
– No cóż, mieszkaliśmy wcześniej nieopodal starego miasta, ale teraz nie jest tam najbezpieczniej, dlatego szukamy nowego lokum, lub chociaż miejsca na ostanie. – mówiłem spokojnie.
– No to chyba całkiem dobrze trafiliście. Jest w naszej wiosce parę niezamiedzkałych, opuszczonych domów, moglibyście któryś sobie wziąść i naprawić. Z pewnością nikt nie będzie miał nic przeciwko temu, zwłaszcza że zawsze przydają się pomocne dłonie. – rozpromieniła się.
– Naprawdę? To bardzo dobra wiadomość. – zerknąłem na Jolantę, rozbawiony jej reakcją. Byłem pewny, że jest przeciwna temu całemu kłamstwu, ale nie była w stanie przyznać się kobiecie do tego, co planuję.
Kobieta postawiła przed nami szklanki gorącej herbaty i usiadła naprzeciw.
– Tylko musicie uważać, jeżeli zdecydujecie się tutaj zostać. Lepiej nie zachodzić nikomu za skórę. – szepnęła. Zaskoczyło mnie to.
– Dlaczego? – próbowałem dopytać.
– Mieszka tutaj wiele dziwnych ludzi. Niektórzy, a tym ja uważają, że zmutowali przez geny, które trafiły do ich organizmów przez tą całą epidemię, spowodowaną badaniami tego naukowca, Ruvika. Mają nietypowe zdolności. Oczywiście nie wyjawiają tego przed obcymi, no chyba że zajdą im za skórę.
– Jakie nietypowe zdolności? – słuchałem jej w zamyśleniu.
– Niektórzy potrafią władać wodą, inni przekształcać swój wygląd, na przykład kolor oczu, włosów... Jest tego trochę, ale nie o wszystkich wiemy. – odparła. – Zwykle używają tych zdolności do walki z mutantami. – wyglądała na całkowicie szczerą. Czyżby nowe mutacje u ludzi? Zerknąłem porozumiewawczo na Jolantę.

Jolka?

Od Jolanty Cd Adrika #16

8.01.2019
Rodzice dziecka mają dostać... nauczkę? Ta myśl niebezpiecznie zadzwoniła w moim mózgu, jednocześnie ostrzegając, że sytuacja nie jest bezpieczna. Szybko spojrzałam za chłopcem, który zupełnie niczego nie świadomy rozglądał się po okolicy. Przecież jest niewinny...
— Tak nie wolno. — Skomentowałam uparcie, jednak na tyle cicho, żeby rozmowa pozostała między naszą dwójką. — To tylko nic nie winne dziecko. Poszedł za ojcem i się zgubił. Naprawdę chcesz im coś zrobić?
Odpowiedziało mi tylko ciche westchnienie i przewrotny ruch oczami. Poczułam się zignorowana... Ten szaleniec nie chciał mi odpowiedzieć, prawda..? Aż tak bardzo nie ma sensu mi cokolwiek powiedzieć?!
Przez kilka minut maszerowaliśmy w ciszy. Początkowo byłam zdenerwowana, z czasem zaczynałam się jednak uspokajać i coraz to więcej rozmyślać. Chłopiec szedł przed nami w kilometrowym oddaleniu. W pewnej chwili złapałam Adrika za przedramię żeby się zatrzymał, a nasz przewodnik nie mógł usłyszeć.
— Możesz mi coś wyjaśnić? — spytałam marszcząc brwi w zamyśleniu i zanim zdążyłby mi przerwać kontynuowałam — Dlaczego tak chcesz przemieniać ludzi? Wykorzystywać ich...
Patrzył na mnie i właśnie otworzył usta żeby odpowiedzieć kiedy...
— Mama! — radosny okrzyk Marka przeciął powietrze. Spojrzałam szybko w tamtą stronę akurat w porę, żeby zobaczyć jak ciemnowłosy znika za jakimiś zaroślami.

Od Adrika Cd Jolanty #15

3.01.2019
Miałem zamiar doprowadzić tego chłopca do domu i być może trochę wykorzystać gościnę jego rodziców, a co za tym idzie, pobawić się w moją ulubioną zabawę — udawanie niewinnego. Gra aktorska była czymś, co wręcz pokochałem już za dziecka, kiedy to musiałem sobie jakoś radzić, by przeżyć. No cóż, wtedy zdecydowanie łatwiej było udawać małego, biednego i zagubionego dzieciaka przed ludźmi zupełnie nie spodziewającymi się jego intencji i siły. No a później ślad po nich zwyczajnie ginął. Oczywiście kiedy przejąłem miejsce Ruvika, zwykle starałem się o to, by nikt nie dowiedział się kim tak naprawdę jestem i jaką pełnię funkcję, przecież gdyby ta wieść się rozniosła, ludzie wiedzieliby już z kim mają do czynienia, kiedy tylko by mnie zobaczyli, a to żadna zabawa.
Kiedy więc Oliva zapytała mnie, co zamierzam zrobić, tylko się uśmiechnąłem, zerkając na nią porozumoewawczo. Zdążyła mnie już trochę poznać, na pewno wiedziała co zrobię. Myślę, że tylko chciała się upewnić. Po za tym... Pomyślałem że skoro wcześniej uświadomiła mi to, że sama wcale nie chce sprzeciwić się temu bym ją przemienił, być może już ją do siebie i swoich czynów trochę przekonałem. Więc skoro tak, ma zadatki na moją sojuszniczkę, a takich osób właśnie mi potrzeba. No cóż, kto wie, może nawet spodoba jej się moja zabawa?
Zerknąłem na chłopca, który teraz szedł lasem nieopodal nas, spoglądając w jedną ze stron z zaciekawieniem.
— Dzieci nie powinny same chodzić po lesie. Przynajmniej jego rodzice dostaną nauczkę.

Jolka? Też trochę krótkie, ale pewnie później rozwiniemy 😏

Od Jolanty Cd Adrik'a #14

23.12.2018
Nieufnie spojrzałam za Adrikiem, kiedy ten postawił już pierwsze kroki wgłąb lasu. Obudziła się w nim dobroć serca, że postanowił odprowadzić chłopca do rodziców? Może i nie znałam mężczyzny zbyt dobrze, ale jakoś mi to... nie pasowało. Nie w tym momencie. Nawet jeśli chciałabym uwierzyć, a nawet poczułam delikatną lekkość na duszy, jakbym faktycznie miała nadzieję, wiarę w słuszność jego intencji.
Zerknęłam na drobnego chłopca, który jeszcze chwilę temu ukrywał się przed naukowcem za moją nogą, a teraz sam zaczął za nim iść. Zatrzymał się. Przyglądałam się uważnie jego zachowaniu. Dopiero kiedy ten spojrzał na mnie, jakby upewniał się czy robi dobrze, zorientowałam się, że ja sama nie ruszyłam się z miejsca ani o centymetr. Uśmiechnęłam się lekko do chłopca i zrównałam z nim kroku.
Przez kilka pierwszych minut szliśmy z tyłu, aż w końcu zdezorientowana własnymi myślami dogoniłam Adrika.
— Co zamierzasz? — spytałam tak cicho jak tylko mogłam, jednocześnie zaplatając ze sobą ręce, próbując dodać sobie otuchy. Uparcie patrzyłam przy tym na roztaczający się przed nami las.

Adek? I Tobie niestety równie krótko

Od Adrik'a Cd Jolanty #13

14.11.2018
– A co to ma do twoich rodziców, mały? Chyba nie szukasz nowych, co? – odezwałem się po chwili, zażenowany jego odpowiedzią i zarazem zachowaniem. Był nieposłuszny, powinien najpierw udzielić odpowiedzi na zadane mu pytanie.
Chłopiec chyba się speszył, bo cofnął się trochę za Jolantę, jakby chcąc uniknąć mojego spojrzenia.
– Adrik, przestań. To tylko pytanie. – Oliva znowu zabrała głos, spoglądając na mnie karcąco, chociaż i tak zdążyłem zauważyć jej pierwszą reakcję. Po chwili zwróciła się z powrotem do chłopca. – Nie, nie jesteśmy małżeństwem. A co z twoimi rodzicami? – przyklęknęła, by znaleźć się na równym poziomie z Mark'iem.
– Oni... Zgubiłem się, kiedy szedłem za tatą w tamtą stronę. – wskazał ręką w kierunku, z którego szliśmy. Nieco mnie to zdziwiło. Czyżby ojciec młodego wybierał się na przeszpiegi?
– Odprowadzimy cię do domu i lepiej żebyś więcej za nim nie chodził. – zakończyłem, ruszając w kierunku przeciwnym do tego wskazanego przez chłopca. Nie czułem zapachu innych ludzi niż tych mi towarzyszących, a więc młody musiał przejść niezły kawałek za ojcem.

Jolka? Mam nadzieję że nie przeszkadza ci krótsze opko? 😏

Od Jolanty Cd Adrik'a #12

13.11.2018
Odruchowo zareagowałam na zachowanie Adrika i chwyciłam mocno za materiał jego koszuli na ramieniu, próbując odciągnąć od drzewa.
— Ani mi się waż! — naukowiec spojrzał na mnie rozjuszony, jednak ani odrobinę nie rozluźniło to moich ściągniętych w złości brwi — To tylko mały chłopiec.
Mężczyzna mierzył mnie w ciszy przeszywającym wzrokiem, by po chwili wyszarpnąć się spod mojego uścisku i poprawić swój strój. Potem podniósł znowu wzrok na chłopca siedzącego powyżej nami. Na oko dałabym temu małemu, przerażonemu blondaskowi z dziesięć lat i raczej nie więcej. Błękitne oczy niemal szkliły się ze strachu.
— Nic się nie bój — odezwałam się w jego stronę najmilszym głosem na jaki było mnie stać — nie zrobimy ci nic złego. — Usłyszałam tylko jakieś ciche pomruki ze strony swojego towarzysza, ale w zupełności postanowiłam go zignorować. — Adrik tylko się trochę zezłościł. Nie chciał cię przestraszyć.
Dziecko spojrzało niepewnie na naukowca, a potem przeniosło spojrzenie na mnie. Może mi się wydawało, albo było odrobinę spokojniejsze.
— Zejdziesz do nas..? — Spytałam ostrożnie i łagodnym gestem wyciągnęłam dłoń w stronę gałęzi, na której siedział chłopiec.
Blondyn rzucił krótkie spojrzenie Adrikowi i znów mi, ledwo zauważalnie potakując skinieniem głowy. Obrócił się na swojej gałęzi i powolnie zaczął kierować się w dół drzewa.
— Widzisz? Z dziećmi trzeba umieć rozmawiać. — Syknęłam złośliwie do naukowca, tak, by tylko on usłyszał.
Zauważyłam jak przewraca oczami, ale miałam ciche wrażenie, że aż się w nim zagotowało. Sprawiło mi to satysfakcję.
Gdy chłopiec był już niżej pomogłam zejść mu na ziemię i odstawiłam obok, pochylając się w jego stronę.
— Jak masz na imię? Ja jestem Oliva.
— Mark... — miał cichutki, nieśmiały głosik.
Powtórzyłam na głos jego imię, zapamiętując.
— A ten niemiły pan — wskazałam na naukowca — to Adrik.
Chłopiec pokiwał tylko głową na znak, że rozumie.
— Powiedz Mark... — kontynuowałam — co tutaj robisz sam? Gdzie twoi rodzice?
— Jesteście małżeństwem? — zignorował moje pytanie, przyglądając się nam teraz uważnie.
Byłam w takim szoku na to absurdalne pytanie, że zastygłam w szoku z otworzonymi ustami, niezrozumiałe jąkając słowa zaprzeczenia. Jak można było mnie tak upokorzyć!?

Adeek? A jak zareagujesz? 😊😚😏😏

Od Adrik'a CD Jolanty #11

13.11.2018
Ta dziewczyna naprawdę potrafiła doprowadzić mnie do szału, jednak... Zgodziłaby się? Może ona tak, ale inni nie. Więc z kim bym współpracował gdybym nikogo nie przemieniał tak jak Ruvik niegdyś moich rodzicieli? Jak bym przeżył, skoro odległe kraje mają w zamiarze zabicie wszystkich przemienionych? Gdyby było ich za mało, w końcu dotarliby i do mnie, a z ich zbrojną siłą nie miałoby szans nawet moje metamorficzne ciało, pozornie niemożliwe do pokonania przez pojedyncze jednostki.
To Ruvik wszystko rozpoczął, nie ja. Gdyby nie on, byłbym normalny i nie musiałbym się bronić. Nikt tego nie rozumie, ponieważ nikt nie stoi na tyle wysoko jak ja, by ujrzeć to, co nam zagraża. Tymczasem mogę tylko tworzyć armię, którą posłużę się w opanowaniu być może całego świata. I nie obchodzi mnie co myślą o tym zwyczajni ludzie, tak jak nie obchodziło to Ruvika.
Rozmyślałem nad słowami dziewczyny, zostawiając ją w tyle, za sobą. Przecież powiedziała, że może by się zgodziła... Więc i tak nie ucieknie. Gdyby tylko wszyscy mieli taki tok myślenia jak ona, byłoby o wiele prościej.
Usłyszałem, jak Jolanta dogania mnie z tyłu, więc odwróciłem w jej stronę spojrzenie. To był jednak zły ruch, gdyż nie zdążyłem zareagować na spadającą przede mną gałąź. No i dostałem. Stałem tak, w osłupieniu, czując jak uderzenie poprawia szyszka. Gotowało się we mnie. Uniosłem spojrzenie lodowatych oczu w górę, aby poznać przyczynę tej jakże nagłej sytuacji i ujrzałem... Dzieciaka. Małego chłopca, trzymającego się mocno drzewa i patrzącego na mnie z góry wielkimi, przerażonymi oczami. Zacisnąłem w zdenerwowaniu zęby.
– Złaź stamtąd, ale to już! – warknąłem rozzłoszczony.
– Nie tak ostro, to dziecko. – Jolanta zareagowała od razu, ustawiając się pod drzewem obok mnie. – Boi się.
– Nie obchodzi mnie to, jak zaraz sam stamtąd nie zejdzie, to ściągnę go na ziemię siłą! – złapałem się drzewa, już mając zamiar się wspinać i spełnić swoje słowa.

Jolka? 😏😏

Od Jolanty Cd Adrika #10

Zmierzyłam go ponurym spojrzeniem. A żeby tylko oberwał w ten pusty czerep!
— Gdyby zmiany, które wprowadziłeś ty, zachodziły w ludziach naturalnie nikt by się nie sprzeciwiał. — Burknęłam. *** — Ty robisz to wbrew ich woli. Mógłbyś chociaż spytać czego chcą.
— I myślisz, że by się zgadzali?! — wzdrygnęłam się na jego podniesiony głos — Zgodziłabyś się!?
— Może tak! — Odpowiedziałam tym samym tonem co młodzieniec.
Zatkałam usta dłonią. Nie miałam mówić tego na głos! Patrzyłam na niego w szoku. Jak zawsze ciężko było cokolwiek wyczytać z jego twarzy. Bałam się reakcji... A jednak ona nie przyszła. Serce biło mi teraz nerwowo w piersi. Nie wiedziałam o czym myśli. Powinnam była siedzieć cicho.
Mężczyzna ruszył do przedu. Przez chwilę obserwowałam go zaskoczona. Nic nie powiedział? Dystans stawał się coraz większy. Spojrzałam za siebie. Zostawałam tak bardzo w tyle, że ucieczka nie byłaby problemem. Spojrzałam na Adrika. Byłam ciekawa. Pobiegłam za nim. Zwolniłam tuż przy mężczyźnie. Poczułam na sobie jego spojrzenie. Zaraz po tym ŁUP. Dźwięk łamania gałęzi. Stanęłam zaskoczona. Zarejestrowałam tylko, że Adrik trzyma się za bok głowy. Stuk. Kolejne uderzenie. Szyszka. Spadła na jego głowę. Patrzyłam szeroko otwartymi oczami.

<Adrik?>

Od Adrik'a Cd Jolanty #9

Początkowo reakcja dziewczyny mnie zaskoczyła, jednak zapewne jej wytłumaczeniem była klaustrofobia lub coś w tym stylu. Miałem jednak dzięki temu cichą nadzieję, że wędrówka przez las w jej towarzystwie minie dosyć spokojnie. Jakże złudne okazało się to uczucie, kiedy już przy pierwszym przystanku zaczęły się jej komentarze na mój temat. „A dlaczego to robisz?”, „Przemieniasz niewinnych”, „Bo nuda to bardzo głupi powód...”.
Ogarnęła mnie irytacja. Przecież ona i tak nic nie zrozumie, widać czyją trzyma stronę.
- Ja bym tego tak nie nazwał. - wtrąciłem pomimo jej wyraźnej niechęci do dalszej rozmowy.
- W takim razie jak? - odszczeknęła niemal od razu, mierząc mnie gniewnym spojrzeniem swych ciemnych oczu. Wyglądała jak typowa Indianka, zwłaszcza z tym wyrazem twarzy. Pocahontas walcząca o uwolnienie swojego ludu...
Westchnąłem.
- Niektórzy po prostu nie doceniają tego, co im daję. Są tak zacofani, że wydaje im się to dziełem niemal samego szatana. Jednak nauka podąża cały czas przed siebie, nie czarujmy się. - wstałem, powolnym krokiem z założonymi na piersiach rękami idąc przed dziewczyną w zamyśleniu. - Są jednak i tacy, którzy uważają mój dar za coś wspaniałego. - uniosłem brew, zwracając się przodem ku niej. - I wcale nie jest takich wyjątków mało. Poza tym przyznaj, każdy z nas wiedział, że kiedyś do tego dojdzie. Że rasa inteligentnych ludzi nie będzie jedyną taką na tym świecie. Prędzej czy później to musiało się stać, ale spokojnie. To tylko strach przed czymś obcym powoduje w zmetamorfizowanych ludziach takie działania jak sprzeciw. W końcu to zrozumieją. - dokończyłem, spoglądając na towarzyszkę. Po krótkiej chwili ciszy opuściłem jednak wzrok i odwróciłem się tyłem do niej.
- Wojownicy nie potrzebują mojej pomocy do ogarnięcia tego powstania, poszukamy sobie innego zajęcia. - zdecydowałem, mając dziwne wrażenie, że jednak ze strony Jolanty to nie koniec rozmowy. Chociaż... może jednak się myliłem?

Jolka? ^^

Od Jolanty Cd Adrik'a #8

Brutalnie zostałam wepchnięta do jakiegoś niezbyt dużego pomieszczenia. Natychmiastowo odwróciłam się w stronę wyjścia, by spotkać się z zamkniętymi drzwiami.
— Ej, co ty robisz?! — Krzyknęłam waląc pięściami o drewno. Dosłownie przed sekundą usłyszałam szczęk przekręcanego w zamku klucza.
— Wybacz, ale tym muszę zająć się sam! — Usłyszałam cichnącą odpowiedź po drugiej stronie i szybkie uderzenia podbić butów o posadzkę korytarza.
Głuchy plask rozszedł się po pomieszczeniu, kiedy ponownie moja pięść zetknęła się z drzwiami. Odwróciłam się rozjuszona gniewem do wnętrza pomieszczenia i... zamarłam. Ciemność. Czemu tu jest ciemno?! Odurzający strach zagłuszył mój umysł i zdrowy rozsądek. Początkowo krzyknęłam. Miałam wrażenie, że się duszę. Moją świadomość, prócz ciągłej myśli "Ciemność, ciemność, ciemność" pochłaniała wiedza, że miejsce, w którym się znajduję nie należy do największych. Wyciągnęłam drżącą ze strachu rękę przed siebie. Pustka. Powietrze. Przesunęłam nią w prawo szukając ściany. Miałam wrażenie, że jeśli nie uda mi się to w tej chwili zaraz się przewrócę. Tak jakby cały świat zaczął wirować i tańczyć pod moimi nogami. Był taki niestabilny.
Jest! Kiedy tylko poczułam twardą powierzchnię pod palcami naparłam na nią mocniej dłonią. Usilnie próbowałam przebić wszechobecną ciemność swoim wzrokiem, wszystko szło jednak na marne, a niepowodzenie tylko jeszcze bardziej mętniło mój umysł. Szloch rozdarł przestrzeń. Grube łzy płynęły przez policzki i zbierały się na brodzie, podrażając moje oczy, w momencie wypływania. Przysunęłam się bliżej ściany i przylegając do niej stopniowo zsuwałam się w dół na miękkich nogach. Ciemność, nie ma żadnego światła... to jak pustka... Miejsce dusz. Uporczywa myśl nie potrafiła odejść i dać mi spokoju.
Przyciągnęłam nogi do klatki piersiowej i obejmując je rękami zatopiłam też w dłoniach mokrą i możliwe, że napuchniętą od płaczu twarz.
Nie mam pojęcia ile czasu spędziłam w mroku. Może było to pięć minut, może godzina. Dla zachowania zmysłów ciągle się kiwałam. Przód, tył, przód... Możliwe nawet, że na moment przysnęłam.
Usłyszałam kroki. Dźwięk przekręcanego w zamku klucza. Instynktownie przytrzymałam się ściany, jako że plecami opierałam się o wejście.
— Chodź. — Męski głos towarzyszył otwieraniu drzwi.
Natychmiastowo kiedy światło trafiło do pomieszczenia skoczyłam na równe nogi i rzuciłam się na osobę stojącą w drzwiach, zamykając ją w mocnym uścisku.
— Błagam, błagam, już nigdy więcej! — załkałam żałośnie.
Jeszcze kilka kolejnych chwil zaklinałam na wiele słów, aż zdałam sobie sprawę, że osobą, którą przytulam jest zaskoczony Adrik.

***

W towarzystwie naukowca pospiesznie opuściłam szpital. Poruszaliśmy się jakimiś żadko uczęszczanymi ścieżkami. Po około pół godzinie wszystko zostało w tyle. Zatrzymaliśmy się dopiero po wejściu do lasu, by chwilę odpocząć.
Usiadłam na korzeniach jednego z setek okolicznych drzew, pozwalając, by zmęczone nogi zaznały upragnionego odpoczynku. W ciszy obserwowałam naukowca. To naprawdę przez niego dzieje się to wszystko?
Wciąż czułam zażenowanie na wspomnienie mojego zachowania w szpitalu. Praktycznie cały czas ucieczki nie odzywałam się ani słowem. Teraz jednak miałam pytania, a chciałam znać na nie odpowiedź.
— Dlaczego to robisz? Łapiesz i przemieniasz niewinnych w metamorfozy. — Zadałam jedno z tych, które szczególnie mnie nurtowały.
Mężczyzna obdarzył mnie krótkim spojrzeniem.
— Z nudów. Poza tym, miałbym pozwolić, żeby cała ta wiedza i środki, które zgromadziłem się zmarnowały?
— Nuda to bardzo głupi powód, żeby rujnować ludzkie życia... — Burknęłam pod nosem z zamiarem zakończenia rozmowy.

Adrik?

Od Adrik'a Cd Jolanty #7

Chwilę po tym jak nakazałem swoim metamorfozom atak, pojawili się również inni ludzie. Śledzili nas? Byli w pobliżu? Naprawdę mnie to nie obchodziło. Byłem pewny, że moi wojownicy dają im radę i tak właśnie się stało. Zabraliśmy ich do miasta, do starego szpitala, w którym to miałem podać geny przybyłym. Wolałem zrobić to od razu, aby jak najszybszej móc przydzielić ich do prac w mieście. Dziewczynę zostawiłem sobie na koniec... Ona miała stać się obiektem testowym, dlatego chciałem podać jej coś innego niż reszcie. Gen był gotowy dopiero następnego dnia.
Wszedłem do sali w której się znajdowała akurat, gdy już się obudziła. Uchyliła delikatnie powieki, słysząc jak się zbliżam.
- Już się obudziłaś? - przechyliłem głowę delikatnie w bok. Mięśnie jej rąk i nóg napięły się, chcąc rozruszać obolałe kończyny, jednak uniemożliwiały to pasy, trzymające w bezruchu ciało dziewczyny. Była trochę zdziwiona zaistniałą sytuacją, widziałem to po jej twarzy. Przeniosła wzrok na trzymany przeze mnie przedmiot - strzykawkę z cieniutką igłą, czekającą tylko na to, aby zatopić się w czyimś ciele.
- Co to? - zapytała drżącym, obolałym głosem. Przeniosłem wzrok z przedmiotu prosto w jej oczy.
- Gen, który zaraz ci podam. - odpowiedziałem spokojnym tonem. Nie wyglądała jednak na zaskoczoną, bardziej rozczarowaną.
- Dlaczego to robisz? Przecież nie musisz nikomu służyć... - powiedziała, spoglądając mi w oczy. Mimowolnie na mojej twarzy pojawiło się rozbawienie.
- Przecież wiem. Służę sobie. - odpowiedziałem z pewnością. Już miałem chwycić jej dłoń, aby podać gen, kiedy nagle drzwi otworzyły się z trzaskiem, uderzając ostro w ścianę, a do środka wpadł uzbrojony jedynie w potężny młot człowiek. Upuściłem strzykawkę, która roztrzaskała się pod moimi nogami na drobny mak.
- Cholera. - syknąłem, przewracając stół z przypiętą do niego dziewczyną, by po chwili również odskoczyć w ostatniej chwili przed młotem, który wbił się w ziemię. Nie czekając na kolejny rozmach przeciwnika, wskoczyłem na jego kark, by sprawnym ruchem wykręcić go na drugą stronę. Zeskoczyłem z niego, zanim zdążył opaść na ziemię i szybko odpiąłem pasy trzymające Jolantę. Pociągnąłem ją ostro za rękę, aby jak najszybciej wybiec z pomieszczenia. Ruszyliśmy biegiem przez korytarz, starając się omijać wszelkie przeszkody. Ja dałbym im radę, jednak dziewczyna była tylko kruchym człowiekiem.
- Bunt. - mruknąłem znikając z nią za zaułkiem. Korytarzami niosły się najróżniesze krzyki i dźwięki bitwy. Wepchnąłem Olivę za pierwsze, lepsze drzwi schowka i szybko zamknąłem je na klucz.
- Ej, co ty robisz?! - usłyszałem przez drzwi, w które zaczęła uderzać pięściami.
- Wybacz, ale tym muszę zająć się sam. - odkrzyknąłem po czym rzuciłem się korytarzem w stronę odgłosów walki. Nie mogłem ryzykować straty obiektu testowego.

Jola? Co robisz? Dasz radę się uwolnić? A może ktoś to zrobi?

Od Jolanty Cd Adrik'a #6

Chatkę myśliwską opuściliśmy wczesnym rankiem. Niemalże tuż po świcie. Nie mogę zaprzeczyć - byłam pod wrażeniem, że udało nam się wstać i przygotować do drogi jeszcze przed wejściem na nieboskłon ognistej kuli. Zwłaszcza, że to Nerge posiadał zazwyczaj ogromne trudności z wczesnym wstawaniem.
Słońce zdążyło już pokonać kawałek swojej trasy, kiedy mój przyjaciel zarządził o odpoczynku, a Adrik zaproponował podejście chociaż do pobliskiej polany. Czułam zmęczenie. Oj tak. Wizja zdobycia ważnych roślinności wydawała się jednak nad wyraz silna. Dlatego zdecydowałam za siebie i czarnowłosego, że jednak pójdziemy dalej.
Zrównałam się krokiem z metamorfozą. Nie wydawał się być inny od nas. Może i idący za mną Nerge zdążył już zaliczyć z nim sprzeczkę, jednak czy to też nie czyni go bardziej ludzkim? A może właśnie za to odpowiada gen metamorfozy... Sprawia, że zachowania są zwierzęce? Nie mam pojęcia.
Uhu! Dotarliśmy! Szczerze mówiąc - czułam rosnące podekscytowanie. Z dwóch powodów. No, może nawet i trzech. Po pierwsze: może uda mi się znaleźć to, czego już długo szukałam w pobliżu domu. Jest to jednak jeden z mniej ważnych motywatorów, jak stwierdziłam po chwili. Po drugie: to było jak normalny spacer! Żadne polowanie, normalna przechadzka. A nigdy też nie ruszyłam z Nerge w tym kierunku. No i trzecia sprawa... Minęło sporo czasu, od momentu, gdy widziałam inną twarz niż szkolnego towarzysza. Naprawdę długo trwało, nim miałam okazję z kimkolwiek innym porozmawiać. Może to dlatego wydawałam się bardziej żywa samej sobie.
Wszystkie te emocje, moment uniesienia zostały jednak zachwiane, a następnie zburzone. Silna i twarda dłoń chwyciła mnie za ramię cofając nieco do tyłu. A właśnie mieliśmy wejść na polanę. Co jest na duchy przodków!?
— Ktoś tu jest. — Poważny głos przyjaciela zadudnił w mojej głowie, jakby ta informacja nie umiała jej opuścić.
Spojrzałam zaciekawiona za linię drzew. Na tyle, ile byłam w stanie. Właśnie wtedy nasz towarzysz obrócił się do nas twarzą. Po raz drugi przemknęło mi przez myśl, że w jego wzroku znajduje się coś groźnego i przerażającego. A zarazem zupełnie innego, niż widywałam to nie raz w oczach Nerge.
— No, no. Bystrzak z ciebie.
Coś przemknęło z boku. Wysoka, owłosiona postać. Wilkołak? Swoim lśniącym spojrzeniem tylko na moment zatrzymał się na nowo poznanym. Potem skierował go na nas. A ledwo to nastąpiło jego wargi unosiły się wysoko, z groźnym warknięciem.
Czarnowłosy natychmiastowo szarpnął mnie w tył, chowając za swoim ciałem. Wilkołak jedynie drgnął. Jakby na coś czekał.
— Oszust! — krzyknął z jadem Nerge.
Poczułam się zawiedziona. Nie moim przyjacielem. W duchu mu teraz dziękowałam, bo choć jego głos drżał on wciąż chciał mnie bronić. Moje uczucie skierowane było na Adrika. Zawiodłam się, bo przez tak długi czas byliśmy w stanie bezpiecznie się ukrywać, nawet nie tak daleko od miasta, a teraz pojawił się on i ja za nim poszłam. Nie znałam go, ale wyglądał na miłą osobę. Jego reakcje były tak naturalne i prawdziwe. Byłam zawiedziona na sobie, bo mu uwierzyłam. Nerge tego nie zrobił. Przyszedł tutaj za mną. Wiedziałam o tym.
Adrik wzruszył obojętnie ramionami na oskarżenie mojego przyjaciela. Naprawdę, dalej nie mogę uwierzyć. Czy to możliwe, żeby ten chłopak, będący zapewne w wieku podobnym do mnie i Nerge, mógł być jakimś podwładnym tego szaleńca, przez którego tyle lat tutaj tkwimy!? Nie możliwe...
Kolejne dwie, puchate postaci pojawiły się w otoczeniu.
— Brać ich. — Krótki, znudzony rozkaz wydobył się z ust nastolatka stojącego przed nami.
Nie wierzę...
Adrik odwrócił się do nas plecami. Dłonie Nerge mocniej zacisnęły się na moich przedramionach. Tylko na chwilę. Chłopak próbował nas jakoś wycofać z tej sytuacji, ale zdawał sobie sprawę, że przeciwnicy są dużo silniejsi. Przyglądali się nam tylko przez ułamek sekundy. Jakby podziwiali nowe zabawki.
Pierwsza z bestii natarła na mojego przyjaciela. Był bardziej odsłonięty, dlatego znalazł się na linii ataku. Czułam się zagubiona. Przestraszona i kompletnie nie na miejscu. Gniew na człowieka, przez którego teraz tu jesteśmy tlił się we mnie równie mocno, co poczucie winy, że to również moja sprawka.
Nerge okładał i kopał swojego przeciwnika. Mocny uścisk na ramieniu przywrócił mnie do rzeczywistości. Wzdrygnęłam się widząc na nim owłosioną łapę o palcach zakończonych ostrymi pazurami. Co więcej, z mojego gardła wydostał się wrzask strachu. Krótki. Zakoczony.
Zaczęłam się szarpać. Na marne. Metamorfoza rozjuszona moim zachowaniem odrzuciła mnie w bok. Zaskoczenie wywołane pobytem w powietrzu zniknęło w chwili, gdy upadłam na drzewo a moja głowa uderzyła o twardy pień. Dzwonienie w uszach przeniosło się na cały umysł przyćmiewając go. Czaszka mnie bolała. Miałam wrażenie, że po potylicy rozchodzi się okropne ciepło. Denerwujące, lepkie. Jakby... krew. Miałam mroczki przed oczami. Zanim straciłam przytomność zdążyłam jeszcze usłyszeć powstające zamieszanie. Ludzie?
Kiedy ponownie otworzyłam oczy towarzyszyło mi nieznośne uczucie kiwania. Przód, tył, przód, tył, w górę i w dół. Głowa bezwładnie zwisała mi w dół. Nie miałam nawet siły by ją unieść. Odkręciłam szyję w bok. Ściana lasu oddalała się z każdym wykonanym drgnięciem. Unosiłam się nad ziemią. Szorstkie futro, które czułam na swoim ciele było ostatnią rzeczą, o jakiej zdążyłam pomyśleć nim znowu straciłam rezon.
***
Powieki były ciężkie. Miałam wrażenie, że każdy mój mięsień, każdy skrawek ciała jest sztywny, a przy tym obolały. Gardło paliło żywym ogniem. Gdzie właściwie jestem?

Więc, co się z Nią teraz stanie? Adriczkuu?  ;>

Od Adrik'a Cd Jolanty #5

A więc oboje będą chcieli ze mną iść. Wspaniale, właśnie o to mi chodziło. Im więcej nowych nabytków, tym lepiej.
- Zgoda. - zerknąłem przyjaźnie na obojga z nich, przekszywiając przy tym delikatnie głowę w bok. Przez małe okienko przysłonięte tkaninami łatwo było zauważyć jak na zewnątrz się już ściemniło. Wygiąłem się w tył na swoim siedzeniu, przeciągając się trochę. Zaraz za tym ziewnąłem, przysłaniając usta ręką. Właściwie bardziej udałem zmęczenie niż je czułem.
- Przenocujesz u nas? - zapytała ciemnowłosa dziewczyna z gościnnością w spojrzeniu. Udałem zakłopotanie, drapiąc się ręką w tył głowy.
- Jeżeli to nie kłopot... - odparłem zerkając w bok. Pora była naprawdę późna jak na powrót i raczej nikt inny na moim miejscu nie zdecydował by się na wędrówkę o tej godzinie. Zwłaszcza po lesie i zwłaszcza kiedy zastawia sidła na nowe ofiary.
~~~
Usadowiłem się na skromnym posłaniu w jednym z pokoików, do którego zaprosiła mnie Jolanta. W nocy było tutaj dosyć chłodno, jednak ilekroć zaczynałem marznąć, na moim ciele pojawiało się zwierzęce futro odpędzające to uczucie.
Już o świcie wszyscy byliśmy gotowi na wyjście, zwłaszcza, że droga nie była krótka. Równomierne, spokojne tempo, dziewczyna wypatrująca szukanych przez nią roślin i podejrzliwy chłopak, rzucający mi co chwilę swoje czujne spojrzenie. Ledwie wyruszyliśmy, a czas upłynął tak szybko, że znaleźliśmy się w połowie drogi.
- No, my chyba przystaniemy już tutaj. - zaczął Negre, zerkając na swoją towarzyszkę. Miałem wrażenie że się z nim zgadza, dlatego posłałem jej przyjazny uśmiech.
- Oczywiście. Jednak blisko stąd znajduje się leśna polana, jakbyście chcieli, można znaleźć na niej więcej roślin niż pośród drzew. - wskazałem ręką w kierunku celu. Oliva posłała pytające spojrzenie chłopakowi obok niej, później przenosząc wzrok na mnie. Jej towarzysz już wiedział że zdecydowała za niego i nie ma o czym więcej gadać.
- Zgoda, dojdziemy na tę polanę, ale nie dalej. - zdecydowała ruszając tym razem obok mnie. Miejsce naprawdę istniało, bo już po chwili się tam znaleźliśmy. Już miałem wyprowadzić ich na wolną przestrzeń, kiedy Negre zatrzymał się gwałtownie, ciągnąc za sobą towarzyszkę.
- Ktoś tu jest. - odparł poważnie, rozglądając się. Ciemna sylwetka zamajaczyła mi po drugiej stronie polany, wśród drzew. Od razu ją rozpoznałem. Odwróciłem się ku swoim towarzyszom wędrówki.
- No, no. Bystrzak z ciebie. - wpatrzyłem się w jego oczy, nieświadomie znowu przeszywając go spojrzeniem. Ciemny wilkołak pojawił się tym razem z boku, w zasięgu wzroku nas wszystkich. Stwarzał jednak przekonanie wrogości jedynie do dwójki ze mną przybyłych, co również nie umknęło ich uwadze. Negre szybko zasłonił sobą dziewczynę, gotowy do natychmiastowej walki.
- Oszust! - wysyczał w moją stronę, zanim liczba okrążających nas metamorfoz się nie zwiększyła. Oczywiście nie było ich więcej niż trzy, bez przesady. Teraz już mogłem przestać udawać małoletniego głupka, co niezmiernie mnie ucieszyło. W odpowiedzi na jego zarzut tylko wstrząsnąłem obojętnie ramionami.
- Brać ich. - wymamrotałem odwracając się.

Jolka? Masz papkę xDD

Od Jolanty Cd Adrik'a #4

Na wilcze jagody i prochy szamana, to przecież nie moja wina, że ptasie mięso zaczęło się natychmiastowo szybciej piec kiedy tylko opuściłam kuchnię! Całość nie mogła trwać aż tak długo... Z resztą, ciężar winy, którą obarczało mnie spojrzenie Nerge nie powinno znajdować się jedynie na mojej osobie! Gdyby nie nowo przybyły oraz bójka jaka powstała między nim a czarnowłosym, szybciej wróciłabym do paleniska. Kto wie, co by się działo jeśli nie opuściłabym schronu i ich nie rozproszyła. Nerge już teraz był mocno pokiereszowany, jednak i za Adrika nie mogłabym poświadczyć. Jeszcze ze szkoły pamiętam kilka sytuacji gdzie ciemnowłosy wdawał się w przepychanki i choć to on w większości z nich grał rolę 'kata' zdarzały się również sytuacje odwrotne. A wtedy dość często, choć nie w każdym przypadku okazywało się, że po upadku potrafi dać jeszcze popalić swojemu przeciwnikowi. Tak więc równie dobrze i Adrik mógł znaleźć się przygnieciony do twardej ziemi na zewnątrz. Chociaż był metamorfozą... To z pewnością w jakiś sposób wzmocniło jego organizm.
Ustawiłam mięso na stole kładąc pod spód porcelanowy talerz, aby nie zniszczyć drewnianej konstrukcji. Moje spojrzenie zatrzymało się na jasnowłosym. Stał się naszym gościem w chwili postawienia nogi u progu tego domku.
— Zjesz z nami? — spytałam uprzejmie.
Adrik przez chwilę wydawał się zaskoczony i nie odzywał się myśląc nad odpowiedzią. Zaraz jednak pokiwał głową na potwierdzenie.
— Z chęcią.
Skinęłam tylko głową i wyszłam na powrót do kuchni. Na trzy talerzyki nałożyłam wcześniej upieczone ziemniaczki (tym razem nie spalone), wzięłam ze sobą duży nóż i sztućce, które zaniosłam do pokoju.

***
Atmosfera w jadalni była jakby napikowana drobnymi igłami. Nieufne spojrzenia Nerge posyłane przybyszowi wypełniały pokój napiętą aurą. Od tego wszystkiego moje gardło ściskało się z nerwów.
Spojrzałam jeszcze raz na swój talerz. Wszystkiego zniknęło jedynie po trochu. Nie byłam w stanie przecisnąć czegokolwiek więcej przez usta. A gdybym to zrobiła zaraz chyba włączyłby mi się odruch wymiotny. W powietrzu, między sztywnymi spojrzeniami młodych mężczyzn zdecydowanie coś wisiało. Nerge wciąż mógł mieć za złe Adrik'owi to, że w ich starciu znalazł się na gorzej pozycji.
Odchrząknęłam najciszej jak potrafiłam. Potrzebowałam oczyścić gardło i przerwać tą bolącą w uszy ciszę.
— Adrik'u, jeśli wracałbyś akurat do miasta, mogłabym może przejść część drogi z tobą? Jeśli to nie problem oczywiście! W tamtych stronach powinno rosnąć kilka potrzebnych mi ziół.
Modzieniec uniósł na mnie zaskoczony wzrok, ale na jego twarzy natychmiast pojawił się miły uśmiech. Z kolei kruczowłosy wytrzeszczał ze zdziwienia swoje gałki.
— Nie mam z tym żadnego problemu... — zaczął gość jednak Nerge urwał jego wypowiedź wcinając się w środek.
— Też pójdę! — przez nagły, uniesiony głos przyjaciela aż się wzdrygnęłam. Dopiero po chwili dotarło do mnie co powiedział, a on sam, niepewnym tonem dodał — Mam coś do załatwienia w okolicy.
Ta, jaaasne. Przewróciłam oczami z rezygnacją i odwróciłam twarz w bok. Nerge siedział obok mnie dzięki czemu szansa na zobaczenie mojej miny spadała niemal do minimum. Właśnie poczułam się niczym zwierzątko. Małe i bezbronne, wobec którego mój przyjaciel czuje ogromną potrzebę pełnienia ochrony. Irytujące, a zarazem miłe. Jednak ostatnio spędzałam z nim też zbyt wiele czasu wspólnie i potrzebowałam chwili na oddech. Lepsza sytuacja raczej nie prędko znów by się trafiła, ale skoro chce iść nie jestem w stanie nic na to zaradzić.


Aaaadek?  ;>

Od Adrik'a Cd Jolanty #3

Dziewczyna podbiegła do swojego towarzysza, próbując go uspokoić. Później jej spojrzenie powędrowało tuż na mnie, jakby zupełnie nie wiedziała czego może się spodziewać. Pokrzyżowała moje plany co do tego typa przede mną, ale jednak na wieść o drugiej osobie, moje oczy nieświadomie błysnęły. Z zadziwienia aż nie wypowiedziałem żadnego słowa, jedynie uniosłem delikatnie ręce na wysokość ramion, w geście porozumiewawczym. Może warto byłoby się trochę pobawić? A skoro tak, nic im nie zrobię. Przynajmniej teraz. Moje oczy wpatrywały się w dziewczynę dopóki ta nie wstała.
- Oliva. Mów mi Oliva. - przedstawiła się krótko, najwyraźniej nie zamierzając dochodzić kto zaczął tą bujkę.
- Adrik. - mruknąłem. Dziewczyna pokiwała głową po czym przeniosła spojrzenie na podnoszącego się mężczyznę. Szybko mu w tym pomogła, jednocześnie gestem informując abym zrobił to samo. Przełożyłem rękę mężczyzny nad swoim karkiem, po czym pozwoliłem aby uwiesił się i utrzymał równowagę. Pozwolił na to dosyć niechętnie, jednak za wolą towarzyszki powędrował z moją pomocą do domu. Dopiero przy drzwiach chwycił się bezpieczniej ściany, zabierając ode mnie rękę.
- Dalej dam radę sam. - warknął cicho, po czym wszedł do środka zaraz za Jolantą. Ja również to uczyniłem, siadając na drewnianym krześle, wskazanym przez dziewczynę. Ta szybko zajęła się niedużą raną na twarzy Negre, spowodowaną moim wcześniejszym uderzeniem. Ten cały czas tylko przypatrywał się nieufnie w moją stronę, marszcząc przy tym mimowolnie brwi. Oliva wyraźnie to zauważyła.
- Więc skąd jesteś? - zaczęła, starając się rozwinąć jakąś rozmowę.
- Mieszkam niedaleko miasta. Kawałek drogi stąd, jednak czasami zapuszczam się głębiej w las. - ułożyłem ręce na oparciach siedzenia, rozluźniając się.
- Niedaleko miasta? Więc musi tam być dosyć niebezpiecznie, prawda? - ciemnowłosa zaprzestała oczyszczania rany swego towarzysza, prostując się i zwracając spojrzenie w moją stronę.
- Szkoda że żadnego domu tam nie widziano. - zakpił Negre, rozbawionym tonem. Miał rację, jednak nie pozwoliłbym, aby się o tym przekonał.
- Owszem. Jako metamorfoza mieszkam w jaskini, czasami przemieszczam się między nimi. - rzuciłem mu pewne siebie spojrzenie. Wyczułem, że na słowo ,,metamorfoza'' obojgu ich ogarnęła niepewność. Na chwilę znieruchomieli, jednak szybko wrócili do siebie.
- To wiele wyjaśnia... - rzekła ciemnowłosa spoglądając na ranę Negre. Posłała mi przy tym delikatny uśmiech, ale po chwili jakby coś ważnego sobie przypomniała, rzuciła się w stronę kuchni, z której dobiegał zapach pieczonego mięsa. - O nie! - zawołała zza drewnianej ściany. Jak widać jej towarzysz szybko zorientował się o co chodzi.
- No i spaliłaś naszą kolację. - mruknął z niezadowoleniem, zakładając ręce na piersi.
- Tylko trochę... - syknęła trzaskając czymś pospiesznie. Już po chwili wróciła z upieczonym mięsem, co prawda trochę ciemnym od przypieczenia, ale jednak jadalnym. Jej towarzysz pokiwał głową na boki.


Jolanta?
© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Freepik FlatIcon