Od Adrika Cd Jolanty #17

9.01.2019
Już miałem się odezwać, gdy nagle rozległ się radosny okrzyk chłopca, znikającego za zaroślami. Po chwili łatwo dało się również usłyszeć głos jego matki, zdecydowanie podenerwowanej nieobecnością syna.
Przeniosłem wzrok z zarośli znowu na Jolantę i wstrząsnąłem obojętnie ramionami, odwracając się po chwili, by również wyjść z zarośli. Chyba chłopiec już zdążył przez tą chwilę opowiedzieć mamie co się stało, bo kiedy ja i moja towarzyszka wyszliśmy jej naprzeciw, wyglądała na uradowaną.
– Oh, dziękuję za pomoc Markowi. – odparła niemal od razu. – Straszny z niego rozrabiak! Może wejdziecie na troszkę? Pewnie kawałek musieliście z nim iść, naszą wioskę otacza z każdej strony duży las. – zaprosiła nas gestem do środka małej chatki.
– Ależ nie chcielibyśmy sprawiać kłopotów. Akurat szliśmy w podobną stronę i natrafiliśmy na pani syna. – uśmiechnąłem się miło, spoglądając to na chłopca, to na jego matkę.
– Żaden problem! Pomogliście mu, więc pozwólcie że chociaż przez chwilę was ugoszczę. – w końcu udałem uległość pod jej słowami i zgodziłem się wejść do środka. Poczułem jak Oliva szturcha mnie w bok, niezadowolona tym co się dzieje. Wiedziałem, że mierzy mnie teraz poważnym spojrzeniem, jednak nie spojrzałem na nią.
Usiedliśmy na drewnianej ławie przy stole, wskazanej przez kobietę.
– No cóż Mark to bardzo niesforny chłopak. Wszędzie biega za ojcem bez jego zgody i przez to często się gubi. – przewróciła oczami, szykując coś na blacie nieopodal nas.
– Pani mąż przychodzi do starego miasta? Podobno nie jest tam za bezpiecznie. – postanowiłem spróbować jakoś nakłonić ją do wyjawienia powodu tych wędrówek.
– Tak, on ma tego świadomość, jednak potrzebujemy jedzenia, a tutaj, w lesie nie mamy zbyt dużych możliwości. – tłumaczyła. Jakoś nie bardzo mnie przekonała. Czy naprawdę ktoś byłby w stanie narażać życie dla jedzenia, które i tak może znaleźć w innych stronach?
– No tak... Ma pani rację. To nie takie proste. – przyznałem teatralnie. – A długo zajmują takie wyprawy?
– Z reguły cały dzień. Jak mąż wychodzi wcześnie rano, tak wraca na wieczór, kiedy się sciemnia. – mimowolnie wyjżała przez okno. Słońce akurat kierowało się już ku zachodowi, ale jeszcze było do tego trochę czasu. – No a wy dokąd się kierujecie? – uśmiechnęła się, zwracając do nas.
– No cóż, mieszkaliśmy wcześniej nieopodal starego miasta, ale teraz nie jest tam najbezpieczniej, dlatego szukamy nowego lokum, lub chociaż miejsca na ostanie. – mówiłem spokojnie.
– No to chyba całkiem dobrze trafiliście. Jest w naszej wiosce parę niezamiedzkałych, opuszczonych domów, moglibyście któryś sobie wziąść i naprawić. Z pewnością nikt nie będzie miał nic przeciwko temu, zwłaszcza że zawsze przydają się pomocne dłonie. – rozpromieniła się.
– Naprawdę? To bardzo dobra wiadomość. – zerknąłem na Jolantę, rozbawiony jej reakcją. Byłem pewny, że jest przeciwna temu całemu kłamstwu, ale nie była w stanie przyznać się kobiecie do tego, co planuję.
Kobieta postawiła przed nami szklanki gorącej herbaty i usiadła naprzeciw.
– Tylko musicie uważać, jeżeli zdecydujecie się tutaj zostać. Lepiej nie zachodzić nikomu za skórę. – szepnęła. Zaskoczyło mnie to.
– Dlaczego? – próbowałem dopytać.
– Mieszka tutaj wiele dziwnych ludzi. Niektórzy, a tym ja uważają, że zmutowali przez geny, które trafiły do ich organizmów przez tą całą epidemię, spowodowaną badaniami tego naukowca, Ruvika. Mają nietypowe zdolności. Oczywiście nie wyjawiają tego przed obcymi, no chyba że zajdą im za skórę.
– Jakie nietypowe zdolności? – słuchałem jej w zamyśleniu.
– Niektórzy potrafią władać wodą, inni przekształcać swój wygląd, na przykład kolor oczu, włosów... Jest tego trochę, ale nie o wszystkich wiemy. – odparła. – Zwykle używają tych zdolności do walki z mutantami. – wyglądała na całkowicie szczerą. Czyżby nowe mutacje u ludzi? Zerknąłem porozumiewawczo na Jolantę.

Jolka?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Freepik FlatIcon