Od Jolanty do Adrika #36
— Przyjechałam tu z Aries. Trochę... Po kryjomu. — Spuściłam głowę, jakby ktoś przyłapał mnie na robieniu czegoś złego. Czułam zażenowanie przyznając się do własnego postępowania. — Nerge przyjechał tu z mojej winy. Chodziliśmy do tej samej szkoły, opiekowaliśmy się sobą nawzajem. Właściwie może gdyby nie on, nie miałabym odwagi faktycznie tu przypłynąć. Pewnie bym stchórzyła tuż przed wejściem na statek.
Parsknęłam cicho na myśl, jak łatwo mogłam uniknąć mojego obecnego losu i wszystkich problemów, które z tego wyniknęły. Zaraz kontynuowałam wypowiedź:
— Praktycznie całość mojej rodziny jest na Aries. Większość. Moja mama pochodzi stąd, ale po poznaniu taty przeniosła się na kontynent. Babcia i dziadek zostali tutaj. Odkąd wybuchł ten cały... wirus - bo tak na Aries mówiono o tym co się tutaj dzieje — wyjaśniłam — praktycznie straciliśmy kontakt. Przynajmniej odkąd... zaczął się dużo "złośliwiej" rozprzestrzeniać. Rodzice zabronili mi chociaż spróbować kontaktować się z dziadkami. Byłam... Bardzo naiwna — zaśmiałam się z niesmakiem i spojrzałam na naukowca. — Myślałam, że będę jakimś wyjątkiem, wspaniałym dzieckiem, które odkryje jak działa ten wirus, wynajdzie cudowny lek i uratuje mieszkańców Aralun. Chciałam też zobaczyć się w końcu z babcią. Mam wrażenie, jakbym nie widziała jej już całe wieki. Chciałam wiedzieć czy jest bezpieczna no i... tęsknię za nią po prostu. Mieszka w wiosce Hores, ale nawet nie udało mi się tam dotrzeć. Rzeczywistość tego miejsca zbyt mocno się różniła od tego, czego się z Nerge spodziewaliśmy. Więc... Utknęliśmy tutaj. Dość szybko dowiedzieliśmy się, że Stare Miasto nie będzie dla nas bezpiecznym miejscem jako schronienie. Spotkaliśmy też na swojej drodze myśliwego, który zgodził się nam pomóc. Na tyle ile był w stanie i przynajmniej na jakiś czas. Zostaliśmy z nim na trochę w jego chatce - tej, gdzie nas znalazłeś. Mieliśmy zostać u niego aż odpowiednio zaopatrzymy się do drogi. Miał też spróbować zorganizować nam bezpieczną przeprawę. Któregoś dnia po prostu nie wrócił. Nie sądzę żeby jeszcze miał... Więc zostaliśmy w jego domu. Tak naprawdę od tamtej pory coraz bardziej odwlekaliśmy podróż. Nawet, kiedy ktoś wędrował obok, finalnie nie szliśmy z nim. A potem... Przed chatką pojawiłeś się ty — ściszyłam głos — i wszystko jeszcze bardziej się pozmieniało.
Na chwilę zapadła cisza. Zwolniłam kroku, a w końcu zatrzymałam się. Adrik zrobił to samo, zauważając, że zostaję w tyle. Potarłam własne ramię, próbując rozluźnić zesztywniałe mięśnie.
— Właściwie to... Mam na imię Jolanta. — Powoli wyciągnęłam w jego stronę dłoń w geście powitania. Zdobyłam się na nikły uśmiech na spiętej twarzy.
Od Adrika do Jolanty #35
Uchyliłem leniwie powieki, czując na sobie delikatny podmuch wiatru. W uszach szumiał mi dźwięk fal i odległe śpiewanie ptaków. Przed oczami zastał mnie widok ciągnącego się jakąś odległość w dal pasu złocistego piasku, który ciągnął się aż do lini drzew.
Przetarłem ręką czoło, zerkając za siebie. Spodziewałem się ujrzeć po swojej drugiej stronie śpiącą Jolantę, której jednak nie zastałem nigdzie w zasięgu wzroku.
Westchnąłem, zastygając na plecach, jeszcze na chwilę przymykając oczy. I właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że słońce wznosi się już jakąś wysokość nad horyzontem.
Podniosłem się do pozycji siedzącej, mierząc spojrzeniem całą okolicę. Musiałem spać jak kamień. I to dosłownie. Nawet nie potrafiłem sobie przypomnieć, kiedy ostatnim razem regeneracja wprawiła mnie w aż tak głęboki i długi sen. Mimowolnie przeniosłem spojrzenie na swoje ramię, gdzie biały materiał koszuli pokrywały przeciągłe plamy, wpadające w odcień brudnej, wyschniętej czerwieni.
Sprawnym ruchem zdjąłem koszulę przez głowę, by chociaż spróbować przepłukać ją w wodzie falującej przede mną. Zanim jednak to zrobiłem, zerknąłem znowu w stronę ramienia. Po wcześniejszej ranie została teraz jedynie nieco przeciągła, biała szrama, nie wyróżniająca się jakoś zbytnio wśród zgromadzonej już kolekcji. Kto by pomyślał że tyle mnie kosztowała.
Prychnąłem i powolnie zbliżyłem się do wody, mocząc w niej koszulę. Nijak nie chciała wrócić do swojego poprzedniego stanu, niechciany kolor jedynie stracił trochę na intensywności.
Poirytowany wycisnąłem ją z nadmiaru wody, a później powiesiłem na gałęzi tuż przy lini drzew. Czując chłodny powiew wiatru wróciłem ubrać kamizelkę, którą chwilę temu zostawiłem na piasku. Potarłem rękami łokcie, lustrując jeszcze raz okolicę. Jolanty dalej nie było widać nigdzie w pobliżu. Gdzie ona poszła?
Nagle uderzyła mnie myśl, że może jednak przemyślała moje wcześniejsze słowa i postanowiła mnie zostawić. A może ta decyzja o przemianie to faktycznie był tylko chwilowy impuls i uciekła, kiedy dotarło do niej w co ją zamieniłem? W końcu może dało się wybrnąć z tamtej sytuacji jakoś inaczej, wystarczyło tylko abym trochę bardziej się wysilił.
Właściwie od czasu kiedy udało nam się dotrzeć na ląd, faktycznie zachowywała się jakoś inaczej. Może już wtedy w jej głowie zaczynały pojawiać się jakieś wyrzuty względem mnie? A może to pobyt na Morhen wprawił ją w taki stan, kiedy poznała moją pracę faktycznie od strony obiektu testowego? I dlaczego właściwie ona tak bardzo mnie obchodzi?
Moje przemyślenia przerwał nagły skurcz w brzuchu, któremu towarzyszyło głośne burczenie. Odsuwając swoje myśli na bok, postanowiłem, że jednak najpierw zapoluję, a dopiero później dalej będę martwić się o resztę. I nawet wpadł mi już do głowy pomysł, w jaki sposób mógłbym sprawdzić czy moje obawy są słuszne - no chyba że Oliva sama wróci wcześniej niż uda mi się ją przywołać.
Zapuszczając się coraz głębiej między drzewa przybrałem zwierzęcą formę i ruszyłem na łowy. Szybko udało mi się znaleźć jakieś drobne stworzenia nadające się do zaspokojenia głodu. Już po jakiejś chwili wracałem na plażę, trzymając w rękach dwa nieszczęsne króliki. Rzuciłem je na piasek, układając obok mały stos z pospiesznie zebranych gałęzi. Podpaliłem go z pomocą dwóch większych kamyków, a następnie nadziałem upolowaną zwierzynę na dwa oddzielne patyki, które wyciągnąłem nad wzniecający się pod wpływem podmuchów wiatru ogień. Szary dym wznosił się wysoko w niebo, częściowo niesiony dalej wiatrem. Z pieczonej zwierzyny zaczął wydobywać się kuszący zapach, jeszcze bardziej pobudzający głód.
Nie musiałem jakoś długo czekać, aby zobaczyć wyłaniającą się spomiędzy drzew Jolantę. Natychmiastowo odczułem pewnego rodzaju ulgę. Wróciła. A więc może moje obawy były mylne? Może po prostu potrzebowała czasu dla siebie? No cóż, mogła mi chociaż powiedzieć, że chwilę jej nie będzie...
— Adrik! Co ty robisz, dym sprowadzi na nas tamtą załogę! — sapnęła nerwowo dziewczyna, zbliżając się w moją stronę szybkim krokiem.
— Mhm, skoro zwabił tu ciebie to i tak spełnił już część swojego zadania. — mruknąłem, udając skupienie na powolnym obracaniu nad ogniem wbitego na patyk mięsa. Starałem się ukryć swoje chwilowe poruszenie za maską obojętności.
Zauważyłem, że kiedy się zbliżyła, mimo zdenerwowania również zawiesiła wzrok na aromatycznie pachnącym kąsku. Prychnąłem cicho, nie mogąc powstrzymać delikatnego uśmiechu. Na jej twarzy pojawiło się delikatne speszenie.
— Poważnie, ten dym widać z całej okolicy. Nie zdziwię się jeżeli tamci już zbliżają się w naszą stronę. Powinniśmy go ugasić. — powiedziała poważnie, ale już nieco mniej nerwowo.
Chwilę milczałem, myśląc nad jej słowami. Zdążyłem się już zregenerować, więc właściwie nawet gdyby tu przyszli to nie zdołaliby sprawić mi większych problemów. Biorąc pod uwagę jednak ich liczebność względem nas, mógłbym nie dać rady walczyć i jednocześnie bronić Olivy. Może faktycznie lepiej byłoby się stąd zwinąć zanim się tutaj pojawią. Ale skoro pewnie i tak już idą w naszą stronę to może by zostawić im niespodziankę?
Podniosłem się powolnie na nogi, wyciągając w stronę Jolanty oba patyki z upieczonym mięsem.
— Potrzymaj.
Zaraz po tym jak je ode mnie odebrała, skierowałem się w stronę lini drzew, gdzie zebrałem trochę leżących na ziemi gałęzi. Zacząłem układać je od leśnego poszycia aż przez piasek, w stronę palącego się ogniska. Oliva przyglądała mi się w podenerwowaniu.
— Adrik. Czy ty chcesz podpalić las? — zapytała. Na jej twarzy malowało się niedowierzanie.
— Skoro i tak już tu idą to możemy zostawić im niespodziankę. — odpowiedziałem nie przerywając swoich działań.
— Nie możesz! — zawołała natychmiast, podchodząc do mnie. — To drzewa, tam są zwierzęta, tak nie wolno...!
Spojrzałem na nią.
— Przecież w naturze też występują pożary. — wstrząsnąłem ramionami, szybko zauważając, że ten argument raczej do niej nie przemawia. — Po tym jak odwdzięczyli się nam na statku przyda im się mała odpłata.
— Ale nie kosztem niewinnej natury! — zmarszczyła brwi.
— W takim razie kiedy nas znajdą, będę musiał rozprawić się z nimi własnymi metodami. Ich wioskę na pewno zaboli śmierć tylu mężczyzn, którzy jej bronią... — Westchnąłem teatralnie, krzyżując ręce na piersiach.
Nabrała powietrza w płuca, ale nie odpowiedziała. Milczała chwilę, spoglądając w stronę drzew.
— Ale najpierw muszę przekonać się, jak duża część lasu może spłonąć... — mruknęła, podając mi trzymane przez nią patyki z naszym jedzeniem, po czym ustawiła się w jakiejś odległości ode mnie. Na jej twarzy pojawiło się skupienie i determinacja. Wzięła głęboki oddech i zamknęła oczy. Po niedługiej chwili przybrała zwierzęcą postać, rozprostowując skrzydła. Wzięła mały rozbieg i... powoli uniosła się w powietrze. Obserwowałem jak niepewnie wznosi się ponad drzewa i znika za ich koronami z horyzontu mojego spojrzenia. Po kilku minutach wróciła, ostrożnie lądując na piasku, kawałek dalej od miejsca z którego ruszyła.
— Niech będzie... — powiedziała niepewnie. — znajdujemy się zaraz obok rzeki, która odgradza las. Ogień nie powinien daleko się rozprzestrzenić. — stwierdziła, uciekając spojrzeniem.
— Uczyłaś się latać zanim się dzisiaj obudziłem? — zapytałem z delikatnym uśmiechem na ustach. Drgnęła mimowolnie, zakładając kosmyk włosów za ucho.
— Tylko trochę. — wstrząsnęła ramionami, schylając się po gałęzie, aby pomóc mi dalej układać je w stronę ogniska. — Miałam wrażenie że z daleka kogoś widziałam. Powinniśmy się pospieszyć. — dodała.
Skinąłem głową. Już po chwili ognisko połączone było linią ułożonych gałęzi, sięgających leśnego poszycia. Ogień zaczął powoli kierować się w stronę drzew. Zdjąłem suszącą się na jednym z nich, jeszcze wilgotną koszulę i przewiesiłem ją sobie przez ramię. Sięgnąłem po wbite wcześniej w ziemię na czas układania gałęzi patyki z naszym śniadaniem, po czym obróciłem się, aby jeden z nich podać Jolancie. Musieliśmy jeść w drodze, ale oboje byliśmy tak głodni, że zdążyliśmy skonsumować nasze porcje jeszcze przed przejściem przez rzekę. Samo przekroczenie jej nie sprawiło nam zbyt wielkiej trudności. Była dosyć szeroka, ale sięgnęła nam najwyżej do kolan. W dodatku usianych na jej dnie było wiele kamieni.
Idąc w ciszy mimowolnie wróciłem myślami do swoich wcześniejszych wątpliwości. Coś się nie zgadzało. Skoro jednak wróciła, a więc nie miała zamiaru uciekać, to czy na pewno ja byłem powodem jej dziwnego, napiętego zachowania? Przecież nie wydawała się nawet obawiać samego przemieniania. Może... coś wydarzyło się, kiedy przetrzymywali ją na Morhen? Coś... innego?
Momentalnie poczułem jak napinają się we mnie mięśnie całego ciała. Przecież dobrze wiedziałem jacy byli żołnierze Morhen i do czego byli zdolni. Widziałem to wiele razy. Byli ludzkimi zwierzętami, nie kryjącymi się ze swoim obrzydlistwem nawet przede mną. Pozbawienie ich kończyn i zostawienie żywcem na pastwę losu to jedyne na co zasługiwali.
— Wszystko dobrze? Dalej boli cię ta rana? — zapytała Jolanta, zerkając z lekkim zmartwieniem na moje ramię. Kiedy nasze oczy się spotkały, momentalnie się rozluźniłem, siląc się nawet na udawany, delikatny uśmiech.
— Wszystko w porządku. — odpowiedziałem krótko, utrzymując przez chwilę jej spojrzenie. Miałem wrażenie, że nie do końca uwierzyła w moją odpowiedź. Chciałem z nią porozmawiać, zapytać o to co się tam wydarzyło, czy zrobili jej coś, co przekraczało zakres ich uprawnień. Miałem jednak wrażenie, że podjęcie tego tematu mogłoby pogorszyć sytuację jeszcze bardziej. Poza tym to, że się tam znalazła to była moja wina. To ja wtedy zgodziłem się zostać z nią w tej wiosce, a więc powinienem jej wtedy pilnować. Powinienem wiedzieć, że w oczach tych zwierząt wszystko, co jest moją własnością z pewnością stanie się celem.
Zauważyłem, że dziewczyna przystanęła, aby obejrzeć się za siebie. Podążyłem za jej spojrzeniem. W niedalekiej odległości za nami niebo spowijało się już rozległym, ciemnym dymem, pochłaniającym coraz większą powierzchnię nad zielonym lasem. Może nawet z oddali niosły się jakieś krzyki?
— To powinno ich na trochę zatrzymać. — stwierdziłem, komentując nasze dzieło. Miałem szczerą nadzieję, że wywołało w ścigającej nas załodze naprawdę silne doznania.
— Miejmy nadzieję. — odpowiedziała.
Oboje jeszcze chwilę wpatrywaliśmy się w rozprzestrzeniający się dym, po czym ruszyliśmy dalej przed siebie. Do Starego Miasta nie zostało nam już jakoś daleko, więc jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to za niedługo powinniśmy być już na miejscu.
— Nie zdążyłaś wcześniej o sobie opowiedzieć. — przypomniało mi się nagle.
— Co? — zwróciła na mnie pytające spojrzenie.
— Wtedy w tej dziupli, zaraz po tym jak im się wyrwaliśmy. Chciałem posłuchać, ale odpłynąłem. — odpowiedziałem. Naprawdę byłem ciekaw skąd się wtedy wzięła w tamtej chatce i jak udało jej się przeżyć.
Jooooolka?
Od Jolanty do Adrika #34
Wpatrywałam się w gęstniejącą ciemność. Piasek nagrzany w ciągu dnia przyjemnie ogrzewał moje ciało resztką ciepła, która w nim pozostała. Przyjemne uczucie wzmagała okrywająca mnie kamizelka należąca do Adrika. Zacisnęłam dłoń na materiale, uśmiechając się delikatnie. Księżyc skrył się za wiszącym nad nami drzewem i opatulił się w przepływające bez ustanku puchowe chmury.
Powieki znów zaczęły mi ciążyć od ogarniającej mnie senności.
— Może Franciszek? — stłumiłam ziewnięcie.
— Franciszek?
— Franek. — Spojrzałam na niego i zachichotałam cicho, powstrzymując się od śmiechu na widok jego pytającego wzroku. Nabrałam głębszy oddech wydymając policzki by zdusić kolejne ziewnięcie i przymknęłam powieki. — To było pierwsze co przyszło mi do głowy.
Postanowiłam pominąć, że jest to imię jednego z członków mojej rodziny.
— Może być.
Uśmiechnęłam się lekko słysząc znużenie w jego głosie. Ułożyłam się wygodniej i wsunęłam rękę pod policzek.
— Dobranoc.
Przyjemne ciepło na policzku przywróciło mnie do rzeczywistości. Otworzyłam oko lecz równoczesny ból zmusił mnie by je zamknąć. Mruknęłam pod nosem i obróciłam się na drugi bok, jakby to mało uchronić mnie od rażącego światła. Wzdrygnęłam się na nagły, metaliczny pisk trąbki w pobliżu. Przysłoniłam oczy dłonią i powolnie uniosłam powieki przyzwyczajając się do słońca.
Musiałam wiercić się przez sen, bo leżałam teraz równolegle do jeziora i mogłam wpatrywać się w lustro wody bez obracania głowy. Zmrużyłam oczy. Po drugiej stronie zbiornika poruszył się pociągły, szary kształt. Och, to stąd pochodził ten dziwny dźwięk. Przy brzegu stała smukła, wysoka sylwetka dostojnego ptaka. Wyciągnął swoją długą szyję, napiął cienkie, patykowate nogi i znów - trąbnął przeciągle. Z tego miejsca ledwo mogłam dostrzec uniesiony kuper, do którego przyłożone były skrzydła. Razem sprawiały wrażenie puchatej, nieuczesanej kity. Ostrożnie uniosłam się na łokciach, nie chcąc wystraszyć przybysza. Żuraw.
Patrzyłam w napięciu. To jest moja szansa, żeby nauczyć się czegoś bezpośrednio od nich. Czekałam czy zaraz nie otworzy skrzydeł, nie zamacha, wzbije w powietrze. Ptak jednak w uparciu jedynie spacerował i co raz nurkował dziobem w wodzie. Skrzydła przyklejone do boków. Tylko raz połowicznie je rozłożył, starając się utrzymać równowagę.
Obserwując go kątem oka po cichu się podniosłam. Dopiero teraz, po zsunięciu z siebie okrycia zdałam sobie sprawę, jak rześko jest. Potarłam przedramię, na którym stanęła gęsia skórka. Na poliku i ubraniach kleiły mi się drobinki piasku. Strzepnęłam je powolnym ruchem. Spotkałam się z żurawim spojrzeniem. Musiał dopiero teraz nas zauważyć. Stał w napięciu dobrą chwilę i wpatrywał się w moją osobę. Dopiero, kiedy znów zaczął spacerować, zdałam sobie sprawę, że również zamarłam w bezruchu. Odetchnęłam głęboko. Adrik wciąż leżał w bezruchu z zamkniętymi oczami, tylko jego klatka piersiowa unosiła się miarowo. Delikatnie nakryłam go jego kurtką.
Podeszłam do linii drzew i tam wygodnie usadowiłam. Powędrowałam wzrokiem za dzikim ptakiem. Jak mam się przemienić? Póki co, zrobiłam to tylko raz, kiedy byłam przestraszona. Jeden raz widziałam jak robi to Adrik, kiedy ratował mnie w wiosce. Poza tym... Nigdy nie widziałam tego na własne oczy. Westchnęłam zrezygnowana. Napewno da się to zrobić również w inny sposób. Przymknęłam powieki i skupiłam się na własnym oddechu. Uspokajałam myśli. Dałam sobie chwilę na wyciszenie jednak niecierpliwość zaraz przeszła przez moje ciało. Uchyliłam oko. Wciąż ludzkie dłonie, nic się nie zmieniło. Mruknąłem pod nosem. Przemknęłam spojrzeniem po otoczeniu, zawieszając na chwilę wzrok na szarym ptaku brodzącym przez sadzawkę. Zamknęłam oczy. Zaczęłam myśleć o szarych, ptasich skrzydłach i ciemnych łapach wielkiej bestii. Wracałam myślami do oryginalnych reprezentantów tych zwierząt, oraz do własnych wyobrażeń jak w pełni wyglądam po przemianie. Starałam się przypomnieć sobie wszelkie odczucia i bodźce, których doświadczyłam jak metamorf. Ukradkiem ponownie spojrzałam na swoje ciało. Nic.
— Aaah! — jęknęłam z nieskrywaną frustracją i przewróciłam się na plecy.
Taki przynajmniej był mój zamiar, bo zamiast po prostu położyć się do tyłu przekoziołkowałam na bok. Żurawi krzyk przeciął powietrze, a zaraz za nim rozległ się chaotyczny trzepot skrzydeł. Podniosłam się spłoszona i podążyłam wzrokiem za dźwiękiem. Szara, rozmyta plama znikała już z mojego widoku. Zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak. To był żuraw, prawda? Rozejrzałam się ponownie po otoczeniu i zanotowałam, że widzę inaczej, niż jeszcze pół minuty temu. Kolory były jakby przygaszone, drugi brzeg jeziora, który jeszcze niedawno widziałam tak wyraźnie jakby był tuż obok, teraz zdawał się rozmytą grą świateł i barw. Oh. Udało mi się! Przemieniłam się! Z tym, że wciąż nie wiedziałam jak dokładnie to wywołałam. Irytujące. Hmm... Co teraz? Mój ptak uciekł, udało mi się przeistoczyć w metamorfozę, Adrik wciąż odpoczywał... Może to dobry moment, żeby chociaż spróbować wzbić się w powietrze. Oswoić się z tym ciałem. Może nie tutaj. Mogę zrobić za dużo hałasu.
Pamiętałam, że wczoraj zanim dotarliśmy do wąwozu, gdzie mieliśmy spać mijaliśmy polanę. Może się nada. Jest też w pobliżu więc dotarcie tam nie będzie większym problemem. Podniosłam przednią łapę i obróciłam poduszką w swoją stronę. Zacisnęłam ją i rozluźniłam, obserwując jak paliczki się zwijają. Bez pazurów. Spróbowałam jeszcze raz, skupiając się na - jak miałam nadzieję - pazurach. Ostre brzytwy wysunęły się ze swoich pochew. Gdyby metamorfy mogły się uśmiechać z pewnością to bym teraz robiła.
Ruszyłam biegiem w stronę polany, by już w kilka chwil się tam znaleźć. Czułam się dzisiaj bardziej... sobą? Miałam zdecydowanie większą władzę nad cielskiem bestii niż poprzednio. Bardziej... się nią czułam niż wczoraj. Choć z oporem, skrzydła rozłożyły się na moje wezwanie. Potrafiłam rozpoznać w jaki sposób mogę poruszać tymi masywnymi ramionami. Były ciężkie i nie byłam do nich przyzwyczajona, ale mogłam je kontrolować. Musiałam tylko rozeznać się jak robić to odpowiednio, żeby utrzymać się w powietrzu. Miałam tylko nadzieję, że nie okażę się tym pisklęciem, które po wypadnięciu z gniazda uderzy o ziemię, bo nie użyło skrzydeł. Zamachałam kilkukrotnie upierzonymi ramionami, upewniając się, że faktycznie je czuję i nie postanowią nagle odmówić mi posłuszeństwa. Wzięłam głęboki wdech i wybiłam się łapami z ziemi, równocześnie zamachując mocno skrzydłami. Byłam pewna, że zostałam w powietrzu dłużej, niż przy zwykłym skoku, ale to wciąż nie było wystarczające. Spróbowałam ponownie. A potem jeszcze kilkukrotnie. Co raz miałam wrażenie, że jest coraz lepiej, a potem, że znów jest gorzej. Aż w końcu udało mi się wzbić w powietrze i w nim utrzymać.
Adek - Franek? Chyba nam rośnie nowy lotnik