Wpatrywałam się w gęstniejącą ciemność. Piasek nagrzany w ciągu dnia przyjemnie ogrzewał moje ciało resztką ciepła, która w nim pozostała. Przyjemne uczucie wzmagała okrywająca mnie kamizelka należąca do Adrika. Zacisnęłam dłoń na materiale, uśmiechając się delikatnie. Księżyc skrył się za wiszącym nad nami drzewem i opatulił się w przepływające bez ustanku puchowe chmury.
Powieki znów zaczęły mi ciążyć od ogarniającej mnie senności.
— Może Franciszek? — stłumiłam ziewnięcie.
— Franciszek?
— Franek. — Spojrzałam na niego i zachichotałam cicho, powstrzymując się od śmiechu na widok jego pytającego wzroku. Nabrałam głębszy oddech wydymając policzki by zdusić kolejne ziewnięcie i przymknęłam powieki. — To było pierwsze co przyszło mi do głowy.
Postanowiłam pominąć, że jest to imię jednego z członków mojej rodziny.
— Może być.
Uśmiechnęłam się lekko słysząc znużenie w jego głosie. Ułożyłam się wygodniej i wsunęłam rękę pod policzek.
— Dobranoc.
Przyjemne ciepło na policzku przywróciło mnie do rzeczywistości. Otworzyłam oko lecz równoczesny ból zmusił mnie by je zamknąć. Mruknęłam pod nosem i obróciłam się na drugi bok, jakby to mało uchronić mnie od rażącego światła. Wzdrygnęłam się na nagły, metaliczny pisk trąbki w pobliżu. Przysłoniłam oczy dłonią i powolnie uniosłam powieki przyzwyczajając się do słońca.
Musiałam wiercić się przez sen, bo leżałam teraz równolegle do jeziora i mogłam wpatrywać się w lustro wody bez obracania głowy. Zmrużyłam oczy. Po drugiej stronie zbiornika poruszył się pociągły, szary kształt. Och, to stąd pochodził ten dziwny dźwięk. Przy brzegu stała smukła, wysoka sylwetka dostojnego ptaka. Wyciągnął swoją długą szyję, napiął cienkie, patykowate nogi i znów - trąbnął przeciągle. Z tego miejsca ledwo mogłam dostrzec uniesiony kuper, do którego przyłożone były skrzydła. Razem sprawiały wrażenie puchatej, nieuczesanej kity. Ostrożnie uniosłam się na łokciach, nie chcąc wystraszyć przybysza. Żuraw.
Patrzyłam w napięciu. To jest moja szansa, żeby nauczyć się czegoś bezpośrednio od nich. Czekałam czy zaraz nie otworzy skrzydeł, nie zamacha, wzbije w powietrze. Ptak jednak w uparciu jedynie spacerował i co raz nurkował dziobem w wodzie. Skrzydła przyklejone do boków. Tylko raz połowicznie je rozłożył, starając się utrzymać równowagę.
Obserwując go kątem oka po cichu się podniosłam. Dopiero teraz, po zsunięciu z siebie okrycia zdałam sobie sprawę, jak rześko jest. Potarłam przedramię, na którym stanęła gęsia skórka. Na poliku i ubraniach kleiły mi się drobinki piasku. Strzepnęłam je powolnym ruchem. Spotkałam się z żurawim spojrzeniem. Musiał dopiero teraz nas zauważyć. Stał w napięciu dobrą chwilę i wpatrywał się w moją osobę. Dopiero, kiedy znów zaczął spacerować, zdałam sobie sprawę, że również zamarłam w bezruchu. Odetchnęłam głęboko. Adrik wciąż leżał w bezruchu z zamkniętymi oczami, tylko jego klatka piersiowa unosiła się miarowo. Delikatnie nakryłam go jego kurtką.
Podeszłam do linii drzew i tam wygodnie usadowiłam. Powędrowałam wzrokiem za dzikim ptakiem. Jak mam się przemienić? Póki co, zrobiłam to tylko raz, kiedy byłam przestraszona. Jeden raz widziałam jak robi to Adrik, kiedy ratował mnie w wiosce. Poza tym... Nigdy nie widziałam tego na własne oczy. Westchnęłam zrezygnowana. Napewno da się to zrobić również w inny sposób. Przymknęłam powieki i skupiłam się na własnym oddechu. Uspokajałam myśli. Dałam sobie chwilę na wyciszenie jednak niecierpliwość zaraz przeszła przez moje ciało. Uchyliłam oko. Wciąż ludzkie dłonie, nic się nie zmieniło. Mruknąłem pod nosem. Przemknęłam spojrzeniem po otoczeniu, zawieszając na chwilę wzrok na szarym ptaku brodzącym przez sadzawkę. Zamknęłam oczy. Zaczęłam myśleć o szarych, ptasich skrzydłach i ciemnych łapach wielkiej bestii. Wracałam myślami do oryginalnych reprezentantów tych zwierząt, oraz do własnych wyobrażeń jak w pełni wyglądam po przemianie. Starałam się przypomnieć sobie wszelkie odczucia i bodźce, których doświadczyłam jak metamorf. Ukradkiem ponownie spojrzałam na swoje ciało. Nic.
— Aaah! — jęknęłam z nieskrywaną frustracją i przewróciłam się na plecy.
Taki przynajmniej był mój zamiar, bo zamiast po prostu położyć się do tyłu przekoziołkowałam na bok. Żurawi krzyk przeciął powietrze, a zaraz za nim rozległ się chaotyczny trzepot skrzydeł. Podniosłam się spłoszona i podążyłam wzrokiem za dźwiękiem. Szara, rozmyta plama znikała już z mojego widoku. Zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak. To był żuraw, prawda? Rozejrzałam się ponownie po otoczeniu i zanotowałam, że widzę inaczej, niż jeszcze pół minuty temu. Kolory były jakby przygaszone, drugi brzeg jeziora, który jeszcze niedawno widziałam tak wyraźnie jakby był tuż obok, teraz zdawał się rozmytą grą świateł i barw. Oh. Udało mi się! Przemieniłam się! Z tym, że wciąż nie wiedziałam jak dokładnie to wywołałam. Irytujące. Hmm... Co teraz? Mój ptak uciekł, udało mi się przeistoczyć w metamorfozę, Adrik wciąż odpoczywał... Może to dobry moment, żeby chociaż spróbować wzbić się w powietrze. Oswoić się z tym ciałem. Może nie tutaj. Mogę zrobić za dużo hałasu.
Pamiętałam, że wczoraj zanim dotarliśmy do wąwozu, gdzie mieliśmy spać mijaliśmy polanę. Może się nada. Jest też w pobliżu więc dotarcie tam nie będzie większym problemem. Podniosłam przednią łapę i obróciłam poduszką w swoją stronę. Zacisnęłam ją i rozluźniłam, obserwując jak paliczki się zwijają. Bez pazurów. Spróbowałam jeszcze raz, skupiając się na - jak miałam nadzieję - pazurach. Ostre brzytwy wysunęły się ze swoich pochew. Gdyby metamorfy mogły się uśmiechać z pewnością to bym teraz robiła.
Ruszyłam biegiem w stronę polany, by już w kilka chwil się tam znaleźć. Czułam się dzisiaj bardziej... sobą? Miałam zdecydowanie większą władzę nad cielskiem bestii niż poprzednio. Bardziej... się nią czułam niż wczoraj. Choć z oporem, skrzydła rozłożyły się na moje wezwanie. Potrafiłam rozpoznać w jaki sposób mogę poruszać tymi masywnymi ramionami. Były ciężkie i nie byłam do nich przyzwyczajona, ale mogłam je kontrolować. Musiałam tylko rozeznać się jak robić to odpowiednio, żeby utrzymać się w powietrzu. Miałam tylko nadzieję, że nie okażę się tym pisklęciem, które po wypadnięciu z gniazda uderzy o ziemię, bo nie użyło skrzydeł. Zamachałam kilkukrotnie upierzonymi ramionami, upewniając się, że faktycznie je czuję i nie postanowią nagle odmówić mi posłuszeństwa. Wzięłam głęboki wdech i wybiłam się łapami z ziemi, równocześnie zamachując mocno skrzydłami. Byłam pewna, że zostałam w powietrzu dłużej, niż przy zwykłym skoku, ale to wciąż nie było wystarczające. Spróbowałam ponownie. A potem jeszcze kilkukrotnie. Co raz miałam wrażenie, że jest coraz lepiej, a potem, że znów jest gorzej. Aż w końcu udało mi się wzbić w powietrze i w nim utrzymać.
Adek - Franek? Chyba nam rośnie nowy lotnik
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz