Od Gevieli Cd Len'a

Byłam tak strasznie przerażona, kiedy ciemna masa, niby dym czy mgła zaczął okrążać ciało Alfy, a później całkowicie w niej zniknął. Nie mogłam powstrzymać krzyku rozpaczy, strachu. Czułam jak moje ciało wypełnia dziwna, nieznana mi siła, ale równocześnie moje łapy ugięły się w przejmującej słabości, kiedy chmura dymu opadła i zobaczyłam ciało Leonarda na złotej posadzce komnaty. Dziwnie sztywne... martwe. Tkwiące w bezruchu zdawało się tak bardzo nie pasować do lśniącej, pulsującej życiem cegły. A przecież jego śmierć miała podobną barwę. Jak to możliwe, że teraz zdawał się tak odległy? Leżał tuż obok. Mogłam wyczuć chłód, który zaczynał się z niego unosić.
Na miękkich łapach, uginających się pod ciężarem własnego ciała dotarłam do korpusu, pozbawionego ducha. Nie mogłam się powstrzymać. Spod powiek popłynęły mi grube strugi łez, a z gardła wydarł przenikający każdy mój mięsień szloch. Leżałam teraz na martwym ciele wilczura, którego darzyłam tak mocnym uczuciem. Nie obchodziła mnie myśl o tym, że gdzieś tutaj ciągle kryją się potwory. Nie ważna była możliwość utknięcia tu na zawsze i przemienienia się w bestię. Tylko Len, którego imię mamrotałam płaczliwie przez ściśnięte gardło.
Ciało pode mną poruszyło się słabo. Nie... Nie prawda. Zignorowałam. To tylko moja wyobraźnia. Chciałabym, żeby obudził się i był żywy, całkowicie zdrowy... Tak się jednak nie stanie, bo... Bo przecież...
Nie potrafiłam dokończyć nawet myśli, kiedy znów poczułam delikatny ruch. Odsunęłam się szybko, zdziwiona. Ciało basiora podniosło się i teraz stało naprzeciw mnie. I było niezaprzeczalnie żywe. On...
— Len! Ty żyjesz! — Nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. W przypływie szczęścia zamerdałam swoim ogonem.
— Głupia. — Usłyszałam od alfy. Miał mi coś... za złe? Jego głos tak brzmiał. Zrobiłam coś nie tak? Przecież nie chciałam, żeby to stało się w ten sposób. — Chciałaś oddać mi życie podczas gdy ja mam ich więcej od ciebie. Nie przyszedłem tutaj po to, żebyś to robiła.
Wgapiałam się w niego w szoku. Nie po to, żebym ja mu oddała życie..? W jednym kroku pokonałam dzielącą nas odległość i przywarłam do pyska samca. Czułam się szczęśliwa. Mruknęłam, kiedy basior odwzajemnił pocałunek.
Przez atmosferę formującą się teraz w pokoju przebił się basowy pomruk, od którego zadrżała posadzka i ściany. Wymieniłam się z alfą zdziwionymi spojrzeniami. Dopiero teraz przypomniałam sobie w pełni w jakim miejscu się znajdujemy. Pyk... Cisza. Pyk... Pochodnie jedna po drugiej zaczynały gasnąć. Gdzieś z boku zajęczała żałośnie metalowa furta. Nim pochodnie wydały swoje ostatnie tchnienia razem z Lenem w biegu opuściliśmy komnatę. Coś za nami było. Czułam adrenalinę, która burzyła moją krew. Pokonywaliśmy ten czarny korytarz kiedy rozległ się za nami donośny ryk. Spojrzałam w biegu w tył. Ciemna, nieprzenikniona masa przypominająca kształtem panterę była zaledwie kilka niewielkich metrów za nami. Niemal czułam jej charczący oddech na swoim futrze. Zdałam sobie sprawę, że Len znów użył swojej mocy, kiedy istota za nami wydała przepełniony bólem warkot. A później jeszcze przyspieszyła bieg.
— Geviela, pospiesz się! — Przez całe zamieszanie wypełniające teraz mój umysł przedarł się głos alfy.
Spojrzałam przed siebie. Było widać już metalową bramę. Przyspieszyłam, choć czułam, jak zmęczone są moje łapy. Gwałtowny ruch powietrza za nami. Ledwo co udało mi się uskoczyć przed szponami potwora. Cisnęłam w jego stronę skupionym powietrzem, które że świstem rozorało jedno z ramion stwora. Usłyszałam jego krzyk, ale nie wzbudził u mnie żalu. Minęliśmy wyjście. Len próbował jak najszybciej zamknąć kraty. Klucz drżał w jego łapach, gdy starał się przekręcić go w zamku. Metal drżał ale nie chciał się ruszyć. Demon z lochów uderzył w żelastwo. Złoty ledwo zdołał powstrzymać go przed otworzeniem przejścia. Zareagowałam instynktownie. Przełożyłam łapy przez kraty i dotykając bestii zaczęłam myśleć o chłodzie. Poczułam szczypanie na poduszkach łap. Powstrzymałam się przed cofnięciem. Czarna maź pokrywająca ciało potwora drażniła moją skórę. Usłyszałam pisk. Otworzyłam oczy robiąc krok w tył. Wzięłam głęboki wdech. Przednia część korpusu stwora pokryta była lodem. Próbował się ruszyć ale nie mógł.
— Udało się... — Wyszeptałam zachwycona.
Patrzyłam to na potwora to na Lena. Alfa uśmiechnął się z satysfakcją i nachylił w moją stronę, następnie złączając nasze wargi w ciepłym pocałunku. Zaskoczona wzięłam głęboki oddech. Odwzajemniłam krótko by zaraz cofnąć się z zawadiackim uśmiechem na pysku.
— Złap mnie! — Wyrwałam mu klucz i popędziłam w stronę wyjścia.
Biegłam ze śmiechem, ogarnięta dziwną radością. Złoty był za mną. Słyszałam go. Zaśmiałam się wybiegając na powierzchnię. Już miałam uciekać dalej, kiedy basior nagle mnie potrącił. Straciłam równowagę i przekoziołkowałam po ziemi.
— Mam cię. — Nade mną rozległ się głęboki pomruk samca.
— Jeszcze nie. — Zaśmiałam się i przemieniłam w człowieka. Zaczęłam czołgać się pod Lenem. Wisior kołysał się teraz na mojej nagiej szyi.

Len?

Od Len'a Cd Gevieli

Nie czekałem na waderę zbyt wiele czasu, a przynajmniej nie tyle, ile się spodziewałem. Wróciła szybko, toteż w pierwszej chwili nie byłem pewny co o tym sądzić. Ogarnęła mnie chwilowa niepewność co do tego, czy udało się jej zdobyć klucz, jednak kiedy tylko go zobaczyłem, wiszącego na szyi wadery, mimowolnie się uśmiechnąłem.
- Dobrze sobie poradziłaś. - spojrzałem samicy w oczy, kiedy tylko stanęliśmy naprzeciw siebie. Wisiorek, który jej dałem, nadal mienił się fioletem szlifowanego kamienia na jej szyi, jednak teraz obok spoczywał również pożądany przeze mnie klucz.
- Chcesz iść od razu? - zapytałem, przenosząc wzrok ponownie w jej błękitne oczy, których kolor od zawsze kojarzył mi się z lodem.
Kiwnęła twierdząco w odpowiedzi, spoglądając na mnie pewnym wyrazem twarzy. Zawsze się ze mną zgadzała i podążała wszędzie u mego boku, niezależnie od tego, jakie niebezpieczeństwo mogło nam grozić. Dobrze wiedziałem, że jest tego świadoma. Była najwierniejszym mi wilkiem w Plemieniu, któremu przewodziłem. Była wierniejsza nawet od... Rin. Czy więc byłaby zdolna poświęcić własne życie mnie, wilkowi uważanego za „tyrana“, pomimo tego, że ja posiadam ich jeszcze kilka, a ona tylko jedno?
- Więc ruszajmy. - zmrużyłem oczy, odwracając się od wilczycy i kierując w stronę terenów Plemienia Wody.
- Skąd wiesz gdzie dokładnie mamy się kierować? - dogoniła mnie szybko, pytając.
- Kiedy byłaś u Szaraka, ja szukałem informacji w kronikach ksiąg, które kiedyś posiadały Wilki Ziemi. Teraz wszystkie należą również do mnie, dlatego pożyczam, żeby coś niecoś więcej wiedzieć. - mruknąłem, spoglądając przed siebie. Wbrew pozorom jako uczeń poznałem mało szczegółów dotyczących historii plemion, dlatego pomyślałem, że warto byłoby to nadrobić.
- No tak. W końcu teraz trzymasz w swoich łapach wszystkie pięć plemion. - odparła. W jej głosie nie było słychać żalu, a przynajmniej nie takiego, jakiego się spodziewałem, widząc ją podczas ostatniej bitwy. Byłem wtedy ciekaw czy jej nastawienie do moich działań się zmieni, ale jednak nic takiego nie nastąpiło aż dotąd.
„Trzymamy” - pomyślałem, co od razu nasunęło mi na myśl moje kolejne najbliższe plany, o których wadera jeszcze nie miała pojęcia. W przeszłości chciałem, by to Rin dostąpiła zaszczytu towarzyszenia mi we władaniu najpotężniejszym plemieniem, ale odmówiła. Teraz miałem obok siebie inną waderę, której lojalność już wiele razy została udowodniona i chciałem, by to właśnie ona stała się drugą najpotężniejszą osobą, stojącą tym razem ponad wszystkimi plemionami.
- Owszem. - zacząłem - Jednak mam w planach jeszcze jedno, bardzo ważne spotkanie z plemionami, na którym chcę ogłosić to, co zamierzałem zrobić już dawno temu. Czy nie uważasz, że sprawienie, aby wszystkie plemiona stały się jak jedna wataha, nad którą czuwa najpotężniejszy władca, to nie idealny pomysł? Wataha Czarnej Perły powróciłaby na swoje pierwotne miejsce, kończąc tym samym wszelkie spory. - mówiłem, idąc przed siebie w zamyśleniu. To wszystko wydawało mi się takie idealne! Zwłaszcza że już nic nie mogło przeszkodzić mi w takowych planach. Właściwie już byłem Alfą nad Alfami, ale musiałem tylko wszystko jeszcze przypieczętować. Musiałem to uświadomić każdemu, kto myślał, że zwykłe życie plemion ciągle dalej będzie się toczyć tak samo.
Wygłaszając moje słowa, zauważyłem, że przez pysk wadery przeszedł jakiś nieodgadniony wyraz, gdy usłyszała nazwę poprzedniej watahy. Zwróciła się czym prędzej w moją stronę.
- Więc chcesz przywrócić Watahę Czarnej Perły? - zapytała, chociaż doskonale znała już odpowiedź. Uśmiechnąłem się triumfalnie, by tylko potwierdzić jej przekonanie, a później wróciłem do wpatrywania się w drogę, którą podążaliśmy.
W końcu trafiliśmy do tuneli, a stamtąd na tereny Plemienia Wody. Wiedziałem już, że wszystkie wilki, które zbuntowały się podczas ostatniej wojny i postanowiły pomóc podbijanemu przeze mnie plemieniu, uciekły. Jak widać liczyły się z karą, która na nich czekała po takim występku i po prostu postanowiły opuścić własne plemiona, aby żyć na własną łapę. Teraz przynajmniej już nikt mi nie przeszkadzał, a plemiona moich potomków wyzbyły się, chociaż częściowo zdrajców.
- To tutaj. - odparłem, stając przed niedużą, zarośniętą o tej porze roku dziurą w ziemi. Wadera skrzywiła się trochę na jej widok, więc zbliżyłem się i zacząłem odgarniać zarośla, by sprawdzić, czy oby na pewno jest tak tragicznie jak się zapowiada. Wejście prawie się zapadło przez co sprawiało wrażenie bardzo ciasnego. Początek schodów był całkowicie zakryty, jednak niżej dało się dostrzec już ich lekki zarys.
- Nie ma innej drogi. - zerknąłem na waderę i normalnie powinienem puścić ją przodem, jednak byłem świadom tego, co nas tam może czekać. Dawno temu Wataha Czarnej Perły toczyła tu bitwę z piratami, przy której oczywiście zginęło wiele wilków, ale co najistotniejsze, niektórzy z przeciwników zostali uwięzieni w tych lochach, a klucz wiszący właśnie na szyi wadery był ich jedynym wybawieniem. Właściwie byłem pewien, że kiedy tylko zapuścimy się w te grobowe ciemności labiryntu, coś na pewno zaraz zwróci na nas uwagę.
Ciasnotę zasypanego wejścia poczułem tak naprawdę, dopiero kiedy zacząłem się przez nie przeciskać. Na szczęście po niedługim kawałku zaczęło się rozszerzać, a pod łapami poczułem chłodny, twardy grunt ukruszonych starością schodów. Jęk wadery upewnił mnie, że podąża za mną, pomogłem jej więc się wyczołgać, a później się rozejrzałem. Na dalszy grunt padało jeszcze trochę światła z wejścia, którym przybyliśmy. Pod jedną ze skalnych ścian tunelu zobaczyłem starą pochodnię. Wziąłem ją i zapaliłem, by przyjrzeć się miejscu. Tunel schodził niżej pod ziemię, a na jego końcu stała stara, zarośnięta przeszkoda w postaci stalowej, zdobionej furtki, zamkniętej na jedną kłódkę, która w pewnej odległości od nas zaczęła lśnić. Również, gdy spojrzałem na klucz wiszący u szyi wadery, ten zachował się identycznie. Delikatnie zdjąłem go więc z samicy i podchodząc, przyjrzałem się mechanizmowi. Przed uszkodzeniem z pewnością chroniła to przejście magia, gdyż nie wyglądało na specjalnie solidne, zwłaszcza po tylu latach, a jednak stało tu teraz nietknięte.
„Jeszcze krok do zwycięstwa” - uśmiechnąłem się do siebie, trzymając klucz o świecących zdobieniach przy lśniącej kłódce. W chwili kiedy dopasowałem jedno do drugiego, aby odblokować mechanizm, nagle jakby niewidzialna siła przeszła po moim ciele. Westchnąłem zachwycony i pchnąłem stalowe przejście, które otworzyło się z głośnym skrzypieniem i zatrzymało dopiero na blokującej je ścianie. Zauważyłem, że wadera drgnęła, dlatego posłałem jej przelotne, uspokajające spojrzenie.
- Kelsos o niczym się nie dowie. - mruknąłem zachęcająco z lekkim uśmiechem na pysku, a później przekroczyłem wejście. Pochodnia oświetlała nam wnętrze, tym razem szerokiego, podpieranego filarami korytarza. Było tu niezwykle cicho, jedynie ciche kapanie wody gdzieś nieopodal niosło się echem daleko po rozdzielającym się na dwie drogi korytarzu. Skręciłem na prawo, idąc teraz obok wadery.
Tunel zwęził się, a po bokach wychodziły z niego jeszcze inne, węższe drogi, niektóre zamknięte za poniszczonymi, małymi drzwiami. Zerknąłem w jedną z nich, ale wtedy usłyszałem gdzieś za nami cichy, niosący się echem pomruk. Zatrzymałem się na chwilę i zerknąłem w ciszy na Szarą, gestem pokazując, że ma być cicho. Kiedy ruszyliśmy dalej, jeszcze kilka razy było słychać podobne dźwięki, które starałem się ignorować.
Widziałem w starych księgach zarys drogi prowadzącej do źródła, jednak w praktyce ich zwiedzanie było o wiele ciekawsze. Pradawne katakumby mieściły w sobie niezliczoną ilość przejść, jednak wszystkie inne wejścia zostały zrujnowane dzięki powstawaniu wysp. Powierzchnia po której się poruszaliśmy była już przykryta dzielącą Plemiona wodą, dlatego zdawała się wilgotna, niemal mokra.
Wyszczerzyłem się szeroko do samicy, kiedy stając przed ostatnim przejściem, ukazała nam się ogromna komnata, której osadzone dookoła pochodnie nagle magicznie zapłonęły. Była ogromna, złota, a na jej środku stało źródło zbudowane z wysokich, jasnych kamieni, skąd do mniejszej misy lał się cienki strumień czystej wody. Zafascynowany postawiłem krok naprzód, ale wtedy zauważyłem ruch jakiejś ciemnej postaci, stojącej w rogu komnaty. Nie zauważyłem jej wcześniej. Teraz oślepiona światłem, jakie zapanowało we wnętrzu, powoli odwróciła zniekształcony ciemnością pysk w naszym kierunku, pociągając nosem, aby zlokalizować przybyszy. Nie wyglądała na silną, jednak kiedy wstała, okazało się, że mierzy prawie dwa metry, a nienaturalnej ilości chude szpony zwisały jej poza pas. Jeden z nich wyrastał z garba istoty, a jego palce trzymały już dawno niepalącą się, czarną jak on latarenkę.
Wyszczerzyłem kły i ostro warknąłem w kierunku gospodarza, na co ten wydał z siebie okropny dźwięk piskliwego ryku i unosząc długie szpony, rzucił się w naszym kierunku.
Wybiłem się w skoku, mając ochotę załatwić to jak najszybciej, bez zbędnego tracenia czasu. W momencie, kiedy miałem już zderzyć się z bestią, nagle skręciłem w bok, aby odbić się od podłoża i naskoczyć na nią od boku, jednak ta zamachnęła się chudymi ramionami i jednym ciosem odepchnęła mnie od siebie, tworząc przy tym pazurami na moim boku szramę.
Upadłem oszołomiony na ziemię, od razu stając na łapy, gdyż istota nie zamierzała dać mi ani chwili wytchnienia i atakowała dalej. Z jej płaskiej dotąd twarzy zaczął wynurzać się teraz zwierzęcy pysk z zepsutymi, ale ostrymi kłami, zupełnie jakby w jednym ciele siedziały dwa różne stworzenia. Musiałem znowu odskoczyć, kiedy rzucił się w moim kierunku. Był szybki i gdyby nie kula lisiego ognia, którą posłałem w jego stronę, dopadłby mnie. Kiedy stworzenie ogarnęły rozchodzące się w mgnieniu oka płomienie, wydało z siebie rozpaczliwy jęk bólu, przewracając się na ziemię.
- Len! Uważaj! - głos Gevieli zmieszał się z kolejnym rykiem, tym razem należącym do jakiegoś innego stwora. Nie zdążyłem odwrócić się w tamtym kierunku, gdyż coś uderzyło we mnie z taką siłą, że straciłem świadomość rzeczywistości. Obraz rozmazał mi się przed oczami, a w uszach rozległ się niemiły pisk. Przez chwilę nie potrafiłem się podnieść, ale kiedy podparłem się i przetarłem pysk łapą, okazało się, że krwawię.
Kolejne odgłosy walki, jakie doszły mnie zaraz po poprawie ostrości zmysłów, sprawiły, że już całkowicie wróciłem do siebie. Odwróciłem się w stronę wadery i to, co zobaczyłem, przeraziło mnie bardziej, niż bym się spodziewał.
- Nie! - ryknąłem głośno, widząc jak potwór nieco podobny do poprzedniego, ale tym razem wyglądający bardziej na człowieka wbija miecz dzierżony w dłoni prosto w klatkę piersiową mojej towarzyszki.
Ogarnęła mnie furia.
Podniosłem się stanowczo, a później jedno z moich oczu ogarnęła czerń. Potwór ryknął, gdy niewidzialnym wektorem wytrąciłem mu ostrze z dłoni, którą złamałem. Ruszył w moją stronę, ale odskoczył w bok przed kulą ognia. Zwinął się w pół, czując kolejne uderzenie niewidocznej siły. Miałem zamiar dokończyć swoje dzieło, podpalając go dla pewności, ale kiedy tylko to zrobiłem, popędził gdzieś w wąskie przejście wychodzące z kąta złotej komnaty. Nie było czasu biec za nim, dlatego czym prędzej znalazłem się przy waderze, chwyciłem ją i przerzuciłem na grzbiet, a później delikatnie ułożyłem pod Źródłem Wiecznej Młodości, z którego niewzruszenie płynęła powolnie czysta woda.
- Geviela. - lekko stuknąłem ją w policzek, aby oprzytomniała. - Umierasz. Oddaj mi swoje życie, potrzebuję go. - spojrzałem jej poważnie w oczy.
Wilczyca otworzyła szerzej zmęczone bólem ślepia i pokiwała pyskiem, cały czas na mnie patrząc. Wyglądała, jakby naprawdę zależało jej na dokonaniu tego, o co ją poprosiłem.
- Weź je. - szepnęła.
Pospiesznie chwyciłem dwa kielichy stojące po przeciwnych sobie stronach na jasnych kamieniach źródła i do obu nalałem wody. Zwróciłem się do niej.
- Złoty kielich odbiera życie, a srebrny daje. - wyrecytowałem i pomogłem wypić jej wodę z tego złotego. Kiedy już to zrobiła, odsunąłem się nieco, aby spożyć tą ze srebrnego.
Odczekałem krótką chwilę, po której dookoła mnie zaczęła nagle pojawiać się czarna chmura, kręcąca się dookoła i przyspieszająca niczym tornado.
- Len! - usłyszałem gdzieś spoza otaczającej mnie bariery, która zdawała się wysysać ze mnie życie. Może gdybym odczuwał ból, poczułbym teraz coś więcej, ale jedyne, co zwróciło w tej chwili moją uwagę, to ogarniająca mnie słabość.
Po niedługiej chwili wszystko ustało, a ja momentalnie poczułem ciepły dotyk trzęsącej się wadery na swoim grzbiecie. Szlochała, ale gdy poruszyłem się niemrawo, szybko wypuściła mnie z uścisku.
- Len! Ty żyjesz! - jej krzyk był pełen radości, a spojrzenie zdawało się nadal nie dowierzać w to, co rejestrują oczy.
- Głupia. Chciałaś oddać mi życie, podczas gdy ja mam ich więcej od ciebie. - sapnąłem z wyrzutem, próbując się podnieść. - Nie przyszedłem tutaj po to, żebyś to robiła. - mruknąłem, chociaż w głębi duszy miałem nadzieję, że zrozumie o co mi chodzi. To ja chciałem oddać jej jedno ze swoich żyć i tylko dlatego ją tutaj ciągnąłem. Przecież sam będę miał o wiele więcej okazji, żeby zdobyć nowe, a ona? Prawie straciła swoje jedyne!
Nawet nie zdołałem dobrze złapać gruntu pod łapami, kiedy samica wpiła się w moje usta z miłością, nie dopuszczając do oddechu. Odwzajemniłem ten gest, nareszcie usatysfakcjonowany.

Gevi?

Od Gevieli Cd Len'a

Skinęłam głową. Bez podejrzeń nikt nie powinien bardziej przyglądać się kluczowi. Zwłaszcza, że będzie to tylko krótkie wyjście i potem go zwrócimy, prawda? A w razie czego oryginał można jeszcze odlać i stworzyć jego kopie.

Nie do końca co prawda podobało mi się, że miałam oszukać Kelsosa, ale... Len mnie poprosił. A nie chciałam też zawieść jego. Nie, nie zrobię tego. Zamierzam dowieść Alfie, że jestem w stanie spełnić to zadanie. Byłam związana zarówno z jednym jak i drugim samcem, a jednak to na pomoc Lenowi się zdecydowałam. Znałam go zdecydowanie dłużej. Nawet jeśli wiedziałam do czego dąży i nie podobały mi się niektóre z podejmowanych przez niego akcji, to miałam wrażenie, że nie byłabym mu w stanie odmówić. A przynajmniej nie teraz. W końcu samym wyjściem do Źródła nikogo nie skrzywdzimy.

Dopiero następnego dnia wyruszyłam na opuszczone tereny by spotkać się z Kelsosem. Szłam sama. Razem z Lenem ustaliliśmy, że lepiej będzie, kiedy pójdę sama. Basior miał jeszcze z resztą parę spraw do załatwienia przed całą wyprawą.

Czułam podekscytowanie. I nerwy. Sama nie wiem czy to z powodu tego, co będę miała za niedługo zrobić, czy na samą myśl o wspólnej wyprawie z Alfą, do tego tajemniczego miejsca. Zdrowy rozsądek i świadomość, że kopalnia została zamknięta i jest tak bardzo strzeżona nie bez powodu, został stłumiony czystą ciekawością. Chciałam na własne oczy to wszystko zobaczyć. Może i nie będzie tam nic ciekawego, ale może i coś będzie. Samo Źródło już mnie fascynowało. Chociaż wcześniej wstrzymałam kierowanie na nie swoich myśli, to teraz już nie potrafiłam. Nie od momentu, kiedy zgodziłam się na prośbę Złotego.

Nie zauważyłam nawet kiedy wkroczyłam na Opuszczone Tereny. Uświadomiła mnie w tym dopiero ta dziwna aura towarzysząca temu miejscu. Wciąż nie wiedziałam skąd się ona brała, ale wzmagała mój niepokój. Dodatkowo poczułam jak w gardle wiąże mi się pętla. Jak się nie uda, to z pewnością dobrze się nie skończy.

— Gevi! — na czyjś krzyk aż podskoczyłam.

— Ah, Kelsos! — Uśmiechnęłam się na jego widok. — Przepraszam, zamyśliłam się i trochę mnie przestraszyłeś.

Wilk przyjrzał mi się i z uśmiechem przekrzywił pysk.

— Dobrze cię widzieć. Sprowadza cię coś konkretnego?

Zmieszałam się nieco. A potem poczułam opanowujący mnie chwilowo na własne zachowanie gniew. Zatopiłam pazury w ziemi. Wzięłam kilka oddechów czując, jak złość niespiesznie ulatuje.

— Właściwie... To nie. Przepraszam, ostatnio mam wrażenie, że strasznie błądzę w swoich myślach.

— Nic nie szkodzi. — Pokiwał głową. — Skoro już tu jesteś, masz ochotę nieco się przejść?

Skinęłam na zgodę. Ruszyliśmy wgłąb terenów. Nigdy wcześniej nie widziałam ich w całości, ale teraz samiec już prowadził mnie po nieznanym. Z podziwem obserwowałam każdy mijany zakamarek, każdy zwalony pień. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że niektóre z mijanych kamieni czy głazów nosiły na swojej powierzchni dziwne symbole. Pismo runiczne, którego z pewnością nigdy nie widziałam. Na pytanie o nie, Szarak odpowiedział tylko zdawkowo, że są w stanie pochłaniać energię, wzmacniać moc i można użyć ich w wielu wypadkach, z którymi ciężko sobie poradzić w normalny sposób. Tak więc dalej do końca nie wiedziałam o co chodzi.

Zagaiłam rozmowę przypominając sobie o wilczycy, której temat poruszył Kel gdy byłam tu ostatnio z Lenem.

— Ta Velks, o której kiedyś mówiłeś... Len naprawdę aż tak bardzo ją przypomina? — spojrzałam zaciekawiona na wilka.

Chwilę milczał. Przyjrzał mi się swoimi bystrymi oczami i skinął głową.

— Wygląda niemal identycznie jak swoja matka. — Powiedział spokojnie.

Zatrzymałam się w miejscu. Basior spojrzał na mnie zaskoczony.

— Przecież jego matką jest... Była, Beth. — Nie ukrywałam zdziwienia w swoim głosie.

— Beth? Beth nigdy nie miała dzieci.

Patrzyłam na niego wryta z wrażenia w ziemię. Czyli, że Alfa okłamał mnie tamtego dnia, kiedy mówił o Rin i Beth? Ale wydawał się tak szczery...

— Jeden raz Beth nosiła w sobie szczenięta, ale w dniu rozwiązania okazało się, że co do jednego są martwe. Tylko ona o tym wiedziała. No i potem informację o tym zdobyła Velks. A ją wciąż próbowano wytropić po wykryciu zdrady. Dlatego przekazała dwójkę swoich młodych pod opiekę Beth. W ten sposób przynajmniej Len i Rin mieli zapewnione bezpieczeństwo. — Nie ukryję, ale na myśl o Alfie jako zwykłym, słodkim szczeniaku aż zrobiło mi się ciepło. To musiał być słodki widok! — Słyszałaś o zdradzie Beth wobec tej dwójki? — skinęłam pyskiem — Nie była ich prawdziwą matką i zapewne przez to, pod wpływem presji złamała daną Velks obietnicę.

— ...skąd o tym wszystkim wiesz?

— Ukrywałem ją po tym przez jakiś czas u siebie. Potem odeszła z ziem podzielonych między plemiona...

— ...i nigdy już nie wróciła? - spytałam

Basior skinął jedynie głową.

Jeszcze przez chwilę poruszaliśmy się po terenach. Na kilka minut zatrzymaliśmy się jeszcze przy niewielkiej polanie. U jej brzegu rosły drobne krzewy, odpowiednie do krycia się podczas polowania. Na łące pasło się nawet kilka danieli. Nie zamierzaliśmy jednak atakować. Odpoczęliśmy tylko po czym skierowaliśmy się na zachód. Do granicy z plemieniem Ciszy.

Z każdym krokiem czułam narastającą presję. Gromadziła się we mnie dziwna złość. Negatywna energia, jakiej chyba nigdy nie czułam. Nie była aktualnie zbyt silna, bym głośnie wyrażała swoje emocje, a jednak potrafiłam wyczuć, że coś jest inaczej. Każdy kolejny krok zbliżał mnie do rozstania z Kelsosem. Do wyjścia poza jego tereny. A ja wciąż nie zdobyłam klucza. Co więcej, mój pomysł na przejęcie go był wyjątkowo głupi. Nie chciałam tego robić. Irytowało mnie to.

Gdy zostało już zaledwie kilka minut do naszego rozstania Szarak nagle się odezwał. Mówiąc, że jego słowa nie zbiłyby mnie z łap - kłamałabym.

— Gevi... — zaczął stosunkowo niepewnie — ktoś próbuje zdobyć klucz. Gwiazdy powiedziały mi, że ktoś mi go odbierze. Nie mogę pozwolić na coś takiego.

Usiadłam z wrażenia. Zorientował się co mam zamiar zrobić!? JAK!?

— Czasem gwiazdy się mylą, więc jest też szansa zmienić los. Mogłabyś przypilnować go kilka dni?
Chyba aż opadła mi kopara. Przez chwilę wpatrywałam się w niego z niedowierzaniem.
— N-naprawdę chcesz dać go właśnie mi?

Skinął głową.
— Nie mam pojęcia, czy nie chodzi o kogoś z tych, którzy powinni go pilnować. A córce Heather jestem w stanie zaufać nawet bez czytania jej myśli. — Uśmiechnął się lekko.

— Dobrze... — skinęłam niepewnie pyskiem — zrobię co w mojej mocy.

Teraz naprawdę poczułam na sobie wielką odpowiedzialność. Zdecydowanie spadła na mnie z chwilą, gdy basior zawiesił rzemyk od klucza na mojej szyi.

— Ładny wisior... — Skomentował patrząc na fioletowy kamień u mojej szyi.
Poczułam coś na kształt zazdrości. Nieufności.
— Od Lena. — Burknęłam mierząc go ostrzegawczym spojrzeniem.
— Dobrze, że się między wami układa. — Zaśmiał się krótko.
Po pożegnaniu ruszyłam szybkim krokiem do Plemienia Ciszy. Od razu szukałam Alfy.

<Lenku?>

Od Len'a Cd Gevieli

Chociaż w gestach wadery zauważyłem niepokój i tak się zgodziła. Czyżbym wywierał na nią aż tak silny wpływ? Cóż, to akurat nic złego. Muszę przyznać, że nawet mnie to ucieszyło. Ostatnim razem, kiedy wyruszyliśmy na wyprawę, całkiem nieźle się bawiłem i miałem przeczucie, że teraz też tak będzie.
- Wiedziałem. - uśmiechnąłem się mimowolnie na jej odpowiedź i delikatnie musnąłem ją wargami w usta. - Jednak jest coś, co może nam sprawić więcej kłopotu niż samo odnalezienie naszego celu. - przymknąłem delikatnie powieki, nie spuszczając wzroku z głębi jej oczu.
- ...Co takiego? - zapytała niepewnie, dopiero po krótkiej chwili.
- Musimy wykraść klucz do podziemi, który ma właśnie Kelsos. - odparłem poważnie. To może być faktycznie jedno z trudniejszych zadań, a zwłaszcza dla wadery, bo to w końcu ona je wykona. Burek zapewne ufa bardziej jej niż mnie.
Po wyrazie jaki wstąpił na twarz wilczycy, mogłem śmiało wnioskować iż się zmieszała. Przez chwilę nawet wahała się przed odpowiedzią.
- No cóż... Masz jakiś plan? - w końcu znowu podniosła na mnie wzrok z westchnieniem, widać już pogodzona z faktem tej misji.
- Najłatwiej będzie znaleźć jakiś podobny klucz do tego od tuneli i po prostu go podłożyć na miejsce właściwego. - zacząłem - Możemy zacząć poszukiwania w Starej Chacie, ona jest najbliższą opuszczoną posiadłością. - machnąłem ogonem, wstając z miejsca i idąc w stronę wyjścia z jaskini. Nie miałem ochoty czekać. Dzień był młody, tak samo jak ja z nowym życiem. Po chwili dołączyła do mnie wadera, więc ruszyłem już nieco szybszym tempem. Nasz cel nie znajdował się daleko, jednak teren dookoła był bardzo błotnisty i trzeba było uważać na ruchome podłoże. Tak czy siak, zaraz kiedy uchyliliśmy przed sobą drzwi Starej Chaty, ukazało nam się jej ciemne wnętrze. Zakurzone i zniszczone meble stały poustawiane po bokach pomieszczenia, szafki były pootwierane, a brudna tapeta odchodziła od ścian. Również tutaj drewniana podłoga przesiąkła wilgocią. Całość wyglądała jak opuszczona bardzo dawno temu.
Wkroczyliśmy do środka, dokładnie się rozglądając. Zajrzałem do starodawnej komody, w której porozwalane były najróżniejsze przedmioty - jakieś ubrania, ramki ze zdjęciami, pojedyncze kartki papieru, a także jakaś drobna biżuteria. Zajrzałem dalej, moją uwagę przykuła pomalowana na czerwono, mała szafka, która pierwotnie miała wisieć na ścianie. Teraz jednak leżała na wpół rozwalona na ziemi.
- Chyba musiała mieszkać tutaj jakaś czarownica! - nagle odezwała się moja towarzyszka, przyglądając się kolekcji ksiąg na półkach. - Wszystkie są o magii!
- Jak ci się przydadzą, to sobie je weź. - mruknąłem, łapą uchylając własne znalezisko. W środku znajdował się jakiś pierścień o czerwonym krysztale, połuskującym w świetle, jakie dało wpadające przez szczelinę w dachu słońce. Również medalion, tym razem z fiołkowym kamieniem oraz skórzaną tasiemką, na której był zawieszony. I wreszcie dalej wciśnięty klucz. Chwyciłem dwa ostatnie przedmioty, po czym podeszłem do wadery, której zawiesiłem błyskotkę na szyi.
- Do twarzy ci w tym. - oceniłem przyglądając się. - Zobacz. - szybko jednak przeniosłem uwagę na klucz. Był duży, solidny.
- Całkiem podobny, jednak tamten posiadał różne wyryte znaki na powierzchni. - zmarszczyła brwi, w skupieniu przyglądając się znalezisku.
- Daj się zrobić... - przekszywiłem pysk na bok i po chwili pazurem rozgrzanym przez żywioł zacząłem coś rzeźbić. W końcu po chwili skończyłem. - Ah, przecież jak nie będzie nic podejrzewał, to i tak nie zauważy różnicy... - sapnąłem.

Gev? XD

Od Gevieli Cd Len'a

Sierść na moim grzbiecie i ogonie cała się zjeżyła na słowa Alfy plemienia Ciszy.
— Do Źródła Wiecznej Młodości.
Wytrzeszczyłam błękitne ślepia mierząc samca zaskoczonym spojrzeniem. Chciał pójść do Źródła Młodości?
— Do... Źródła? — wybąkałam cichutko. — Dlaczego?
— Zaintrygowało mnie to, o czym mówił Kelsos. Chciałbym zobaczyć je na własne oczy. — Uśmiech basiora powiększył się delikatnie.
Przez moment przyglądałam się wilkowi w milczeniu. Znajdowaliśmy się bardzo blisko siebie. Kiedy tylko to sobie uświadomiłam gwałtownie nabrałam powietrza do płuc, próbując uspokoić łomotanie serca i nieswoje uczucie. Zielone ślepia wpatrywały się prosto we mnie spod opadającej na nie złotej sierści. Nic się jednak nie działo. Czekał na moją odpowiedź. Jakie było pytanie..?
— To raczej... nie sądzę, żeby opowiadał nam to wszystko po to, żeby szukać tego miejsca. — wydusiłam z siebie. To tylko ja, czy nagle oddychanie stało się trudniejsze?
— Ale skoro już mamy tą wiedzę trzeba ją wykorzystać! — Jeśli tylko było to możliwe uśmiech na jego pysku ponownie się powiększył. — Chyba nie chcielibyśmy, żeby dowiedzieli się o nim członkowie innych plemion, prawda? Nie wiadomo, co ci głupcy by z nim zrobili... — Groźna nuta zabrzmiała w jego głosie.
Może rzeczywiście ma rację..? Kelsos też nie może przecież ciągle pilnować kopalni, będąc tak daleko.
— Kiedy zamierzasz ruszyć na poszukiwania?
— Ja sam? Chyba nie powiesz mi, że też nie chciałabyś go zobaczyć? — Zaśmiał się krótko.
Podskoczyłam natychmiastowo, zwracając się do niego z determinacją i oburzeniem na pysku.
— Oczywiści, że chcę!
Może mi się tylko wydawało, albo w oczach samca zaigrały energiczne ogniki.

<Len? ^^ ?

Od Len'a Cd Gevieli

Przez całą drogę powrotną rozmyślałem nad tym, o czym opowiedział nam Kelsos. Źródło Wiecznej Młodości. Ta nazwa od razu przykuła moją uwagę, w dodatku dzięki ufającemu nam wilkowi dowiedziałem się jak ono działa. Napicie się ze srebrnego kielicha odbiera wilkowi życie, a ze złotego dodaje utracone przez tamtego lata. Czy to nie wspaniałe? Podobno znajduje się ono gdzieś w podziemnych tunelach na starych terenach Zimowych Szeregów, teraz Plemienia Wody. Naprawdę dobrze byłoby się tam udać... Najpierw to zbadać, a później znaleźć jakąś ofiarę. Muszę tylko namówić waderę do współpracy ze mną, bo przecież nie będę sam tego robił, a po za tym... - moje myśli momentalnie przerwał ostry ból w klatce piersiowej. Czy to przez chorobę? Akurat rozdzieliłem się z waderą, stojąc tuż za progiem wejścia do swojej jaskini. Poczułem jak łapy pode mną uginają się, a ja upadam na ziemię. Zupełnie nie miałem pojęcia co się dzieje, nie potrafiłem się ponownie podnieść. Udało mi się jedynie jakoś doczołgać do własnego posłania, gdzie ogarnęła mnie słabość i ciemność. Czy to znaczy że ja... straciłem życie? Pierwsze z dziewięciu... Kto by pomyślał że w taki sposób. Ale przecież mogę je odzyskać. Źródło Wiecznej Młodości mi je odda. Co z tego że za cenę czyjegoś życia... Kto by nie chciał poświęcić się za najpotężniejszego znanego dotychczas wilka! Przecież to zaszczyt.
Obudziłem się jeszcze zanim słońce całkowicie wstało. Trzeba przyznać że... czułem się dobrze. Nawet nie było różnicy w moim codziennie odczuwalnym stanie. Zupełnie jakby nic się nie stało, ale jednak. Nikt się o tym nie może dowiedzieć. Nie mamy medyka, a więc nikt nawet nie zobaczy ile tak naprawdę mam żyć. Nie ma żadnego problemu.
Wstałem, przeciągnąłem się i wciągnąłem w nozdrza mroźne, zimowe powietrze dochodzące z wyjścia jaskini. Przy okazji dobiegł mnie również znajomy zapach wilczycy, Gevieli. Od razu zerknąłem w jej stronę.
- Wszystko dobrze? - zapytała jakby przeczówała że coś się stało.
- Jasne. Czemu pytasz? - odparłem bez emocji, przyglądając jej się. Usiadłem.
- A tak... Po prostu wczoraj wyglądałeś słabo. - westchnęła podchodząc bliżej. Chwila zrobiła się dosyć niezręczna, kiedy nie padła kolejna z moich odpowiedzi. Wilczyca postanowiła zmienić temat. - Jak ci się podobało spotkanie z Kelsos'em?
Uśmiechnąłem się trochę.
- Podobało. Nie mam zbytniej wiedzy historycznej na temat Plemion, dlatego myślę że nie zmarnowaliśmy czasu. - Wstałem, aby podejść do samicy i musnąć ją delikatnie w bok. Odwróciłem głowę ponownie w jej stronę. - Jest coś, co nawet bardzo, bardzo mi się spodobało. - szepnąłem. - Chciałbym tam pójść.
- Gdzie...? - spytała, próbując ukryć niepewność w głosie.
- Do Źródła Wiecznej Młodości.

Gevi? XD

Od Gevieli Cd Len'a

Siedzieliśmy w jaskini tutejszego... przywódcy, kiedy opowiadałam swój ostatni sen.
- Kiedy miałaś tą wizję? - Kelsos zadał pytanie.
- Chyba jakoś miesiąc temu... Nie jestem pewna.
W napięciu obserwowałam zamyślony pysk basiora. Może rzeczywiście mógł coś wiedzieć.
- Czyli zanim się jeszcze spotkaliśmy. Wilk miał skrzydła i karmazynowe oczy. Byliście wtedy na skalistym terenie, tak? - Skinęłam głową. - To mógł być Troyer.
- Kto taki? - Spytałam. Wydawało mi się, że już kiedyś słyszałam to imię. Len siedział przy mnie, jednak nic nie mówił. Również nie znał kogoś takiego. Wstrząsnął końcówką swojego ogona.
- Był pierwszym Alfą powietrznych wilków, po przemianie zastępów na plemiona. Kilka lat temu opuścił tereny, by rozwiązać problemy i zagrożenia piętrzące się poza granicami. Ale od tamtego czasu nie wrócił... Bardzo możliwe, że zginął, choć wciąż ciężko przyjąć mi to do świadomości. Naprawdę dobrze go znałem i wiem, że był silnym przywódcą. Być może poświęcił się dla dobra wszystkich. Nawet jeśli Velks, - Kelsos spojrzał na Lena, a ten podchwycił jego wzrok na sekundę - jego siostra, wciąż nie potrafiła się z nim pogodzić i uważała go za swojego największego wroga. Ona dowodziła plemieniem Ziemi. Musiała opuścić te ziemie niedługo po Troyerze. Była w ciąży z samcem pochodzącym z innego plemienia. O innym żywiole. Teraz prawo dotyczące prokreacji pozostawia wybór jedynie wilkom z plemienia Ciszy. W każdym innym ciągle panują te same zakazy o łączeniu się z innymi żywiołami. Tak jak wtedy. Dlatego też Velks żeby ratować życie, musiała uciekać... - Klucznik zdawał się nieco odpłynąć myślami. - Ach! Przepraszam, to mogło was nie interesować! - Basior pokręcił pospiesznie pyskiem. - W każdym bądź razie... ojcem Troyera jest Jeffrey. Także wspaniały Alfa Watahy Czarnej Perły. - Pokręcił z uznaniem. - Może o nim słyszeliście.
Drgnęłam gwałtownie.
- Widziałam go jakoś rok temu, kiedy razem z mamą chciałyśmy pozostać w Czarnej Perle! - powiedziałam entuzjastycznie.
Pysk Kelsosa nieco się rozjaśnił.
- Ciężko go spotkać, od kiedy wyrzekł się swojej pozycji. Raz jest tu, a za chwilę tam.
Nasza rozmowa trwała jeszcze jakiś czas. Brązowy zdążył jeszcze opowiedzieć nam co nieco o tym czego sam strzegł. Źródło Życia. Niewiarygodne, że coś takiego mogło się tutaj znajdować! Nie miałam pojęcia jakie dokładnie miało być jego działanie, ale już sama jego nazwa zdawała się potężna. Dodatkowe przypuszczenia doprowadziły nas do wniosku, że to właśnie wejścia do kopalni mógł szukać Troy'er w moim śnie.
Słońce chyliło się już nad horyzontem, barwiąc niebo na czerwienie i pomarańcze, kiedy wraz z Alfą wróciłam do plemienia Ciszy. Na ostatnim odcinku zdecydowanie zwolniliśmy. Sama nie wiem czemu. Nic nie mówiliśmy. Miałam za to wrażenie, że Len był już dość mocno zmęczony. Mozolnie powłóczał łapami, kiedy znaleźliśmy się już koło jego jaskini. Stwierdził jednak, że nic mu nie jest, kiedy zapytałam. Nie miałam wyboru. Musiałam dać odpocząć Alfie. W końcu wciąż pozostało wiele do zrobienia...

<Len? Bez obaw, u mnie też powiało nudą V: >

Od Len'a Cd Gevieli

Wraz z waderą udaliśmy się na Tereny Opuszczone, aby spotkać się z kimś tam i porozmawiać prawdopodobnie o historii związanej z Watahą Czarnej Perły, czyli tą całą erą starożytności z życia Plemion. Ble, ble. Tak szczerze niezbyt mnie to wszystko interesowało, wolałbym dokończyć odbudowę obozu, a dopiero później pomyśleć o wycieczkach, jednak się zgodziłem. Głównie aby dowiedzieć się co to za basiorek koleguje się z moją waderką, a z drugiej strony aby nie musiała wlec się sama. W końcu wokoło mogą się czaić różne niebezpieczeństwa...
Kiedy dotarliśmy na miejsce, brązowawy samiec złożył nam przywitanie wyskakując z krzaków. Właściwie bardziej Szarej, mnie obrzucił tylko ciekawskim spojrzeniem.
- Kelsos, to jest Alfa Plemienia Ciszy, Len. Len, to jest Kelsos. - samica przedstawiła nas sobie. Zmusiłem się na kiwnięcie, a potem dopowiedzenie krótkiego ,,miło mi'', aby nie wyjść na jakiegoś aspołecznego kretyna wśród obcych, za którymi szczególnie nie przepadałem. No ale cóż, Szara już mnie namówiła to może postaram się trochę poudawać zainteresowanego.
- Len. Wydajesz mi się do kogoś całkiem podobny. - samiec wymówił moje imię, wpatrując się w moje oczy, jednak zaraz zwrócił wzrok w inną stronę. - Ale najpierw może zaproszę was do jaskini, tam będzie milej. - machnął ogonem, wskakując w krzaki z których wcześniej wyskoczył. Zerknąłem ukradkiem na waderę, jednak ruszyłem dopiero za nią.
- Więc zapewne wróciliście, aby się co nieco dowiedzieć o Czarnej Perle? - od razu zgadywał, kiedy tylko już byliśmy w środku dosyć dużej, ozdobionej różnymi przedmiotami jaskini.
- To prawda, że kiedyś wszystkie plemiona były jedną watahą? - zapytałem. Chyba ten temat najbardziej mnie zaciekawił z wcześniejszych wspomnień Gevieli o opowieściach jej matki.
- Owszem. Na samym początku nie było żadnych plemion ani zastępów, tylko jedna wataha. Dopiero później wilki stopniowo zaczęły odgradzać się grupami, głównie przez odmienne żywioły. - wyjaśnił, cały czas na mnie spoglądając. Wyobraziłem sobie wszystkie wilki pod dowództwem jednej Alfy. To musiała być spora i silna wataha. - Jako pierwszy powstał zastęp Cichociemnych, wilków o żywiole powietrza. Później Dream Team, ziemi. To właśnie w nim była Velks.
- Velks? - zaciekawiła mnie nagła zmiana tematu basiora. Jego ukochana, czy co?
- Tak, Velks. Jesteś do niej bardzo podobny, trzeba przyznać. - uśmiechnął się nawet trochę. Prychnąłem cicho na to stwierdzenie, gdyż zupełnie nie miałem pojęcia dlaczego ten basior tak uważa. Nawet nie wiedziałem o jaką ,,Velks'' chodziło.
- Właściwie chciałabym zapytać o mój ostatni sen. - zaczęła niepewnie Szara. - Związany z wilkiem, który może mieć coś wspólnego z Czarną Perłą. Nie wiem niestety tylko co. - odparła. Brązowawy samiec wyglądał na zaciekawionego, więc postanowiła kontynuować. - Miał ogromne skrzydła i wielkie, lśniące karmazynem oczy. Zdawało mi się, że czegoś szukał, ale kiedy mnie zobaczył, powiedział tylko "Leonard zabija", po czym rzucił się do mojego gardła... We śnie znajdowałam się na terenach Plemienia Powietrza, poznałam to po wysokich górach. - opisała. Wilk wyraźne się zamyślił. Może rzeczywiście wie o co w tym wszystkim chodzi? I może powie mi wreszcie co za dziwak pragnie podzielić los tych nielicznych ofiar, zabitych z moich szczęk?

Gevi? Wiem, nuda xD

Od Gevieli Cd Len'a

W milczeniu słuchałam słów Alfy. Lilian... Chodziło o Rin? Musiał mówić o niej. Zdałam sobie sprawę z tego, jak niewiele wiedziałam o wilku znajdującym się obok mnie. Wilku, który był moim przewodnikiem. O wilku, który prowadził swoje plemię żelazną łapą, ale zawsze starał się dbać o podwładnych. Wilku, który był ojcem moich szczeniąt. Co więcej, był dla mnie ważniejszy niż ktokolwiek mógłby zapewne sądzić. Czy to nie naturalne, że chciałam go poznać? Znać jego przeszłość, historię. Nigdy o tym nie mówił...
— Zabiłem ją. Jeszcze jako Leonardo... ten mały, słaby szczeniak, który przepadł wraz z jej truchłem w piekielnym ogniu.
...ale czasem miałam wrażenie, że wolę nie wiedzieć wszystkiego.
Leonardo... Otworzyłam szerzej oczy. Ten, o którym słyszałam. W koszmarze. Od dziwnego basiora o krwistych ślepiach. A Len jest Leonardem... Czułam jak umysł zasnuwa mi się mgłą. Tak wiele myśli nagle zaczęło się w mojej głowie próbować ułożyć. Ale ciągle coś nie wychodziło. Nie mogłam znaleźć rozwiązań. Słowa tajemniczego wilka ciągle pojawiały się w mojej głowie. "Leonard zabija". Zdążyłam już o tym na jakiś czas zapomnieć, a teraz to wróciło. Nie miałam pojęcia, co miało to oznaczać. Te dwa wyrazy miały opisywać jego przeszłość, czy przyszłość?
Z rozmyślań wyrwał mnie śmiech. Wzdrygnęłam się. Trwał nieprzerwanie. Szyderczy. Zamrugałam kilkakrotnie. Chyba nigdy nie słyszałam u niego takiego śmiechu. Jednocześnie wydawał mi się brzmieć całkowicie inaczej niż dawniej. Jakby był czystszy. A może po prostu już się przyzwyczaiłam i nie potrafię rozpoznać w jego uśmiechu czegokolwiek złego?
Po chwili się ogarnęłam. Zauważyłam, że z jego wargi wypływa struga lepkiej krwi. Pomimo to wciąż śmiał się do rozpuku, aż ciężko przychodziło mu oddychanie. Nieco się wystraszyłam.
- Len, wystarczy. - Powiedziałam cicho.
Dłoń, którą położyłam wcześniej na jego ramieniu nagle przestała drzeć. Wilk przez chwilę się we mnie wpatrywał. Nie wiedziałam, czy nie ma przypadkiem zamiaru na mnie krzyczeć. Ściągnął brwi,  a jego źrenice zwęziły się w szparki.
- Dlaczego miałbym to zrobić? - Mruknął ostrzegawczo.
- Zrobisz sobie dodatkową krzywdę...
Uniosłam dłoń i starałam krew, która zatrzymała się na jego podbródku. Prychnął lekceważąco, na co bardziej się uśmiechnęłam. Rzeczywiście musiał czuć się już lepiej. Mężczyzna uniósł twarz do góry i przez chwilę wpatrywał się w błękitne niebo. Cóż za ironia. Świat na dole się wali i Ziemia niszczeje, a Niebo zdaje się tego wcale nie widzieć. Jakby odwracało wzrok.
Chwilę trwaliśmy w milczeniu, do momentu, gdy Alfa się odezwał.
- A co z tobą? Ostatnio cię nie widywałem.
Zastanawiałam się przez moment. Rzeczywiście. Jakby na to nie spojrzeć, każde z nas miało ostatnio sporo spraw na głowie. Ja skorzystałam również z zaproszenia Kelsosa i raz odwiedziłam basiora chroniącego klucza.
- Dużo chodziłam po terenach, więc rzeczywiście mogliśmy się nie widywać... No i kogoś spotkałam. - Kontynuowałam nim zaskoczony Alfa zdążył o coś spytać. Tamta sprawa oczywiście również była ważna, jednak aktualnie sumiennie kazało mi się do czegoś przyznać. - Len... Powiedziałam ci kiedyś, że będę ci mówić o tych specjalnych występujących u mnie snach, ale... nie zrobiłam tego.
Brwi chłopaka uniosły się do góry.
- Co masz na myśli?
- To było już jakiś czas temu i chyba nawet zdążyłam o tym zapomnieć... Z tego snu jedyne co pamiętam to to, że śledziłam jakiegoś basiora. Miał ogromne skrzydła i wielkie, lśniące karmazynem oczy. Zdawało mi się wtedy, że czegoś szukał. A-ale kiedy mnie zobaczył - nie mam pojęcia, kiedy głos zaczął mi drzeć - powiedział tylko "Leonard zabija", po czym rzucił się do mojego gardła...
Zapadła cisza. Alfa musiał przemyśleć moje słowa. Ja również. Kiedy powiedziałam je sobie głośno, myśli zdawały się łatwiej układać w głowie. Leonard...
Wargi same rozchyliły mi się w zadumie, a oczy otworzyły szeroko.
- Chyba już wiem, kto może widzieć, kim był wilk z mojego snu! - Wykrzyknęłam, aż sam mężczyzna drgnął zaskoczony.
Opowiedziałam przywódcy o "kluczniku", którego spotkałam wędrując po Opuszczonym Terenie. Nie ukrywałam także tamtej tajemnicy związanej z kopalnią, bo postanowiłam mu zaufać. A wcześniej już nawet rozmawiałam na ten temat z Kelsosem. Co prawda stwierdził, że konsekwencje tej decyzji spadną na mnie, gdyby stało się coś złego, jednak nie widziałam ryzyka. Len dowiedział się też, o moim ostatnim spotkaniu z niewiele starszym samcem. Niedługo mieliśmy się do niego wspólnie wybrać.

***

Od pamiętnego dnia, kiedy to tereny Ciszy i wszystko, na co ciężko pracowaliśmy popadło w zniszczenie, minęło już kilka pełnych obiegów zegara. Stan Alfy był znacząco lepszy. Może i nawet w normie, taki jak przed katastrofą. Choć przez cały ten ostatni czas wszędzie było go pełno. Robił co mógł, zarządzając i rozdzielając zadania, a także samemu wiele z nich wykonując. Na dzień dzisiejszy wciąż pozostały rzeczy do zrobienia, jednak wraz z Len'em właśnie teraz wybieraliśmy się do Kelsosa. Złotemu też należała się przerwa, choćby sam nie chciał się na to zgodzić. Jak tak dalej pójdzie to po prostu nam osiwieje.
Byliśmy już w drodze jakiś czas. Od kilku minut towarzyszyła nam cisza przerywana szelestem traw i powiewami wiatru. Nieco się zdziwiłam, kiedy to właśnie ja przerwałam niezręczną sytuację. A może tylko mi się taka wydawała...
- Chciałabym zobaczyć jak by to było, gdyby plemiona stały się na powrót jedną watahą. Gdyby były jak dawniej Czarna Perła.
- Czarna Perła? - Len zerknął na mnie zaciekawiony.
- No, tak. - Odpowiedziałam niepewnie, widząc reakcję samca. - Wataha Czarnej Perły. Ta, która istniała na tych terenach i to z jej rozłamu powstały plemiona. Nie wiedziałeś o tym?
- Nie za bardzo interesowałem się historią.
Przystanęłam zaskoczona, ale zaraz wyrównałam krok i kontynuowaliśmy marsz.
- Matka dość często opowiadała mi o Czarnej Perle, kiedy byłam mała. A wilk, do którego teraz idziemy zaznajomił mnie nieco z legendą o powstaniu watahy. Dawniej była ona co prawda podzielona na zastępy, ale wszyscy byli pod dowództwem jednej Alfy (...)

***

Kilkanaście, może kilkadziesiąt minut później (ciężko stwierdzić, straciłam rachubę) byliśmy już na Terenach Opuszczonych. Nawet jeśli już tu byłam, wyczuwałam w otoczeniu samotność, pustkę. Już po chwili na nieboskłonie dostrzegłam jednak znajomą wilczycę. Widząc nas ruszyła w głąb lądu. Jej zadaniem było monitorowanie tych ziem i donoszenie o wszystkim Kelsos'owi.
Nie minęło długo, kiedy z gąszczu usłyszeliśmy szelest, a zaraz wypadł też z niego uradowany basior.
- Geviela!
Nim jakkolwiek zdążyłam zareagować, już zostałam mocno przytulona przez brązowawego samca. Zaśmiałam się wraz z nim, po czym minimalnie cofnęłam.
- Kelsos, to jest Alfa Plemienia Ciszy, Len. Len, to jest Kelsos. - Przedstawiłam sobie swoich towarzyszy.

< Len? >

Od Len'a Cd Gevieli

Jakież było moje zdziwienie, kiedy szara wilczyca na moich oczach przemieniła się w człowieka i zaczęła mi pomagać dojść do siebie. Świdrujący ból głowy, którego raczej nigdy wcześniej nie odczuwałem oraz przeciągłe rany po walce musiały być na tyle poważne, abym nawet z uszkodzonym układem nerwowym mógł je wyczuwać w takim stopniu. Upadłem na ziemię nawet nie próbując wykorzystać jej pomocy w utrzymaniu się na bezsilnych w tej chwili nogach. Zupełnie nic nie rozumiałem. Tereny zostały zniszczone przez ostatnią osobę, po której bym się tego spodziewał, a mój stan dosłownie wahał się przed odebraniem mi pierwszego z żyć. Nie potrafiłem poukładać myśli, dlatego postarałem się skupić swoją uwagę na kursującej od stawu do mnie i na odwrót Gevieli. Niestety i to mi nie wyszło, gdyż po jakimś czasie, kiedy kolejny raz poszła wymoczyć z krwi materiały, ogarnęło mnie nieprzezwyciężone zmęczenie. Tak po prostu w jednej chwili przeniosłem się w inny świat i zasnąłem.
***
Kiedy się obudziłem, dziewczyna opierała się na moim ramieniu, spała. Nie dziwię się, mnie też nie chciałoby się czekać aż sam się obudzę. Przechyliłem delikatnie głowę w jej stronę, tak aby się nie obudziła i przyjżałem się uważniej. Teraz zdecydowanie było ze mną lepiej, nawet odzyskałem już ostrość widzenia. Uniosłem rękę i chwyciłem w palce jeden z długich, miodowych kosmyków, opadających na ramiona wilczycy. W tej chwili uchyliła powoli zaspane powieki i zaraz zerwała się gwałtownie.
- Nie spałam... - odparła przecierając jedno oko. Mimowolnie posłałem jej swój uśmiech, wzdychając. - Jak się czujesz? - zapytała.
- Lepiej. Z chęcią zająłbym się już tym wszystkim. - oparłem ręce na ziemi z zamiarem podniesienia się, jednak złotowłosa mnie wyprzedziła.
- Jeszcze nie. Musisz odpocząć i dojść nieco bardziej do siebie, bo znowu zaczniesz krwawić. - zmarszczyła delikatnie brwi. Wyglądała w tej chwili przeuroczo, jednak chyba rzeczywiście miała rację, bo nie miałem siły nawet na swoje ulubione zajęcie - wykłucanie się. Westchnąłem tylko, spuszczając wzrok. Rozejrzałem się po spalonym i zniszczonym terenie z wyrzutem.
- To wszystko przez nią. Zawsze uważałem, że żadne z nas nigdy nie posunęłoby się do tego co matka. Zdrady. - wycedziłem przez zaciśnięte zęby. - Najwidoczniej się myliłem. - nie mogłem powstrzymać złości na tę myśl i chyba łatwo było to zauważyć.
- Matki? - Wilczyca niepewnie położyła dłoń na moim ramieniu, mierząc mnie troskliwym spojrzeniem. No tak, przecież ona nic nie wie. Nie była z Plemienia Ognia, a tak naprawdę tylko oni, nawet nie wszyscy mogli znać mój los.
- Tak, Beth. Zginęła zaraz po tym jak zdradziła Alfie Ognia żywioł Lillian. Aż tak bardzo cię to interesuje?! - warknąłem w złości. Nawet samo wspomnienie tej ladacznicy jeżyło mi sierść na karku. Towarzyszka zmarszczyła brwi.
- A żebyś wiedział! - chyba nie zamierzała w tej chwili odpuścić. Chciała wykorzystać moją chwilową słabość, czy co? Nie... przecież jej mogę zaufać, prawda? Ona miała dużo okazji do podobnych Rin czynów, a jednak nic mi nie zrobiła.
- Zabiłem ją. Jeszcze jako Leonardo... ten mały, słaby szczeniak, który przepadł wraz z jej truchłem w piekielnym ogniu. - zacisnąłem zęby, uwalniając cienką stróżkę krwi z delikatnej wargi. Po chwili jednak się rozluźniłem... nawet zacząłem z tego śmiać. Żywym, nieopanowanym śmiechem, który przyprawił mnie o zawrót głowy.

Gevi?

Od Gevieli Cd Len, Nienna

Len mnie uprzedził co prawda całkiem niedawno, ale jednak. Minęło sporo czasu od kiedy wrócił z ziemi ognia a nowym, towarzyszącym mu wilkiem okazała się być Chie. Alfa kilka dni temu powiedział mi co się zbliża. A raczej kto. A teraz staliśmy temu naprzeciw.
Mała waderka, cała ubabrana w błocie przyklejonym do jasnej sierści została wyciągnięta z ziemnej nory. Była drobniutka. Oczy aż otworzyły mi się na ten widok. Tak biedny i żałosny. Jej błękitne ślepia obserwowały nas uważnie.
Nie potrafię... Poczułam jak coś ściska mnie przy sercu. Ile czasu już tutaj spędziła? Całkiem sama. Już wcześniej zgodziłam się na prośbę Len'a. Może nawet bardziej rozkaz, nie istotne. Teraz z kolei wiedziałam, że była to dobra decyzja. Dobrze, może nie do końca, bo odbierania dziecka rodzicom nie popierałam, ale to już się stało. A Len od tak by jej nie oddał. Wiedziałam to.
Moje decyzje mogły być też motywowane bólem po stracie jednego ze szczeniąt i dlatego tak bardzo w tym momencie pragnęłam zapewnić opiekę tej małej istotce. Tak okropnie...
Zwróciłam się do Alfy.
— Najpierw musimy ją wykąpać zanim gdziekolwiek weźmiemy. Od samego tego brudu zaraz może się rozchorować.
Zabraliśmy młodą nad wodę, blisko miejsca, w którym znajdowały się ukryte tunele. Szorowanie umorusanego futerka było dość czasochłonne i męczące, ale kiedy tylko robota była skończona mogliśmy zobaczyć śnieżną sierść Nienny.
Zastanawiało mnie, co takiego Alfa powie reszcie stada, kiedy wrócimy z nieznanym nikomu szczeniakiem.
<Nienna? Len?>

Od Gevieli Cd Len'a

Nagle tyle się wydarzyło. Mam wrażenie, jakbym zaledwie wczoraj toczyła z Lenem rozmowę na temat Lorana, którego nasza córka słyszała w głowie, jak stwierdziła. Wrażenie, że to dzisiejszego ranka byłam świadkiem nadania mentorów moim młodym. Byłam wtedy zdziwiona. Zdziwiona tym, jak szybko to wszystko się stało. Normalnie czekało by się jeszcze kilka pełni przed rozpoczęciem szkoleń uczniów. Alfa nie chciał jednak czekać.
Doskonale to pamiętam. Czułam dumę. Ojciec wybrał świetnych nauczycieli. Czułam, że sprawdzą się w tej roli. Len wziął z kolei pod swoją opiekę dwójkę szczeniąt: Nienne, którą przyjęłam jak swoją, oraz Hvit.
Dawne troski zdawały się wtedy odejść w niepamięć...
Szkoda, że nie na dłużej. Stąpałam niepewnie po zniszczonej glebie. Miejscami była spalona na węgiel, gdzieś indziej przegniła, to znów zbyt sucha lub kleista. Część drzew leżała bokiem, połamana i bez sił chyląc się ku ziemi. W powietrzu trwała duszna woń śmierci i rozpadu. Gdzie nie spojrzałam czułam jak przejmujące uczucie lęku i niedowierzania narasta.
Niedawno opuściłam schron, w którym pozostały ukryte młode plemienia. Pilnowane pod czujnym okiem jednej z wader. Dotąd nie natknęłam się na żadną żywą duszę. Zresztą i martwych nie widziałam, choć mijałam wiele plam rozlnej krwi. Soczysta niegdyś trawa była teraz zroszona świeżą posoką mojej rodziny. Plemienia, do którego należałam.
Przekłusowałam jeszcze kilka metrów, kiedy od strony drzew nadszedł dźwięk łamiącego się drewna. Jakaś sosna właśnie się wywróciła wzbijając w powietrze tumany kurzu i wywołując niewielką falę wody. Zaraz po tym nadszedł stłumiony syk. Wytężyłam wzrok. Zgarbiona sylwetka mężczyzny zatrzymała moje spojrzenie. Znałam go. Te krótko ścięte włosy o miodowych refleksach. Bystre oczy przytępione w tym momencie przez ból. Len...
Podbiegłam jak najszybciej, omijając przy tym wystające gałęzie i ostre głazy. Jego słabe spojrzenie znalazło moją posturę. Przemieniłam się w człowieka. Oczy Alfy rozszerzyły się nieco w zdziwieniu a spierzchnięte usta otworzyły.
— Geviela..?
Potaknęłam jedynie skinieniem głowy.
— Jak się czujesz? — spytałam niepewnie, taksując jego ciało swoimi oczami.
Zbliżyłam się jeszcze i chwyciłam za ramię mężczyzny widząc jak chwiejnie próbuje utrzymać się na nogach. Zamierzałam go podtrzymać jednak ten nagle stracił grunt pod nogami i upadł z cichym plaskiem na wilgotnej w tym miejscu ziemi. Pociągając mnie za sobą, co skwitowałam krótkim okrzykiem zaskoczenia.
— Nic nie rozumiem — zaczął bezsilnie. Skierował swoją twarz na mnie, ale zdawał się nieobecny — Nic mi nie jest. Tylko te zawroty głowy — Z jego ust wydobył się kolejny, tym razem bardziej przeciągły syk. A zaraz po nim kilka kolejnych słów, tym razem pozbawionych już dla mnie jakiegokolwiek sensu.
Zmarszczyłam brwi. Przyłożyłam wierzch dłoni do odsłoniętej klatki piersiowej mężczyzny. Był rozpalony. Z pewnością w gorączce i zaczynał majaczyć. Zmartwiło mnie to. Dodatkowo cały był poobijany i poraniony. Krew sączyła się z jego wargi a łuk brwiowy został przecięty i wypływała z niego wąską strużką posoka. Tuż pod obojczykiem znajdowała się głębsza dziura, zdecydowanie szarpnięta przez jakiegoś stwora. Poza tym cały pobrudzony był ziemią i lepką mazią. Nie tylko jego. Byłam tego świadoma.
Musiałam się tym zająć... No tak, woda! Uniosłam się delikatnie ponad mężczyznę i zerkając zza osłaniającego nas pieńka udało mi się dostrzec taflę ciemnego płynu w oddaleniu kilkuset metrów. Niezbyt daleko. Co było zarówno plusem jak i budziło niepokój. Powódź wciąż mogła pójść naprzód.
Wstałam na dwie nogi i zatapiając chwilowo dłoń we włosach Alfy odezwałam się do niego miękko:
— Zaraz będę z powrotem.
Kilka pierwszych metrów pokonałam szybkim marszem. Potem stres przejął nade mną kontrolę. Dotarłam nad brzeg zbiornika biegiem. Chwilę stałam tak przed nim rozglądając się nerwowo na boki. Szukając czegokolwiek, co powiedziałoby mi, co powinnam zrobić. Niczego takiego nie było.
Spojrzałam w dół. Bose stopy zanurzały się już w mule. Potem skierowałam wzrok na ręce odziane w bawełnianą bluzkę z rękawami trzy-czwarte. Chwyciłam jej spód osłaniając przy tym krótkie jeansowe spodenki. Przez krótką chwilę badałam materiał koszulki, aż w końcu stwierdziłam, że może się nadać. Chwyciłam za szew z boku ubrania i pociągnęłam mocno w górę. Rozprucie sięgało mi kilka centymetrów poniżej biustu. Rozrywając materiał dalej, tym razem w bok ściągałam go w dół by i reszta nie poszła przypadkiem tak wysoko. Ściskając już oderwany kawałek szmatki w dłoni zanurzyłam go w wodzie namaczając dokładnie a następnie biegiem wróciłam do miejsca, gdzie zostawiłam Alfę.
Leżał tam ciągle, głowę i plecy podpierając o konar jednego z drzew. Na czole wystąpiły mu kropelki potu. Gorączka musiała go trawić. Miałam jedynie nadzieję, że do żadnej z ran nie wdało się zakażenie.
Przyklękłam tuż przed nim i zaczęłam obmywanie od największych ran, kursując co jakiś czas do jeziora i z powrotem w celu wymycia zakrwawionej szmatki. Przecięcie pod obojczykiem, które wydawało się najgłębsze i najbardziej lała się z niego jucha prowizorycznie obandażowałam używając do tego również materiału z tyłu mojej bluzki. Później zajęłam się jeszcze resztą i ostudziłam nieco twarz Len'a. Dopiero nakładając mu zimny okład na czoło zauważyłam, że śpi. Musiał zasnąć teraz, w czasie, kiedy ja poszłam ostatni raz nad wodę.
Przez moment przyglądałam się zmęczonymi oczami spokojnej twarzy młodzieńca. Właściwie, nie miałam okazji robić tego nigdy wcześniej. Nachyliłam się nad nim i odkleiłam spocone pasmo włosów z jego czoła. Smutny uśmiech zaigrał na moich ustach. Nic mu przecież nie będzie. Udowodnił to wiele razy.
Oczy kleiły mi się coraz bardziej, więc ułożyłam się na ziemi tuż obok chłopaka. Próbowałam zasnąć jednak z tyłu głowy wciąż tłukły się moje myśli. Więc przysunęłam się jeszcze bliżej. Wtuliłam głowę w zdrowe ramię Alfy. Zapach, który tak dobrze znałam wypełnił moje nozdrza. Przyjemna woń jego ciała przeniosła mnie do snu.

<To ten... Leeen? Jesteś uratowany!>

Od Len'a Cd Gevieli

- Loran? - uniosłem jedną brew, zerkając na bawiące się beztrosko nieopodal szczeniaki. - Ehh, przecież on nie żyje. - opuściłem pysk, mimowolnie przypominając sobie chwilę, w której się o tym oboje dowiedzieliśmy. Martwe, chłodne ciałko czarnego malca chyba na długo pozostanie w naszej pamięci. Żył zaledwie kilka dni, a nawet nie potrafiliśmy stwierdzić co mu się stało. Agh, czasami naprawdę uważam że potrzebujemy medyka. Plemię cały czas rośnie, wystarczyłaby tylko jedna mała istotka, która zachorowałaby na zakaźną chorobę i nie miałby kto tego zatrzymać. Tyczy się to również innych plemion, przecież żadne nie posiada w swych szeregach uzdrowiciela. Może również dlatego bogini Fiorre nakazała zorganizować zebranie klanów? Nie mam pojęcia. - Na pewno za nim tęskni i coś sobie ubzdurała, albo wyobraziła. Jest szczeniakiem, ma bujną wyobraźnię. - Pokiwałem pyskiem na boki z westchnieniem, ponownie spoglądając na szarobiałą wilczyce przede mną.
- A co jeżeli jest jednak inaczej? - zapytała, spoglądając na mnie poważniej.
- Nie mam czasu zajmować się takimi błachostkami... przeżyje. Niedługo muszę wybrać dla nich mentorów, zobaczymy czy w czasie szkolenia również będzie miała takie problemy.
- Masz już jakieś propozycje? - postawiła uszy w lekkim zaciekawieniu. Chyba była trochę zdziwiona tym, że już myślę o ich szkoleniach. Przecież nie sięgnęły nawet kilku księżycy...
- Jeszcze nie... ale im prędzej tym lepiej. - stwierdziłem ponownie zerkając na głośną gromadkę skaczących kulek.

<Gev? Możesz przeskoczyć teraz czasem do mianowania i powiedzieć co sądzisz o wyborze Len'a xD>

Od Gevieli Cd Len'a

Byłam autentycznie szczęśliwa, że pomimo sceptycznego nastawienia mamy, wszystko zaczęło się układać. Len w skupieniu słuchał tłumaczonych przeze mnie zwrotów zawartych w księdze, podczas kiedy jedna z puchatych kulek tkwiła wczepiona w jego szyję. Przyjemne ciepło rozchodziło się po moim ciele. Z ogólnej radości. Bliskości basiora, piątki wspaniałych szczeniąt. Nic złego nie miało prawa się stać. Nie mogłabym pozwolić, żeby się popsuło.
W końcu przerwałam czytanie. Poznaliśmy opisy kilku kolejnych ras, w czasie, kiedy pora stawała się coraz późniejsza. Alfa odłożył śpiące szczenie przy moim boku, po czym pocałował czubek mojej głowy i oddalił się kładąc przy wejściu do jamy. Moje serce niebezpiecznie załomotało. Przez chwilę wpatrywałam się nieobecnym spojrzeniem w Len'a próbując przeanalizować jego zachowanie, w końcu jednak położyłam głowę na łapach i pogrążyłam się we śnie.
Obudziłam się po kilku godzinach. Czułam obejmujące mnie zimno. Wszystkie moje mięśnie były sztywne. Podniosłam niepewnie głowę rozglądając się po jaskini. Młody ojciec spał spokojnie u jej wylotu. Trójka młodych leżała skulona tuż przy moim brzuchu. Ich ciałka powolnie unosiły się i opadały w oddechach. Tylko Loran we śnie zbliżył się do moich przednich łap a tuż przy nim spała Hvit. Teraz leżał przy moim boku. Chwilę się im wszystkim przyglądałam. Czarny basiorek miał lekko uchylony pyszczek a ślepia mocno zaciśnięte we śnie.
Dopiero po chwili stwierdziłam, że dziwny, dotkliwy chłód pochodzi właśnie od Lorana. Jego jedyna siostra poruszyła się niespokojnie. Chwila, przecież... on się nawet nie rusza! Nie oddycha.
— Len... Len! — mój paniczny krzyk zbudził samca koczującego przy portalu.
Złoty wilk natychmiast znalazł się przy mnie. Obserwując mnie rozszerzonymi ze zdziwienia oczami spytał:
— Co się dzieje?
— Loran się nie rusza!
Panika w moim głosie obudziła Hvit a pozostałe szczenięta z wyjątkiem jednego, przekręciły się mrucząc niespokojnie. Czułam jak mój własny wzrok staje za mgłą. Mój umysł został jakby za ścianą. "Z oddali" widziałam, że Alfa też nie wie co powinien robić. Tylko... mała, złota waderka o białych łapach była spokojna. Wpatrywała się w ciało brata szeroko otwartymi ślepiami, jednak jej tęczówki były dziwnie puste.
***
Od śmierci Lorana minął może miesiąc. Nie wiem kto z naszej trójki - mnie, Len'a i Hvit - był najbardziej wyobcowany przez pierwszych kilka dni. Z pewnością moja jedyna córka zachowywała się przez czas oschle, była najcichsza i nie potrafiła znieść czyjegoś towarzystwa. Wszystko zdawało się ją irytować. Ja dla zdrowia pozostałych szczeniąt szybko musiałam wrócić dla dobrej kondycji, a Złoty jako przywódca nie mógł okazywać słabości. W dodatku tych samych dni Rin zdecydowała się odejść do Ognistych wilków.
W ciągu minionego czasu chyba wszystko zdążyło się unormować. Ja sama nie czułam już tej dziwnej pustki, zdołałam pogodzić się ze stratą dziecka. Ze stratą jednego dziecka. Wczoraj zniknął Liquido. Nie wiadomo gdzie poszedł. Szukałam go cały poprzedni dzień, tak daleko jak mogłam zapuścić się z miesięcznymi szczeniętami. Po odniesionej porażce powiedziałam o tym Len'owi.
A dzisiaj... do czasu spokojnie pilnowałam pozostałej mi trójki wilczków. Teraz pozostawiłam je pod opieką jednej z samic należących do plemienia.
— Len! — zawołałam już z daleka widząc błyszczącą sierść. Kiedy spotkałam się już z przeszywającym spojrzeniem szmaragdowych kryształów odezwałam się wreszcie. — Hvit... mówiła, że słyszy w swojej głowie czyjś głos. Przedstawił się jako Loran. — Powiedziałam biorąc głębokie wdechy.

<Len?>

Od Len'a Cd Gevieli

Zaraz za matką Zmiennej Runy wyszła również cała reszta. Widocznie stwierdzili, że lepiej jak zostawią nas samych. Przez jeszcze jakąś chwilę po tym nadal siedziałem, nie mogąc ruszyć się ze zdumienia. A więc to prawda. Istnieją rasy inne niż tylko trzy podstawowe, które znaliśmy. Kiedy wilczyca wspomniała o jakiejś innej Kitsune, z którą podobno dzieliłem tę samą rasę, zupełnie nie rozumiałem o co jej chodzi. Przecież nie muszę być taki sam jak ona... i ja nie wywodzę żadnej z nich w pole. Ahh te matki. Aż oczy zajażyły mi się na wspomnienie swojej, jednak z tych zamyśleń wyrwał mnie głos wadery.
- Len, podasz mi tą księgę o rasach, którą zabrałeś z biblioteki Ziemnych? - zapytała, spoglądając na mnie. Skinąłem na zgodę i bez słowa chwyciłem stary, rozpadający się przedmiot, po czym podałem go Gevieli. Wadera położyła sobie książkę na łapach, a obok jej boku kłębiły się maluchy, przepychające się pomiędzy sobą do mleka. Co chwilę któreś z nich popiskiwało, dlatego wziąłem jedno wędrujące na oślep koło łapy młodej matki i ułożyłem tuż przed sobą, tak by mogło się przytulić. Maluch od razu wplątał się w sierść na mojej szyi, którą zaczął miziać malutkim, czerwonym pyszczkiem. Usłyszałem przytłumiony łapą śmiech ze strony wadery, która już po chwili znalazła odpowiednią stronę. Wpatrzyłem się w widniejący na niej obrazek. Słowa były niezrozumiałe, jednak ona zaczęła je odczytywać:
- Kitsune to rasa utożsamiana z lisami, dosyć rzadka do spotkania. W przeszłości tępiona przez wilki innych ras, przez co omal nie wymarła. Kitsune w przeciwieństwie do swych wilczych pobratymców wieży i składa modlitwy do Lisiej Bogini. To jedna z najsilniejszych znanych ras. - zaczęła, czasami się zatrzymując. Lisiej Bogini? Wdałem się w zamyślenie, uświadamiając sobie jak wiele jeszcze o sobie nie wiem. Wadera zaczęła dalej czytać fragment, a później przeszła do rasy Ziemskiego Bóstwa. Oboje nie zdawaliśmy sobie sprawy o tym wszystkim. Oprócz tego wyjaśniło się dziwne zjawisko zaistniałe przez jej ,,ukrytą moc''. Postanowiliśmy przeczytać jeszcze informacje na temat kilku pozostałych spisów. W tym czasie zaczęło się ściemniać, a szczeniaki kolejno zasnęły.
Geviela w końcu zamknęła księgę, a ja chwyciłem delikatnie malca wczepionego w moje łapy i odłożyłem go wśród rodzeństwa. Ucałowałem waderę delikatnie w czoło.
- Przypilnuję, aby nikt nie przeszkadzał. - wyszeptałem tak, aby nie obudzić dzieci i ruszyłem ku wyjściu. Ułożyłem się jakiś kawałek od niego, po czym zamknąłem oczy.

~~~

- Len... Len! - nagłe wołanie gdzieś nad ranem momentalnie wyrwało mnie ze snu. Gdy tylko zdałem sobie sprawę że to Zmienna Runa próbuje mnie obudzić, zetwałem się na równe łapy i podbiegłem do niej w kilku krokach.
- Co się dzieje? - zapytałem widząc jej wstrząśniętą i przerażoną twarz.
- Loran się nie rusza!

Gev?

Od Gevieli Cd Len'a

Aphrodi, Liquido, Hvit, Loran i Walter... Są tacy śliczni. Patrząc na te drobne, bezbronne stworzenia nie potrafiłam powstrzymać mocnego bicia serca. Cieszyłam się, że Len zwrócił na nie uwagę, postanowił się zaangażować. Jako pierwszej imię nadał jedynej w miocie waderze. Z wszystkich szczeniąt najbardziej przypominała swojego tatę. Jedynie jej przednie łapy odznaczały się jasną sierścią, a pyszczek był ciemniejszy. Za to futro na jej grzbiecie niemal idealnie odwzorowywało to należące do Len'a czy Rin.
— To jego dzieci? — głos mamy dobiegł z kąta jaskini.
Alfa natychmiastowo postawił do góry uszy, a jego spojrzenie się zachmurzyło. Przez chwilę wpatrywał się gdzieś w przestrzeń, pochłonięty własnymi myślami. Rin, która również pozostała przy wejściu zwróciła uważny wzrok na Heather. Skinęłam głową na potwierdzenie. W końcu było to jasne, a nawet jeśli nie, prędzej czy później by się dowiedziała.
Ugh... Za niedługo inne plemiona pewnie dowiedzą się też o narodzinach tych szczeniąt... Każdy ma w końcu własnych szpiegów. Przy tym wiadomo, że szczenięta to zawsze najsłabszy punkt watahy, więc należy zacząć uważać bardziej niż wcześniej.
— Nie sądziłam, że moja córka tak szybko znajdzie sobie partnera. Moja i Devona. — Sama nie wiem czemu ale na jej słowa poczułam przypływ wstydu i aż do następnych słów opuściłam wzrok na posłanie. — W dodatku Kitsune. — szorstki sposób jej wypowiedzi dobitnie dawał do zrozumienia, że nie jest szczęśliwa. Z tego wszystkiego.
— K-Kitsune?
Spojrzałam na nią zakoczona, po czym zerknęłam na Len'a. Że on jest Kitsune? Przypomniała mi się księga z rasami i opis tej jednej, której nie zdążyłam doczytać do końca.
— W drodze do tej watahy spotkałyśmy właśnie jedną 'lisicę', pamiętasz? Złośliwa istota.
Tak, przypomniałam sobie. Pomarańczowa samica o wydłużonym pysku wykrzywionym w szyderczym uśmiechu i puszystym ogonie. Chciała nas wywieść w pole, ale Mel w porę się zorientowała.
— Pamiętam. — szepnęłam cicho. — Ale nawet jeśli, nie przeszkadza mi to. — Powiedziałam uparcie.
Pozostałe wilki przyglądały się rozmowie w ciszy, a szczeniaki zajmowały się sobą. Przypuszczam, że Len nie mógł nawet znaleźć dla siebie miejsca w tej konwersacji.
— Skoro tak... Uważajcie na siebie. I na szczeniaki. Są bardzo osłabione.
Wadera odeszła w stronę wyjścia, gdzie Rin stwierdziła, że ją odprowadzi. Zostałam sama z młodymi i Złotym. Nie odzywał się przez cały ten czas. Zastanawiałam się, czy on był świadomy swojej rasy, czy też nie wiedział o niej tak jak ja o swojej. Postanowiłam przerwać zapadłą cieszę rozpraszaną jedynie cichym popiskiwaniem szczeniąt.
— Len, podasz mi tą księgę o rasach, którą zabrałeś z biblioteki Ziemnych? — spytałam.
Sama chciałam do niej zajrzeć, a może i Alfa chciałby o tym posłuchać. Warto zacząć od Kitsune.

<Len?>

Od Len'a Cd Gevieli

Wilczyca wymieniła imię mojego pierworodnego. Wszystkie z nich były malutkie, miały takie duże główki, odstające małe uszka całkowicie nie pasujące do reszty. Piszczały i jęczały przepychając się pomiędzy sobą do mleka matki. Wyglądało to przezabawnie, jednak nie potrafiłem zebrać się na uśmiech. Moje odczucia mieszały się, nie wiedząc na co mam sobie pozwolić.
- Hvit... - wymówiłem spoglądając na podobną do mnie waderkę miziającą małą łapą futro wilczycy. - I Liquido. - mój wzrok przeniósł się na ciemniejszego basiorka. Nie miałem pomysłu jedynie na dwa ostatnie, jednego białego, a drugiego czarnego - najmniejszego. Ten drugi wyglądał słabo, chwiał się na łapach próbując wcisnąć pomiędzy rodzeństwo, jednak każda jego próba kończyła się porażką.
- Co powiesz na Walter i Loran? - samica mówiąc to popchnęła nosem ciemnego, chcąc pomóc mu dojść do mleka.
Skinąłem, zgadzając się z nią. Nawet nie zwróciłem uwagi na to, że jej matka cały czas się w nas wpatruje.
- To jego dzieci? - zapytała z nutą niezadowolenia w głosie, jednocześnie trochę się do nas zbliżając. Geviela przytaknęła, zerkając na nią. Zapanowała chwila ciszy. Wiedziałem już że starsza zapewne będzie chciała podzielić się z nami swoją opinią, ale to nie jej sprawa. Postawiłem uszy z miną irytacji. Chętnie bym teraz usłyszał, że wychodzi.

Gev?

Od Gevieli Cd Len'a

Czas mijał nieubłaganie. Leżałam skulona na posłaniu swojej jaskini, nawet mając świadomość, że może stanowić to zagrożenie dla młodych. Próbowałam w jakikolwiek sposób odwrócić własną uwagę od bólu. Rin, która przyszła do mnie niedługo po wyjściu Len'a też starała się cokolwiek zrobić, choć łatwo było wyczytać z jej pyska, że czuje się zagubiona w tej sytuacji.
Ponownie zagryzłam zębami twardy kołek, przyciągając mózg do tego zajęcia. Zaniepokojone spojrzenie wadery wędrowało ciągle ode mnie, aż po wyjście z jaskini, tak daleko jak tylko mogła sięgnąć wzrokiem. Obie byłyśmy świadome, że coś było nie w porządku. Normalne porody nie przebiegają w taki sposób, prawda?
Myślałam, że zaraz zeświruję od tych skurczy. W moim brzuchu odbywała się istna burza z piorunami. Kolejny jęk wydobył się z mojego pyska akurat w momencie, kiedy do groty biegiem wpadła dwójka czworonożnych. Szaro-brązowa wadera oraz basior o złotym futrze. Samica nie wyglądała bynajmniej na rozradowaną (Alfa oczywiście też) na jej pysku mieszały się ze sobą zmęczenie, lęk oraz złość. Jej wzrok błyskawicznie przesunął się po Rin i nie zwracając na nią większej uwagi zatrzymał się na mojej zbolałej minie.
— Wyjdźcie. — rzuciła lekko drżącym, a pomimo tego suchym głosem, do pozostałych w jaskini wilków.
— Słucham? Nie ma takiej opcji..! — zaczął Len. Obrzuciłam go krótkim, nieco zamglonym spojrzeniem. Jego siostra również na niego patrzyła.
Poczułam kolejny skurcz. Nie zniosę tego dłużej. Chcę, żeby to był już koniec!
— Len, wyjdź — zwróciłam się do niego na tyle spokojnym głosem, ile byłam w stanie.
— Ale...
— Wyjdź! — wydarłam się czując jak kolejny spazm bólu przenika moje ciało.
Dopiero po sekundzie uzmysłowiłam sobie, że użyłam na nim TEJ mocy. Dodatkowo upewniło mnie w tym zaskoczone spojrzenie, którym mnie obdarzył, zanim odwrócił się w stronę wyjścia i sztywnym krokiem opuścił jaskinię razem z drugą Alfą.
Sporo teraz Mel się do mnie zbliżyła. Na pewno chciała wiedzieć jak...
— Nie byłam przy tobie kilka miesięcy i co się dzieje? — mruknęła zdenerwowana.
— Zaczęłam żyć inaczej. — Syknęłam w jej stronę.
— To widać... — jej odpowiedź była martwa niczym jakaś ludzka krypta. Zmróżyłam ślepia rozumiejąc co miała przez to na myśli.
Nie odezwałam się już w tym temacie, a matka zaczęła sprawdzać mój brzuch i pytać o różne, związane z porodem rzeczy. Nacisk na brzuch zdołał nieco zelżeć. Z pomocą Heather wydałam na świat piątkę szczeniąt. Każde było niewielkie, jednak ostatnie wydawało się najdrobniejsze. Ciemny, prawie czarny wilk ciężko oddychał i co chwilę drgał. Tak samo było z małą, złotą waderą, która urodziła się kilka minut przed nim. Matka doprowadziła ich stan do normy. Nie wiem nawet w jaki sposób, bo byłam tak fizycznie wyczerpana, że nie potrafiłam zwrócić na to większej uwagi.
Mel poinformowała Len'a oraz Rin, że już po wszystkim. Złota samica zatrzymała się u wejścia, za to basior zbliżył się niemal na odległość metra i stanął jak wryty, przyglądając się wyszczerzonymi ślepiami naszym dzieciom. Wyobraźnia sama podsunęła mi dodatkowo obraz jego rozszerzonej paszczy. Zmęczony uśmiech zagościł na moich wargach, kiedy zobaczyłam jego reakcję.
Moja mama przyglądała się naszej dwójce ponurym wzrokiem. Musiała już wiedzieć, kto jest ojcem. Ciężko było mi ocenić jak bardzo niezadowolona jest. Potem pewnie zrobi naszej dwójce aferę z powodu tego wszystkiego.
— To twój pierworodny. Aphrodi. — Wskazałam nosem na uroczego basiorka o jasnym umaszczeniu. — Jak chcesz nazwać resztę?
Patrzyłam na niego z ciepłym wyrazem. Cieszyłam się, że wszystko poszło dobrze. I naprawdę... cieszyłam się, że to właśnie Len stał się ojcem moich dzieci. Damy sobie radę.

<Lenuś? ^^ >

Od Len'a Cd Gevieli

Czarna postać na dnie znanego mi jeziorka. Widoczne były jedynie brzegi i szara woda, całą resztę zakrywała gęsta mgła. Postać wpatrywała się we mnie swoimi przekrwionymi oczami, czerwona ciecz mieszała się czasami z wodą, mętniejąc ją nieaturalnym kolorem. Dlaczego krwawi? Czy kiedyś przestanie?
Nagle szybkim ruchem wskoczyłem prosto w zimne wody, natchoniony jakąś dziwną siłą. Poczułem jak ciecz okala mnie dookoła, ochładzając ciepło organizmu i utrudniając przedzieranie się ku celu. Wilk nie ruszał się z miejsca. Po prostu wpatrywał się we mnie tym pustym spojrzeniem.
Nie czułem że muszę wstrzymywać oddech. Już po chwili byłem naprzeciw postaci, a moje łapy sięgnęły dna. Poczułem jak z moich warg ulatnia się stożka krwi. Wilk okazał się całkiem sporych rozmiarów, miał wiele blizn pod szarym futrem, jednak nie czułem się od niego słabszy. Teraz stałem oko w oko z wcześniejszym wrogiem. Zupełnie jakbym zapomniał co to strach.
- Leonard zabija. - wysyczał jedynie przez powykrzywiane i zniekształcone zęby, po czym zadał mi cios prosto w twarz, wyrzucając ze snu.

~*~

Naszło mnie przyjemne ciepło. Poczułem miły, znajomy zapach gdzieś blisko. Otworzyłem powoli zielone ślepa i podniosłem pysk z białej, uklepanej powierzchni. Ujrzałem szarą waderę, okalającą mnie ogonem i przytulającą własnym ciałem. Ze zdziwienia nie odrywałem od niej wzroku przez dłuższą chwilę. Wyglądała tak spokojnie...
- Leonard zabija. - wymamrotała cicho, jakby przez sen, z lekkim niepokojem w głosie. Postawiłem uszy w jeszcze większym zdziwieniu i odruchowo zmierzyłem spojrzeniem otaczający nas las.
- Co? - mruknąłem marszcząc nieznacznie brwi. Ponownie spuściłem nań wzrok. - Leonarda już dawno nie ma... - szepnąłem, jakby chcąc wprowadzić słowa do snu wadery. Ulożyłem pysk na poprzednim miejscu i zamknąłem oczy. Było mi tak miło... ciepło. Nie miałem ochoty się w tej chwili ruszać. Poruszyłem ogonem i zawinąłem jego końcówkę na brzuch wilczycy. Westchnąłem i zasnąłem ponownie. W tej chwili towarzyszyła nam tylko cisza lasu.

~*~

- C-co...? - wyjąkałem stojąc w osłupieniu przed Gevielą. Samica miała ból na pysku, jęczała głośno i przeciągle co jakiś czas. Trwało to już jakąś część nocy.
- Coś jest nie tak! - wysyczała po raz drugi przez zęby, a mięśnie jej brzucha spięły się ponownie, wywołując grymas na twarzy młodej matki. Jej słowa dotarło do mnie, jednak zupełnie nie wiedziałem co mam robić. Przecież nie mamy medyka... znam się na podstawowej medycynie, ale na pewno nie na porodach... co teraz? - Idź po moją matkę! - jęknęła pomiędzy niespokojnymi oddechami, jakby czytając mi w myślach. Bez chwili zastanowienia wybiegłem z jaskini jak najszybciej potrafiłem. Sam nie miałem lepszego planu, ba! Nawet nie miałem czasu go uknuć!
Zanurzyłem się w ciemnym tunelu, czując jak nieznaczne w tej chwili zimno nocy znika. Nawet nie obejrzałem się kiedy byłem już na drugim końcu, potykając się przy wyjściu. Ruszyłem za zapachem poszukiwanej wilczycy, nawet nie przejęty tym, że mogę natrafić na kogoś innego. Poszukiwania były trudniejsze niż myślałem. Zapach mieszał się co chwila z wonią plemienia, a pod sobą słyszałem zgrzytanie iskżącego się w świetle księżyca śniegu.
Niespodziewanie tuż przede mną wyskoczyła znajoma mi sylwetka. Zachamowałem tuż przed nią, ledwo powstrzymując zderzenie się.
- Co ty tu robisz?! - stanowcze warknięcie słyszanego już wcześniej głosu przyprawiło mnie o chwilę ulgi. Odetchnąłem, odpowiadając pospiesznie.
- Geviela... rodzi... - co chwilę łykałem susy powietrza. - Coś... jest nie tak... - wydyszałem jedno po drugim, upewniony już chwilę temu o tożsamości osoby przede mną. To była ona. Musiała mi pomóc. Pomóc swojej córce.

Gevi? ^^

Od Gevieli Cd Len'a

Poczułam ulgę, kiedy złoty basior opuścił moją jaskinię. Miałam dość. A zaledwie chwilę później uderzyły mnie wyrzuty sumienia. Może reagowałam zbyt mocno. Pytanie, czy rzeczywiście myślałam tak, jak się do niego zwracałam. Chyba tak. Był naprawdę silny i sprytny, z łatwością przychodziło mu zjednywanie sobie sojuszników, ale... myślał przy tym, że każda z tych rzeczy mu się należała. Może i nie szedł po najmniejszej linii oporu i jego zaangażowanie w dążeniu do celu było ogromne, a czasem myślałam nawet, że zbyt duże, to nie byłam pewna, czy basior kierował się ze swoimi planami w odpowiednim kierunku. Wiem, że sama nie miałabym zbyt dużej szansy, na odpowiednie wychowanie dzieci, mimo to ciągle towarzyszyły mi pewne wątpliwości. Len utrzymuje się na swojej pozycji, ale czy umiałby odnaleźć się też w roli ojca? Powinnam dać mu spróbować... Dać szansę nam wszystkim. Mi, Alfie i naszym szczeniakom.
Minął już jakiś czas, od kiedy basior opuścił moją jaskinię. Byłam wykończona zarówno pod względem fizycznym jak i psychicznym. Przed snem potrzebowałam jednak odetchnąć świeżym powietrzem. Inaczej nie potrafiłabym w spokoju oddać się sennemu odosobnieniu. Powolnie stawiałam łapy na białym puchu, robiąc niewielkie kółko wokół groty. Już zbliżałam się na powrót do wejścia, kiedy pod jednym z drzew dostrzegłam znajomą sylwetkę. Zbliżyłam się, jednak będąc w odległości kilku niewielkich metrów przystanęłam. Przechyliłam pysk na bok. Klatka piersiowa Złotego unosiła się w spokojnym, równomiernym oddechu. Coś ukuło mnie w sercu. Spojrzałam za siebie na grotę, po czym znów przeniosłam wzrok na Alfę. Nagle zaczął niespokojnie się trząść. Nie, nie z lęku. Raczej z zimna. Mi ta temperatura nie przeszkadzała, on był ognistym wilkiem...
Pokonałam pozostałe kilka metrów i ułożyłam się na śniegu, przylegając ciałem do basiora. Zawinęłam biały ogon na naszą dwójkę. Nie chciałam żeby cierpiał z zimna dlatego, że nie wrócił do własnej jaskini a ciągle tu sterczał. Powinnam go przyjąć z jego pomocą. Chciałam tego.
Z tą myślą usnęłam, objęta przez chłodną sierść wilka, starając się ogrzać go własną. Nie jestem pewna czy coś mi się śniło, ale z pewnością, w mojej głowie pojawił się obraz ostatniego koszmaru. Słowa jakiegoś nieznajomego układały się w "Leonard zabija" i powtarzały ciągle i ciągle od nowa, w moich myślach.

<Len? A gdyby tak ona nie chciała zbytnio używać tej zdolności, bez żadnego uzasadnienia? X'D >

Od Len'a Cd Gevieli

Z trudem wysłuchałem jej gorzkich żali na mój temat, powstrzymując się od jakiejkolwiek innej odpowiedzi, która mogłaby wydawać się samolubna. Przecież zgodziłem się jej w tym pomóc więc w czym jest nadal problem? Zupełnie nie rozumiem logoki wader... A te w ciąży, to tym bardziej się zmieniają nie do poznania.
Naprawdę żałowałem że nie wyrzuciła mnie w tej chwili, o wiele trudniej było mi spełnić jej prośbę i samemu sobie pójść.  Ja zachowuję się jak rozpieszczone młode... gdybym tylko miał jeszcze rodzicieli, którzy by o to dbali. Beth starała się jak mogła... kłamała, a później nagle stała się prawdomówna, kiedy chodziło o życie jej własnej córki. Zdradziła nas, a później myślała, że wszystko złagodzi płaczem. Nigdy jej tego nie wybaczę... Moje dzieci nie przeżyją tego co ja.
Wyszedłem powolnym krokiem bez słowa z jaskini Gevieli, jednak tak jak jej powiedziałem, nie mam zamiaru zostawiać jej samej, cokolwiek to znaczy. Przynajmniej do czasu, kiedy będzie mnie potrzebować. Ułożyłem się na śniegu, pod drzewem jakiś kawałek dalej, z widokiem na jej wejście. Położyłem pysk na łapach z zamiarem ,,stróżowania'' jednak zaraz kiedy zaczęło się ściemniać, zrobiło się chłodniej. Zwinąłem się w kłębek i nawet nie zauważyłem, kiedy powieki stały się ciężkie, a mnie ogarnął sen. Przecież i tak nigdzie nie wychodziła... a nikogo nie było w pobliżu.

Gev? Wiesz, zawsze możesz spróbować udomowić tego nieokiełznanego ,,liska'' x'D

Od Gevieli Cd Len'a

Nie miałam pojęcia czego spodziewać się po wizycie Alfy, kiedy zaledwie kilka godzin temu użyłam na nim tej dziwnej... mocy. Nie wierzę, przez cały czas myślałam, że Mel Silvestrea jest najzwyklejszym wilkiem żywiołów. Tata był demonem, to prawda, ale moi wujkowie, dziadkowie i ogólnie, cała rodzina od strony matki to normalne wilki posiadające wiele pomniejszych darów. Jakim cudem posiadam więc rasę Wilczego Boga!? Może istnieje jeszcze inny sposób, o którym nie wiedzieli autorzy księgi? W przeciwnym razie, coś jest mocno nie w porządku.
Ogarnęło mnie wzburzenie, kiedy samiec zaczął mówić o szczeniętach. Sposób w jaki to robił..! Mimo żądania, nie byłam w stanie zatrzymać grubych łez wypływających spod gromadzących wodę powiek. Jak on śmiał!?
— Len, to ty zachowujesz się żałośnie. Jak rozpieszczone młode, któremu wszystko musi pójść tak, jak tylko chce! — warknęłam na niego w gniewie. — Zostałem w to wplątany!? — powtórzyłam z jadem jego słowa. Nie miałam ochoty już nawet tego komentować. Uspokoiłam nieco nerwy i odezwałam się już ciszej. — Nie chcę zostać z tym sama, ale oboje nie jesteśmy na to chyba gotowi. Proszę, wyjdź stąd... Alfo.

<Len? Pogubiłam się ze swoimi myślami >…< >

Od Len'a Cd Gevieli

Tak się złożyło, że akurat kiedy wpadłem w odwiedziny i stanąłem u wejściu jaskini ,,matki (moich) dzieci'', usłyszałem niemalże cały czytany przez nią fragment. Chyba znalazłem się tutaj w doskonałym momencie, gdyż niestety sam nie potrafię tłumaczyć run, a teraz nie muszę się już z tym trudzić.
- Nie wiedziałem, że potrafisz tłumaczyć runy. - stwierdziłem dosyć obojętnie, patrząc na zaskoczoną waderę, zaraz kiedy zauważyła moją obecność. - I nie wiedziałem, że Twoja matka była przeciwieństwem ojca. - mimowolnie podniosłem ton głosu, uświadamiając sobie, że wilczyca być może przez cały czas miała świadomość co stanie się po tym pocałunku. Poczułem się ciutkę wykorzystany, co zapewne nie mogło umknąć waderze w moim spojrzeniu.
- Nie zdawałam sobie sprawy z tego kim jestem! - wargi Szarej zadrgały, a oczy cały czas wpatrywały się w moje. Pokiwałem głową obojętnie i zerwałem to połączenie wzrokowe, spuszczając pysk w dół. - Ty też ukrywasz przede mną mnóstwo rzeczy! - jej reakcja na ten ruch była natychmiastowa. Wydawała się teraz pewniejsza siebie, zdenerwowana.
- Nie zaprzeczę twoim słowom, ale to nie ty zostałaś w tej chwili oszukana. To przez te bachory, prawda? - zmarszczyłem brwi, pytając wrednie. Geviela od razu postawiła szybki krok w moją stronę.
- Posłuchaj, to nie ty nosisz w brzuchu te szczeniaki tylko ja. Myślałam że skoro jesteś takim wszechmogącym Alfą nad Alfami to mogę ci zaufać, ale jednak się myliłam! I to ja tutaj zostałam wykorzystana, bo gdyby nie ty, nie byłoby tego wszystkiego! I wiesz co? Jak chcesz to sobie leć podbijać świat sam i na mnie więcej nie licz. Wychowam te szczeniaki sama, zdala od ciebie! - niemal wykrzyczała ostatnie zdania w moim kierunku. Była wściekła, a pomimo tego w jej oczach zauważyłem błysk napływających łez. Czy ona... płacze? Zacząłem wpatrywać się w nią jak sroka w kość. Więc to jednak moja wina? Ten stan? To wstrząśnięcie waderą noszącą w sobie nowe pokolenie? Właściwie... przecież w tych maluchach może być taka sama krew i siła co we mnie. Może nie będą takie złe? W końcu... będą moje.
- Nie rycz. - wypowiedziałem jednym tchem. - ostatnią osobą, którą widziałem w takim stanie była moja matka. Nienawidzę płaczu...jest żałosny i pokazuje tylko jacy jesteśmy słabi. Po za tym skoro zostałem już w to wplątany, nie zostawię cię samej. - warknąłem układając zdanie tak, by nie zabrzmiało dziwnie dla samego mnie. Być może to moja wina i uświadamiam sobie to dopiero teraz, ale nie pokażę przed nikim żadnej słabości. Zgoda, to ja ją w to wplątałem. Będę od teraz przykładnym przywódcą jak chciała moja siostra, a przynajmniej spróbuję takiego udać. Przykładnym... to za mało. Stanę się przez to Bogiem dla innych wilków. Nie będę tylko Alfą swojego Plemienia, ale Alfą Alf. I wyszkolę te... dzieci tak, aby były lepsze ode mnie. Nie będę tolerował żadnych słabości...

Geevi? ^^

Od Gevieli Cd Len'a

Nie jestem pewna, co skłoniło mnie do pocałowania Alfy. Jakby widząc go w takim żałosnym stanie, pokierował mną impuls i dziwna fala pożądania. Być może przebywana ciąża wzmacniała wszelkie moje nastroje i zachcianki.
Nie mam pojęcia, o co mogło chodzić Złotemu, kiedy warknął na mnie, twierdząc, że używam na nim mocy. Nic przecież nie zrobiłam! Kiedy niby miałam okazję i co właściwie się stało? Nie dowiedziałam się tego, bo basior nagle złapał mnie na swój grzbiet i przez jakiś czas, mimo moich oporów niósł w ten sposób. W końcu opuścił na kamień mojej jaskini i zostawiając drobnego gryzonia opuścił grotę. Co on odwala!?
Zaraz gwałtownie się poderwałam. Nie mam pojęcia, co dzieje się z tym wilkiem. Byłam tym zdezorientowana. Chwilę trwałam jeszcze w oszołomieniu, po czym truchtem opuściłam leże. Nie miałam zbytniej szansy dogonić samca, ale może przybędę za nim na miejsce nie wiele później. Jakie było moje zdziwienie, kiedy przy jaskini Alf byłam świadkiem sprzeczającej się pary. Nie mam pojęcia czego dotyczyła kłótnia. Rin oddalała się wyciągniętym, agresywnym krokiem, a zaraz za nią wyskoczył bluzgający Len.
Z ciekawością zerknęłam do opuszczonej teraz groty, z której kilka sekund temu dochodził odgłos ogólnego zniszczenia. Otworzyłam szeroko ślepia. Złoty musiał się wyjątkowo wściec. Skóry z posłania potargane, rozproszone zostały po całym pomieszczeniu. Najróżniejsze woluminy leżały rozrzucone. Mój wzrok padł na jeden otwarty tom, z którego wysypała się część kartek. Niepewnie rozejrzałam się po otoczeniu. Na widoku brak jakiegokolwiek wilka. Ostrożnym krokiem przekroczyłam granicę oddzielającą ciemną jamę od świata zewnętrznego. Księga nie była najmłodsza, pożółkła faktura stron była szorstka. Jednak to, co wewnątrz, natychmiastowo przykuło moją uwagę. Runy. Strony zostały zapisane w alfabecie runicznym. W oczy rzuciło mi się od razu kilka słów: Bogini, pocałunek, więź i chowaniec. Dopiero potem spojrzałam na nagłówek. Co to za książka!? Zamknęłam ją i przyjrzałam się wypalonym w skórze znakom: "Wszelkie rasy magiczne i niemagiczne". Byłam zaintrygowana. Dosłownie moment poświęciłam na chwilę refleksji, czy to, co chcę zrobić jest prawidłowe. A potem zdecydowałam bez względu na konsekwencje. Wzięłam wolumin ze sobą i wyniosłam do własnej jaskini. Nie powinni zauważyć braku jednego tomu, prawda? Z resztą, przecież i tak za niedługo go oddam. Przetłumaczenie run może mi trochę zająć, ale poradzę sobie.

~*~

Odnalazłam tą samą stronę, która otwarta była w jaskini Alf. Byłam tak zaciekawiona tym fragmentem, że nie potrafiłam zmusić się do czekania, aż przeczytam niemal połowę księgi nim dotrę do tego tematu. Zaczęłam czytać.
,,Wilczy Bóg
Rasa tego magicznego wilka pochodzi ze związku Wilczego Anioła oraz Demona. Podaje się, że pierwsi przedstawiciele tego podgatunku zostali zesłani przez same Bóstwa (...)"
,,(...) W pocałunku tego wilka zawarta jest potężna magia. Jeśli przedstawiciel gatunku pocałuje każdego innego wilka niż Żywiołu, Anioła czy Demona, stworzy specyficzną więź, która nie pozwala "wybrańcowi" na sprzeciw wobec rozkazów Wilczego Boga. Kiedy chowaniec, jak nazywa się pocałowanego wilka, będzie próbował opierać się stanowczym żądaniom swojego opiekuna, poczuje drętwienie własnych mięśni, co nie ustąpi aż do podporządkowania (...)"
Zaczęłam jeszcze czytać opis rasy Kitsune, który znajdował się tuż obok, kiedy zauważyłam, jak od wejścia do mojej groty ktoś zasłania sporą część światła. Przez chwilę leżałam jak sparaliżowana, by finalnie odwrócić pysk w stronę przybysza.
- Len!? - nerwowo podniosłam się na cztery łapy. Dopiero teraz też sobie uświadomiłam, że przez cały ten czas, mamrotałam pod nosem czytane fragmenty. Jak długo Alfa tu był?

<Len?>

Od Len'a Cd Gevieli

Po powrocie z terenów innych plemion nadal nie miałem ochoty z nikim rozmawiać. Siedziałem już chyba którąś godzinę przy tym strumyku, chociaż strasznie dłużył mi się czas. Wpatrywałem się w jego wody, ciemny, głęboki środek, w którym chyba znowu dojrzałem dziwne, krwiste oczy. Nie miałem jednak chęci i ochoty zrywać tego połączenia wzrokowego, w końcu tylko... to coś tam było, nic więcej.
- Len? - usłyszałem obok siebie i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z czyjejś obecności. Zamrugałem w zaskoczeniu i kątem oka zerknąłem na siedzącą postać. Od razu kiedy ją rozpoznałem, wszytko się przypomniało. Nie zwróciłem nawet uwagi na dystans który zachowała pomiędzy nami. Podczas gdy nic nie mówiła, ani nie rozpoczynała żadnego tematu, powróciłem do wpatrywania się w głębię strumyka.
- Len. - powtórzyła i nagle zbliżyła swoją twarz. Odwróciłem się w jej stronę, zupełnie nie wiedząc, czego mam się spodziewać. I już po chwili trwaliśmy w pocałunku, którego nie potrafiłem zrozumieć. Przecież... jeżeli dobrze ją znam, nie zrobiłaby tego sama, z dobrej woli i to w takiej chwili.
Oderwałem od siebie wilczycę i szybko się odsunąłem, jednocześnie ruszając w przeciwnym kierunku, zdala od niej, bez słowa.
- Stój! - warknęła stanowczo, a moje mięśnie momentalnie stwardniały. Poczułem w nich delikatne mrowienie. Nie potrafiłem się ruszyć, pomimo tego, iż moja wola była inna. Co to ma być?! - Zamieszasz teraz przede mną ciągle uciekać?! To nie tylko moja wina, masz mi w tym pomóc! - kontynuowała. Pod wpływem jej rozkazu uderzyła we mnie kolejna dziwna fala. Dopiero po chwili potrafiłem się ogarnąć i odwrócić.
- Co to miało być?! To teraz dochodzi do tego, że czarów na mnie używać będziesz?! - zapytałem od razu, jeżąc sierść. Nie chciałem jej atakować, jednak czułem że nawet gdybym miał taki zamiar, coś nie pozwoliłoby mi tego zrobić. I nie jest to sumienie.
- Że niby co?! O co ci w ogóle chodzi?! - w jej głosie wyraźna była irytacja. Miałem wrażenie, że właśnie myśli o mnie jak o wariacie. Pokręciłem pyskiem na boki i sprawnym ruchem pochwyciłem ją na swój grzbiet. - Tobie chyba naprawdę się coś pokręciło w głowie, co ty wyprawiasz?! - zaczęła się szamotać, przez co przystanąłem, nie pozwalając jej spaść.
- Uhh, zamknij się i przestań wiercić, bo skończysz w stawie! - odburknąłem, strzepując końcówką ogona ze złości. Zaniosłem ją do jej jaskini, po drodze nawijając na pazury jakąś mysz. Zostawiłem jej malutką zdobycz i zbliżyłem się ku wyjściu.
- No, am, am i spać. - zanim zdążyła cokolwiek znowu powiedzieć, już hasałem prosto do własnej kryjówki.
Jak się okazało, czekała tam na mnie Rin z kolejną pogadanką. I jak zwykle zostawiła mnie samego w nieopanowanej furii. Nienawidzę kiedy to robi, a później sobie gdzieś odchodzi.
- K**wa, Rin! - ryknąłem za nią, jednak tej to nic nie zatrzyma. Chwyciłem i tak już porozwalane książki i cisnąłem jedną z nich prosto w kamienną ścianę. Wypadło z niej parę stron, otworzyła się na jakimś tłumaczeniu. Chyba to była ta wyciągnięta z biblioteki, podczas pobytu na terenach Plemienia Ziemi. Ruszyłem wściekły w stronę wyjścia, nawet nie zwracając uwagi na Gevielę stojącą po drodze. Może jeszcze połączą siły i razem do mnie przyjdą?!
Ruszyłem w stronę lasu.

Gev? To ten moment x'D

Od Gevieli Cd Len'a

Mogłam... Mogłam spodziewać się takiej reakcji. Sama nie potrafiłam uwierzyć w to, co się dzieje, choć pod pewnymi względami, dla mnie było to prostsze. Uwierzyć w to, nie pogodzić się z losem. Spędziliśmy razem jedynie jedną noc, a choć towarzyszyło mi jakieś dziwne uczucie w towarzystwie basiora, dla każdego z nas miał to być prawdopodobnie pierwszy i ostatni wspólny 'raz'. Tylko, że te objawy teraz wszystko zmieniają. Może i nie liczyłam na to, że przyjmie mnie od razu jako swoją waderę, czy coś, ale miałam nadzieję, na otrzymanie z jego strony jakiegokolwiek wsparcia. W końcu, to nie tylko po mojej stronie leży wina, tego, do czego doszło!
Z mojego gardła wydobył się ostry warkot, kiedy krzyknęłam za Alfą. Nie miałam zamiaru od tak tego zostawić. Nie. Zwyczajnie nie. Nagłe uczucie gniewu umknęło na widok złotej wadery, za którą Len zniknął we własnej jaskini. Powstrzymałam suche prychnięcie na myśl o zachowaniu basiora. Nie mam pojęcia o czym właściwie myślał. Z jednej strony udzielił zdecydowanej odpowiedzi, ale... może jak oswoi się z tą myślą będzie lepiej. Nasze relacje wcześniej zaczęły się polepszać, a teraz, na nowo mogliśmy przyjąć chłodny dystans.
Spojrzałam na samicę stojącą przy wejściu do groty. Chwilę patrzyła za basiorem, po czym swój zdziwiony wzrok przeniosła na mnie. Nie wiedziałam co teraz powinnam zrobić. Głupio czułam się stojąc tak w miejscu, dlatego zrobiłam niepewny krok w tył, mając w celu usunąć się z planu.
— Geviela, poczekaj. — odezwała się podchodząc do mnie prędko. Jej głos był spokojny, przyjazny. — Jak się czujesz? Ostatnio nie widujemy cię w najlepszej kondycji.
Egkh... Odwróciłam spojrzenie. W końcu wróciłam je znów na waderę. Jest drugą Alfą i siostrą Złotego. Z obu powodów powinna chyba wiedzieć, co jest na rzeczy. Ukrywanie tego dalej i tak mogłoby przynieść nieprzyjemne konsekwencje. W końcu całe plemię też się kiedyś dowie. Otworzyłam pysk zaczynając mówić do samicy.

~*~

Minęło kilka dni. W tym czasie, moje samopoczucie zdążyło się nieco poprawić, choć cudów i tak nie oczekiwałam. Przynajmniej na ten moment było znośnie. Kilka razy, od ostatniego czasu czułam też kopanie w brzuchu. Dzieci nie były jeszcze zbyt silne.
Przywódcy plemienia nie widziałam ani razu od kiedy powiedziałam mu o ciąży. Nie, żeby mi samej jakoś spieszyło się do konfrontacji z nim. Miałam wrażenie, że kompletnie sama zostanę z opieką i wychowaniem tych szczeniąt. Nigdy się o to nie prosiłam...
Przechodziłam jednym z gęstych i rozległych lasów tego terenu. Dłuższy spacer pozwalał mi się nieco rozluźnić. Noszenie w sobie młodych nie jest łatwe. Współczuję mojej kiedy sama musiała przez to przechodzić matce... Nie. Nieważne. Nie chcę jej nawet wspominać. Przystanęłam widząc pomiędzy zaroślami złote futro i puszysty, długi ogon. Rin już dziś widziałam, więc ten osobnik tutaj to musiał być... jej brat. Siedział przed niewielkim strumyczkiem, z zamoczonymi w nim przednimi łapami i wpatrywał się w jego wody. Albo jeszcze dalej. Coś ścisnęło mnie w klatce piersiowej. Wyglądał jakoś obco.
— Len? — zaczęłam zbliżać się do niego niepewnym krokiem. Nie będę z nim może rozmawiać na wiadomy temat.

<Len? XD >

Od Len'a Cd Gevieli

Słowa wilczycy dźwięczały mi teraz w uszach jak nieskończone echo. Ich sens uderzał tak mocno i niespodziewanie, że aż na chwilę wstrzymałem oddechu. Że niby ona jest teraz ze mną... w ciąży?
- Co? - zamrugałem patrząc prosto w jej oczy z niedowierzaniem. Nie potrafiłem pojąć tego faktu, zupełnie się tego nie spodziewałem. Nawet nie zastanawiałem się nigdy czy chciałbym mieć potomstwo! Przecież nie potrzebuję dziedzica hierarchii...
- Tak jak słyszałeś... - stuliła delikatnie uszy. W jej oczach widziałem czystą niepewność, jednak nie na tym się teraz skupiłem. Nie potrafiłem. To na pewno nie jest prawda, nie! Trzeba to jakoś wytłumaczyć!
- Nie, to niemożliwe. Przecież spaliśmy ze sobą tylko jeden raz! - pokręciłem pyskiem na boki, odwracając wzrok. Nie wiedziałem jak mam teraz zareagować, będę miał dzieci... swoje... ale nie z waderą, z którą tak naprawdę powinno to się stać, tylko z kimś, kogo będę musiał ukrywać. To obłęd!
- Ale... wszystko na to wskazuje. I... poczułam dzisiaj kopnięcie w brzuchu. - osparła w odpowiedzi nieco ciszej niż poprzednio. Wiem, wadery oczekują zawsze zupełnie innych reakcji od przyszłych ojców - że będą szczęśliwi, będą skakać z radości i wychowają z nimi nienarodzone jeszcze potomstwo, a skończy się na tym, że będą żyli długo i szczęśliwie, bla, bla.
Cofnąłem się o krok, błądząc wzrokiem po ziemi. Jak to poukładać? Przecież jak Rin się o tym dowie pomyśli że ją zdradziłem, a przecież to z nią spędzam całe życie. Co jeśli ją stracę? Poza tym... te dzieci będą żądały ode mnie w przyszłości jakiegoś posagu, a ja nie zamierzam się dzielić tym co zdobyłem z kimś zupełnie nieświadomym życia!
Utkwiłem spojrzenie w jednym punkcie, później ponownie podniosłem je na wilczycę przede mną.
- Ja... nie chcę być ojcem. - mój ton zabrzmiał ostrzej niż chciałem, w tej chwili dawałem nieść się emocjom. Zacząłem się stanowczo wycofywać. Zauważyłem ukradkiem mieszane spojrzenie wadery, wyglądała jakby miała się załamać.
- Len! - warknęła ostro tuż za mną i już wiedziałem że to odczucie się zmieniło. Była wściekła. Zapewne miała mi jeszcze dopowiedzieć coś do słuchu, jednak w progu jaskini kawałek przed nami pojawiła się Złota Alfa. Zniknąłem tuż za nią. Musiałem to wszystko przemyśleć jeszcze raz...

Gev? x'DD Tylko nie uciekaj, może Lenuś jeszcze się zmotywuje x'DDD
© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Freepik FlatIcon