Od Len'a Cd Gevieli

Nie czekałem na waderę zbyt wiele czasu, a przynajmniej nie tyle, ile się spodziewałem. Wróciła szybko, toteż w pierwszej chwili nie byłem pewny co o tym sądzić. Ogarnęła mnie chwilowa niepewność co do tego, czy udało się jej zdobyć klucz, jednak kiedy tylko go zobaczyłem, wiszącego na szyi wadery, mimowolnie się uśmiechnąłem.
- Dobrze sobie poradziłaś. - spojrzałem samicy w oczy, kiedy tylko stanęliśmy naprzeciw siebie. Wisiorek, który jej dałem, nadal mienił się fioletem szlifowanego kamienia na jej szyi, jednak teraz obok spoczywał również pożądany przeze mnie klucz.
- Chcesz iść od razu? - zapytałem, przenosząc wzrok ponownie w jej błękitne oczy, których kolor od zawsze kojarzył mi się z lodem.
Kiwnęła twierdząco w odpowiedzi, spoglądając na mnie pewnym wyrazem twarzy. Zawsze się ze mną zgadzała i podążała wszędzie u mego boku, niezależnie od tego, jakie niebezpieczeństwo mogło nam grozić. Dobrze wiedziałem, że jest tego świadoma. Była najwierniejszym mi wilkiem w Plemieniu, któremu przewodziłem. Była wierniejsza nawet od... Rin. Czy więc byłaby zdolna poświęcić własne życie mnie, wilkowi uważanego za „tyrana“, pomimo tego, że ja posiadam ich jeszcze kilka, a ona tylko jedno?
- Więc ruszajmy. - zmrużyłem oczy, odwracając się od wilczycy i kierując w stronę terenów Plemienia Wody.
- Skąd wiesz gdzie dokładnie mamy się kierować? - dogoniła mnie szybko, pytając.
- Kiedy byłaś u Szaraka, ja szukałem informacji w kronikach ksiąg, które kiedyś posiadały Wilki Ziemi. Teraz wszystkie należą również do mnie, dlatego pożyczam, żeby coś niecoś więcej wiedzieć. - mruknąłem, spoglądając przed siebie. Wbrew pozorom jako uczeń poznałem mało szczegółów dotyczących historii plemion, dlatego pomyślałem, że warto byłoby to nadrobić.
- No tak. W końcu teraz trzymasz w swoich łapach wszystkie pięć plemion. - odparła. W jej głosie nie było słychać żalu, a przynajmniej nie takiego, jakiego się spodziewałem, widząc ją podczas ostatniej bitwy. Byłem wtedy ciekaw czy jej nastawienie do moich działań się zmieni, ale jednak nic takiego nie nastąpiło aż dotąd.
„Trzymamy” - pomyślałem, co od razu nasunęło mi na myśl moje kolejne najbliższe plany, o których wadera jeszcze nie miała pojęcia. W przeszłości chciałem, by to Rin dostąpiła zaszczytu towarzyszenia mi we władaniu najpotężniejszym plemieniem, ale odmówiła. Teraz miałem obok siebie inną waderę, której lojalność już wiele razy została udowodniona i chciałem, by to właśnie ona stała się drugą najpotężniejszą osobą, stojącą tym razem ponad wszystkimi plemionami.
- Owszem. - zacząłem - Jednak mam w planach jeszcze jedno, bardzo ważne spotkanie z plemionami, na którym chcę ogłosić to, co zamierzałem zrobić już dawno temu. Czy nie uważasz, że sprawienie, aby wszystkie plemiona stały się jak jedna wataha, nad którą czuwa najpotężniejszy władca, to nie idealny pomysł? Wataha Czarnej Perły powróciłaby na swoje pierwotne miejsce, kończąc tym samym wszelkie spory. - mówiłem, idąc przed siebie w zamyśleniu. To wszystko wydawało mi się takie idealne! Zwłaszcza że już nic nie mogło przeszkodzić mi w takowych planach. Właściwie już byłem Alfą nad Alfami, ale musiałem tylko wszystko jeszcze przypieczętować. Musiałem to uświadomić każdemu, kto myślał, że zwykłe życie plemion ciągle dalej będzie się toczyć tak samo.
Wygłaszając moje słowa, zauważyłem, że przez pysk wadery przeszedł jakiś nieodgadniony wyraz, gdy usłyszała nazwę poprzedniej watahy. Zwróciła się czym prędzej w moją stronę.
- Więc chcesz przywrócić Watahę Czarnej Perły? - zapytała, chociaż doskonale znała już odpowiedź. Uśmiechnąłem się triumfalnie, by tylko potwierdzić jej przekonanie, a później wróciłem do wpatrywania się w drogę, którą podążaliśmy.
W końcu trafiliśmy do tuneli, a stamtąd na tereny Plemienia Wody. Wiedziałem już, że wszystkie wilki, które zbuntowały się podczas ostatniej wojny i postanowiły pomóc podbijanemu przeze mnie plemieniu, uciekły. Jak widać liczyły się z karą, która na nich czekała po takim występku i po prostu postanowiły opuścić własne plemiona, aby żyć na własną łapę. Teraz przynajmniej już nikt mi nie przeszkadzał, a plemiona moich potomków wyzbyły się, chociaż częściowo zdrajców.
- To tutaj. - odparłem, stając przed niedużą, zarośniętą o tej porze roku dziurą w ziemi. Wadera skrzywiła się trochę na jej widok, więc zbliżyłem się i zacząłem odgarniać zarośla, by sprawdzić, czy oby na pewno jest tak tragicznie jak się zapowiada. Wejście prawie się zapadło przez co sprawiało wrażenie bardzo ciasnego. Początek schodów był całkowicie zakryty, jednak niżej dało się dostrzec już ich lekki zarys.
- Nie ma innej drogi. - zerknąłem na waderę i normalnie powinienem puścić ją przodem, jednak byłem świadom tego, co nas tam może czekać. Dawno temu Wataha Czarnej Perły toczyła tu bitwę z piratami, przy której oczywiście zginęło wiele wilków, ale co najistotniejsze, niektórzy z przeciwników zostali uwięzieni w tych lochach, a klucz wiszący właśnie na szyi wadery był ich jedynym wybawieniem. Właściwie byłem pewien, że kiedy tylko zapuścimy się w te grobowe ciemności labiryntu, coś na pewno zaraz zwróci na nas uwagę.
Ciasnotę zasypanego wejścia poczułem tak naprawdę, dopiero kiedy zacząłem się przez nie przeciskać. Na szczęście po niedługim kawałku zaczęło się rozszerzać, a pod łapami poczułem chłodny, twardy grunt ukruszonych starością schodów. Jęk wadery upewnił mnie, że podąża za mną, pomogłem jej więc się wyczołgać, a później się rozejrzałem. Na dalszy grunt padało jeszcze trochę światła z wejścia, którym przybyliśmy. Pod jedną ze skalnych ścian tunelu zobaczyłem starą pochodnię. Wziąłem ją i zapaliłem, by przyjrzeć się miejscu. Tunel schodził niżej pod ziemię, a na jego końcu stała stara, zarośnięta przeszkoda w postaci stalowej, zdobionej furtki, zamkniętej na jedną kłódkę, która w pewnej odległości od nas zaczęła lśnić. Również, gdy spojrzałem na klucz wiszący u szyi wadery, ten zachował się identycznie. Delikatnie zdjąłem go więc z samicy i podchodząc, przyjrzałem się mechanizmowi. Przed uszkodzeniem z pewnością chroniła to przejście magia, gdyż nie wyglądało na specjalnie solidne, zwłaszcza po tylu latach, a jednak stało tu teraz nietknięte.
„Jeszcze krok do zwycięstwa” - uśmiechnąłem się do siebie, trzymając klucz o świecących zdobieniach przy lśniącej kłódce. W chwili kiedy dopasowałem jedno do drugiego, aby odblokować mechanizm, nagle jakby niewidzialna siła przeszła po moim ciele. Westchnąłem zachwycony i pchnąłem stalowe przejście, które otworzyło się z głośnym skrzypieniem i zatrzymało dopiero na blokującej je ścianie. Zauważyłem, że wadera drgnęła, dlatego posłałem jej przelotne, uspokajające spojrzenie.
- Kelsos o niczym się nie dowie. - mruknąłem zachęcająco z lekkim uśmiechem na pysku, a później przekroczyłem wejście. Pochodnia oświetlała nam wnętrze, tym razem szerokiego, podpieranego filarami korytarza. Było tu niezwykle cicho, jedynie ciche kapanie wody gdzieś nieopodal niosło się echem daleko po rozdzielającym się na dwie drogi korytarzu. Skręciłem na prawo, idąc teraz obok wadery.
Tunel zwęził się, a po bokach wychodziły z niego jeszcze inne, węższe drogi, niektóre zamknięte za poniszczonymi, małymi drzwiami. Zerknąłem w jedną z nich, ale wtedy usłyszałem gdzieś za nami cichy, niosący się echem pomruk. Zatrzymałem się na chwilę i zerknąłem w ciszy na Szarą, gestem pokazując, że ma być cicho. Kiedy ruszyliśmy dalej, jeszcze kilka razy było słychać podobne dźwięki, które starałem się ignorować.
Widziałem w starych księgach zarys drogi prowadzącej do źródła, jednak w praktyce ich zwiedzanie było o wiele ciekawsze. Pradawne katakumby mieściły w sobie niezliczoną ilość przejść, jednak wszystkie inne wejścia zostały zrujnowane dzięki powstawaniu wysp. Powierzchnia po której się poruszaliśmy była już przykryta dzielącą Plemiona wodą, dlatego zdawała się wilgotna, niemal mokra.
Wyszczerzyłem się szeroko do samicy, kiedy stając przed ostatnim przejściem, ukazała nam się ogromna komnata, której osadzone dookoła pochodnie nagle magicznie zapłonęły. Była ogromna, złota, a na jej środku stało źródło zbudowane z wysokich, jasnych kamieni, skąd do mniejszej misy lał się cienki strumień czystej wody. Zafascynowany postawiłem krok naprzód, ale wtedy zauważyłem ruch jakiejś ciemnej postaci, stojącej w rogu komnaty. Nie zauważyłem jej wcześniej. Teraz oślepiona światłem, jakie zapanowało we wnętrzu, powoli odwróciła zniekształcony ciemnością pysk w naszym kierunku, pociągając nosem, aby zlokalizować przybyszy. Nie wyglądała na silną, jednak kiedy wstała, okazało się, że mierzy prawie dwa metry, a nienaturalnej ilości chude szpony zwisały jej poza pas. Jeden z nich wyrastał z garba istoty, a jego palce trzymały już dawno niepalącą się, czarną jak on latarenkę.
Wyszczerzyłem kły i ostro warknąłem w kierunku gospodarza, na co ten wydał z siebie okropny dźwięk piskliwego ryku i unosząc długie szpony, rzucił się w naszym kierunku.
Wybiłem się w skoku, mając ochotę załatwić to jak najszybciej, bez zbędnego tracenia czasu. W momencie, kiedy miałem już zderzyć się z bestią, nagle skręciłem w bok, aby odbić się od podłoża i naskoczyć na nią od boku, jednak ta zamachnęła się chudymi ramionami i jednym ciosem odepchnęła mnie od siebie, tworząc przy tym pazurami na moim boku szramę.
Upadłem oszołomiony na ziemię, od razu stając na łapy, gdyż istota nie zamierzała dać mi ani chwili wytchnienia i atakowała dalej. Z jej płaskiej dotąd twarzy zaczął wynurzać się teraz zwierzęcy pysk z zepsutymi, ale ostrymi kłami, zupełnie jakby w jednym ciele siedziały dwa różne stworzenia. Musiałem znowu odskoczyć, kiedy rzucił się w moim kierunku. Był szybki i gdyby nie kula lisiego ognia, którą posłałem w jego stronę, dopadłby mnie. Kiedy stworzenie ogarnęły rozchodzące się w mgnieniu oka płomienie, wydało z siebie rozpaczliwy jęk bólu, przewracając się na ziemię.
- Len! Uważaj! - głos Gevieli zmieszał się z kolejnym rykiem, tym razem należącym do jakiegoś innego stwora. Nie zdążyłem odwrócić się w tamtym kierunku, gdyż coś uderzyło we mnie z taką siłą, że straciłem świadomość rzeczywistości. Obraz rozmazał mi się przed oczami, a w uszach rozległ się niemiły pisk. Przez chwilę nie potrafiłem się podnieść, ale kiedy podparłem się i przetarłem pysk łapą, okazało się, że krwawię.
Kolejne odgłosy walki, jakie doszły mnie zaraz po poprawie ostrości zmysłów, sprawiły, że już całkowicie wróciłem do siebie. Odwróciłem się w stronę wadery i to, co zobaczyłem, przeraziło mnie bardziej, niż bym się spodziewał.
- Nie! - ryknąłem głośno, widząc jak potwór nieco podobny do poprzedniego, ale tym razem wyglądający bardziej na człowieka wbija miecz dzierżony w dłoni prosto w klatkę piersiową mojej towarzyszki.
Ogarnęła mnie furia.
Podniosłem się stanowczo, a później jedno z moich oczu ogarnęła czerń. Potwór ryknął, gdy niewidzialnym wektorem wytrąciłem mu ostrze z dłoni, którą złamałem. Ruszył w moją stronę, ale odskoczył w bok przed kulą ognia. Zwinął się w pół, czując kolejne uderzenie niewidocznej siły. Miałem zamiar dokończyć swoje dzieło, podpalając go dla pewności, ale kiedy tylko to zrobiłem, popędził gdzieś w wąskie przejście wychodzące z kąta złotej komnaty. Nie było czasu biec za nim, dlatego czym prędzej znalazłem się przy waderze, chwyciłem ją i przerzuciłem na grzbiet, a później delikatnie ułożyłem pod Źródłem Wiecznej Młodości, z którego niewzruszenie płynęła powolnie czysta woda.
- Geviela. - lekko stuknąłem ją w policzek, aby oprzytomniała. - Umierasz. Oddaj mi swoje życie, potrzebuję go. - spojrzałem jej poważnie w oczy.
Wilczyca otworzyła szerzej zmęczone bólem ślepia i pokiwała pyskiem, cały czas na mnie patrząc. Wyglądała, jakby naprawdę zależało jej na dokonaniu tego, o co ją poprosiłem.
- Weź je. - szepnęła.
Pospiesznie chwyciłem dwa kielichy stojące po przeciwnych sobie stronach na jasnych kamieniach źródła i do obu nalałem wody. Zwróciłem się do niej.
- Złoty kielich odbiera życie, a srebrny daje. - wyrecytowałem i pomogłem wypić jej wodę z tego złotego. Kiedy już to zrobiła, odsunąłem się nieco, aby spożyć tą ze srebrnego.
Odczekałem krótką chwilę, po której dookoła mnie zaczęła nagle pojawiać się czarna chmura, kręcąca się dookoła i przyspieszająca niczym tornado.
- Len! - usłyszałem gdzieś spoza otaczającej mnie bariery, która zdawała się wysysać ze mnie życie. Może gdybym odczuwał ból, poczułbym teraz coś więcej, ale jedyne, co zwróciło w tej chwili moją uwagę, to ogarniająca mnie słabość.
Po niedługiej chwili wszystko ustało, a ja momentalnie poczułem ciepły dotyk trzęsącej się wadery na swoim grzbiecie. Szlochała, ale gdy poruszyłem się niemrawo, szybko wypuściła mnie z uścisku.
- Len! Ty żyjesz! - jej krzyk był pełen radości, a spojrzenie zdawało się nadal nie dowierzać w to, co rejestrują oczy.
- Głupia. Chciałaś oddać mi życie, podczas gdy ja mam ich więcej od ciebie. - sapnąłem z wyrzutem, próbując się podnieść. - Nie przyszedłem tutaj po to, żebyś to robiła. - mruknąłem, chociaż w głębi duszy miałem nadzieję, że zrozumie o co mi chodzi. To ja chciałem oddać jej jedno ze swoich żyć i tylko dlatego ją tutaj ciągnąłem. Przecież sam będę miał o wiele więcej okazji, żeby zdobyć nowe, a ona? Prawie straciła swoje jedyne!
Nawet nie zdołałem dobrze złapać gruntu pod łapami, kiedy samica wpiła się w moje usta z miłością, nie dopuszczając do oddechu. Odwzajemniłem ten gest, nareszcie usatysfakcjonowany.

Gevi?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Freepik FlatIcon