Arkadia

Od Adrika do Jolanty #37

 — Jolanta... — powtórzyłem w zamyśleniu, udając zdziwienie. Właściwie już od jakiegoś czasu wiedziałem jak naprawdę ma na imię, ale wolałem tego przed nią nie ujawniać. Tak na wszelki wypadek, zważając na to, że sposób w jaki się tego dowiedziałem, mógł okazać się dla niej dosyć... kontrowersyjny. Tak czy inaczej, dobrze że póki co nie dopytywała co stało się z tym całym Nerge. — Ładnie. Skąd w takim razie Oliva? — uniosłem delikatnie brwi w zaciekawieniu. 

— Wiesz... to nie tak, że podałam Ci wtedy specjalnie nieprawdziwe imię. — odwróciła wzrok, nieco speszona — Po prostu wolałam żebyś tak właśnie się do mnie zwracał. Ty i inni, na których tutaj trafiłam. — wyjaśniła. Dało się wyczuć w jej słowach i sposobie w jaki je wyraziła szczerość, może nawet pewnego rodzaju powagę. Wydało mi się to urocze, zważając na to, że sam nigdy nie przywiązywałem zbytniej uwagi do tego, jak nazywają mnie inni. 

— W porządku. — odpowiedziałem lekko, unosząc jeden kącik ust w delikatnym uśmiechu. W chwili ciszy mimowolnie zacząłem zastanawiać się nad tym, co mi opowiedziała. Więc faktycznie przybyła tu z Aries. Miała tam rodzinę - żywą, która zapewne teraz się o nią martwiła i czekała na jej powrót. W dodatku znalazła się tutaj z własnej woli, znając ryzyko - może nie to prawdziwe, ale jednak. Przeprawiając się tutaj miała zamiar chociaż spróbować odnaleźć lekarstwo na wirus, który mimo tego, że finalnie okazał się czymś zupełnie innym, to w skutkach mógłby być całkiem podobny do tego, czym okazał się być. Właściwie wizja tego, że cały kontynent Aries mógłby postrzegać nas jako "zainfekowanych" wydawała mi się całkiem zabawna. Może tak właśnie by zareagowali gdyby dowiedzieli się prawdy? Patrząc na to jaka była reakcja samego Morhen, mogłoby zrobić się tutaj nawet jeszcze bardziej zabawnie niż jest teraz. W końcu da się to zauważyć - nie patrzą na metamorfozy jak na ludzi. W ich oczach to obiekty, zabawki. Może nawet "odmieńcy" lub "zainfekowani". 

Mimowolnie zerknąłem w stronę Jolanty idącej tuż obok mnie. Świat z którego pochodziła był tak odmienny od tego, w którym żyłem ja. Może właśnie to mnie do niej przyciągało? 

— A ty? Naprawdę nie pamiętasz swojego prawdziwego imienia? — zapytała, przerywając ciszę i moje rozmyślania. Na chwilę spotkałem się z jej oczami. 

Pokręciłem przecząco głową. 

— Moja siostra mogłaby pamiętać. — stwierdziłem obojętnie, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że może niepotrzebnie o niej wspomniałem. 

— Siostra? Więc dlaczego nie spróbujesz z nią porozmawiać? — momentalnie się ożywiła. 

— To... nie takie proste. — podrapałem ręką tył głowy, zastanawiając się co powiedzieć. — Kiedy opowiadałem ci wcześniej o sobie, wspominałem jak została schwytana przez żołnierzy Morhen, pamiętasz? Był taki czas, kiedy chciałem ją stamtąd wyciągnąć, już jako Fenrir. Tamtejszy król dowiedział się o naszym powiązaniu i użył jej życia jako karty przetargowej. Właśnie dlatego dla niego pracuję. Po tym co się stało, mogę przynajmniej dać jej szansę na przeżycie, mimo że nie mogę z nią porozmawiać. — wyjaśniłem w końcu. 

Zauważyłem że dziewczyna na chwilę przystanęła, majac na twarzy wyraźne zmartwienie. 

— To znaczy, że... Ryzykowałeś jej życie. Wtedy na Morhen. — odparła zszokowana. — Dlaczego?

Wpatrywałem się w nią chwilę, po czym wzruszyłem ramionami. Dlaczego? Sam właściwie nie byłem pewien. 

— W moim świecie nie da się nie ryzykować. Czasem nawet nie podejmując żadnego ryzyka możesz stracić wszystko. — odpowiedziałem. — Będę martwił się o konsekwencje przy swojej następnej wizycie tam. — westchnąłem po chwili zawahania, powoli ruszając dalej przed siebie. W oddali przed nami było już widać odległy zarys miasta do którego zmierzaliśmy. Mogłem również wyczuć obecność metamorfoz gdzieś w pobliżu. Zapewne tych patrolujących teren. 


~~~~~


Do Starego Miasta dotarliśmy jeszcze przed nastaniem wieczoru. Krajobraz powoli powstającego z gruzów miasta na tle chylącego się ku zachodowi słońca wzbudził we mnie przyjemne poczucie spokoju. Chociaż wiele budynków nie wyglądało jeszcze najlepiej, widać było, że o niektóre ktoś dba i stara się przywrócić ich wygląd do dawnej świetności. Na ulicach dało się również dostrzec mieszkańców, którzy czasem zerkali na nas ukradkiem, na chwilę przerywając wykonywane przez siebie czynności życia codziennego. Były wśród nich również dzieci, choć niewiele. Każda mijana przez nas osoba była metamorfozą lub hybrydą - każda z nich wraz z tymi budynkami starała się wybudować poczucie nowej "normalności". Trzeba przyznać, że ten widok był całkiem satysfakcjonujący, mimo, że nie wszyscy byli gotowi żeby się tutaj znaleźć. Wobec tych, którzy nie zaakceptowali nowych realiów trzeba było zastosować pewne środki ostrożności, aby nie zapanował chaos - o który w dzisiejszym świecie było tak łatwo. 

Do szpitala weszliśmy jednym z tylnych wejść, prowadzących do bocznego skrzydła budynku. Nieznacznym gestem pokierowałem dziewczynę na schody, gdzie weszliśmy na najwyższe, czwarte piętro, które właściwie służyło bardziej za poddasze. Podczas gdy na niższych piętrach dało się dostrzec obecność innych osób, personelu, tak tutaj panowała cisza i spokój. Przez wysokie okno na końcu korytarza wpadały promienie słońca, które po chwili zostały częściowo przyćmione przez otworzone nagle drzwi. Wyłoniła się zza nich postać wysokiego mężczyzny, którego przydługawe, brązowe włosy upięte były z tyłu głowy w kitkę. 

— Czy me oczy dobrze widzą? — uniósł brwi w udawanym zdziwieniu, zerkając błękitnymi oczami to na mnie to na Jolantę. — Tak bardzo przestraszył cię wcześniejszy atak, że wróciłeś dopiero teraz? — zapytał, podchodząc do nas. W jego głosie dało się usłyszeć rozbawienie. 

— Mhm. — mruknąłem. — Jakie były straty? — zapytałem ignorując żart wynikający z jego typowego poczucia humoru. 

— Niewielkie, to byli tylko ludzie, chociaż uzbrojeni. Część z nich udało się nawet złapać. Nie sądzę żeby byli w stanie ponownie zaatakować w najbliższym czasie. Jeden z nich jednak chyba był metamorfozą, szukał czegoś w twoim pokoju, zanim uciekli. Nie udało się go złapać. — wyjaśnił skrótowo, przenosząc spojrzenie na stojącą obok mnie dziewczynę. — Kto to? 

— Oliva. Będzie ze mną współpracować. — stwierdziłem krótko, uświadamiając sobie, że to ta niezręczna chwila, kiedy trzeba kogoś sobie przedstawić. — A to jest... 

— Sahed. Jestem przyjacielem Adrika. — przerwał mi, podając Jolancie rękę na przywitanie z irytującym uśmiechem na ustach. 

— Zastępca. — poprawiłem go, przewracając oczami. 

— Miło mi... — odpowiedziała dziewczyna, niepewnie uściskając jego dłoń. 

Nie czekając ruszyłem w stronę drzwi swojego pokoju, za którymi zastał mnie bałagan. Wśród rozrzuconych po podłodze kartek dokumentacji, leżały wyrzucone z półek książki. Rozbite fiolki z substancjami zdążyły już wyschnąć na podłodze, pozostawiając po sobie jedynie rozbite szkło. 

Czułem jak na ten widok coraz bardziej narasta we mnie frustracja. Nie na sam fakt, że włamywacz mógł szukać tu czegoś konkretnego i być może sobie to zabrał. Po prostu patrząc na to, ile pracy mnie teraz przez niego czekało. 

Westchnąłem, po czym zwróciłem się w stronę towarzyszącej mi dwójki. 

— Sahed, czy mógłbyś znaleźć na tym korytarzu wolny pokój dla Olivy? — zapytałem. Po tej długiej podróży i tym co nas spotkało w ostatnim czasie z pewnością potrzebowała trochę czasu dla siebie. Ja miałem zamiar wziąć się za naprawianie szkód. Poza tym pewnie czekało mnie również nadrobienie części pracy z czasu mojej nieobecności. 

Chłopak skinął głową, po czym ruszył wzdłuż korytarza, wyciągając z kieszeni pęk brzęczących kluczy. 

— Jak coś, wiesz gdzie mnie szukać. — powiedziałem w stronę dziewczyny, widząc na jej twarzy niepewność. Kiwnęła, po czym oddaliła się za przewodnikiem. Ja tymczasem wziąłem się za sprzątanie. 

Samo porządkowanie zeszło mi aż do późnego wieczora. Zorientowałem się, że zniknęło większość dokumentacji dotyczącej huminium. A więc tamci ludzie zamierzali szukać lekarstwa na własną rękę? Po to był ten cały atak? Zaraz po ukończeniu przeglądania raportów zacząłem na nowo rozpisywać i nadrabiać związane z tym straty. 

Powoli czując zmęczenie, zacząłem przeskakiwać myślami do ostatnich zdarzeń. Oliva mówiła że jej babcia jest w Hores. Może by się tam wybrać, kiedy już z tym wszystkim się uporam? Rano powinienem również sprawdzić, czy z jej organizmem po przemianie wszystko jest już dobrze i czy to, co wstrzykiwali jej na Morhen nie wpłynęło jakoś na całokształt genów.

Wpatrując się w częściowo zapisaną kartkę papieru, na którą padało falujące światło zapalonej obok świecy, nawet nie zorientowałem się kiedy ogarnęła mnie senność. 



Jooooolka? Jak tam w nowym pokoiku? 

Od Jolanty do Adrika #36

Uśmiechnęłam się lekko pod nosem. Faktycznie miałam mu wtedy opowiedzieć. Nawet myślałam przez chwilę wcześniej co i w jaki sposób powiedzieć. Jednak na samo pytanie zebrana wypowiedź uciekła mi z głowy. Z powodów, które nie do końca rozumiałam sama z siebie chciałam nawet przyznać mu się do tego, co ukrywałam przed większością rówieśników. Może przestawało mieć to tak wielkie znaczenie.

— Przyjechałam tu z Aries. Trochę... Po kryjomu. — Spuściłam głowę, jakby ktoś przyłapał mnie na robieniu czegoś złego. Czułam zażenowanie przyznając się do własnego postępowania. — Nerge przyjechał tu z mojej winy. Chodziliśmy do tej samej szkoły, opiekowaliśmy się sobą nawzajem. Właściwie może gdyby nie on, nie miałabym odwagi faktycznie tu przypłynąć. Pewnie bym stchórzyła tuż przed wejściem na statek.

Parsknęłam cicho na myśl, jak łatwo mogłam uniknąć mojego obecnego losu i wszystkich problemów, które z tego wyniknęły. Zaraz kontynuowałam wypowiedź:

— Praktycznie całość mojej rodziny jest na Aries. Większość. Moja mama pochodzi stąd, ale po poznaniu taty przeniosła się na kontynent. Babcia i dziadek zostali tutaj. Odkąd wybuchł ten cały... wirus - bo tak na Aries mówiono o tym co się tutaj dzieje — wyjaśniłam — praktycznie straciliśmy kontakt. Przynajmniej odkąd... zaczął się dużo "złośliwiej" rozprzestrzeniać. Rodzice zabronili mi chociaż spróbować kontaktować się z dziadkami. Byłam... Bardzo naiwna — zaśmiałam się z niesmakiem i spojrzałam na naukowca. — Myślałam, że będę jakimś wyjątkiem, wspaniałym dzieckiem, które odkryje jak działa ten wirus, wynajdzie cudowny lek i uratuje mieszkańców Aralun. Chciałam też zobaczyć się w końcu z babcią. Mam wrażenie, jakbym nie widziała jej już całe wieki. Chciałam wiedzieć czy jest bezpieczna no i... tęsknię za nią po prostu. Mieszka w wiosce Hores, ale nawet nie udało mi się tam dotrzeć. Rzeczywistość tego miejsca zbyt mocno się różniła od tego, czego się z Nerge spodziewaliśmy. Więc... Utknęliśmy tutaj. Dość szybko dowiedzieliśmy się, że Stare Miasto nie będzie dla nas bezpiecznym miejscem jako schronienie. Spotkaliśmy też na swojej drodze myśliwego, który zgodził się nam pomóc. Na tyle ile był w stanie i przynajmniej na jakiś czas. Zostaliśmy z nim na trochę w jego chatce - tej, gdzie nas znalazłeś. Mieliśmy zostać u niego aż odpowiednio zaopatrzymy się do drogi. Miał też spróbować zorganizować nam bezpieczną przeprawę. Któregoś dnia po prostu nie wrócił. Nie sądzę żeby jeszcze miał... Więc zostaliśmy w jego domu. Tak naprawdę od tamtej pory coraz bardziej odwlekaliśmy podróż. Nawet, kiedy ktoś wędrował obok, finalnie nie szliśmy z nim. A potem... Przed chatką pojawiłeś się ty — ściszyłam głos — i wszystko jeszcze bardziej się pozmieniało.

Na chwilę zapadła cisza. Zwolniłam kroku, a w końcu zatrzymałam się. Adrik zrobił to samo, zauważając, że zostaję w tyle. Potarłam własne ramię, próbując rozluźnić zesztywniałe mięśnie.

— Właściwie to... Mam na imię Jolanta. — Powoli wyciągnęłam w jego stronę dłoń w geście powitania. Zdobyłam się na nikły uśmiech na spiętej twarzy.

Od Adrika do Jolanty #35

Uchyliłem leniwie powieki, czując na sobie delikatny podmuch wiatru. W uszach szumiał mi dźwięk fal i odległe śpiewanie ptaków. Przed oczami zastał mnie widok ciągnącego się jakąś odległość w dal pasu złocistego piasku, który ciągnął się aż do lini drzew. 

Przetarłem ręką czoło, zerkając za siebie. Spodziewałem się ujrzeć po swojej drugiej stronie śpiącą Jolantę, której jednak nie zastałem nigdzie w zasięgu wzroku. 

Westchnąłem, zastygając na plecach, jeszcze na chwilę przymykając oczy. I właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że słońce wznosi się już jakąś wysokość nad horyzontem. 

Podniosłem się do pozycji siedzącej, mierząc spojrzeniem całą okolicę. Musiałem spać jak kamień. I to dosłownie. Nawet nie potrafiłem sobie przypomnieć, kiedy ostatnim razem regeneracja wprawiła mnie w aż tak głęboki i długi sen. Mimowolnie przeniosłem spojrzenie na swoje ramię, gdzie biały materiał koszuli pokrywały przeciągłe plamy, wpadające w odcień brudnej, wyschniętej czerwieni. 

Sprawnym ruchem zdjąłem koszulę przez głowę, by chociaż spróbować przepłukać ją w wodzie falującej przede mną. Zanim jednak to zrobiłem, zerknąłem znowu w stronę ramienia. Po wcześniejszej ranie została teraz jedynie nieco przeciągła, biała szrama, nie wyróżniająca się jakoś zbytnio wśród zgromadzonej już kolekcji. Kto by pomyślał że tyle mnie kosztowała. 

Prychnąłem i powolnie zbliżyłem się do wody, mocząc w niej koszulę. Nijak nie chciała wrócić do swojego poprzedniego stanu, niechciany kolor jedynie stracił trochę na intensywności. 

Poirytowany wycisnąłem ją z nadmiaru wody, a później powiesiłem na gałęzi tuż przy lini drzew. Czując chłodny powiew wiatru wróciłem ubrać  kamizelkę, którą chwilę temu zostawiłem na piasku. Potarłem rękami łokcie, lustrując jeszcze raz okolicę. Jolanty dalej nie było widać nigdzie w pobliżu. Gdzie ona poszła? 

Nagle uderzyła mnie myśl, że może jednak przemyślała moje wcześniejsze słowa i postanowiła mnie zostawić. A może ta decyzja o przemianie to faktycznie był tylko chwilowy impuls i uciekła, kiedy dotarło do niej w co ją zamieniłem? W końcu może dało się wybrnąć z tamtej sytuacji jakoś inaczej, wystarczyło tylko abym trochę bardziej się wysilił. 

Właściwie od czasu kiedy udało nam się dotrzeć na ląd, faktycznie zachowywała się jakoś inaczej. Może już wtedy w jej głowie zaczynały pojawiać się jakieś wyrzuty względem mnie? A może to pobyt na Morhen wprawił ją w taki stan, kiedy poznała moją pracę faktycznie od strony obiektu testowego? I dlaczego właściwie ona tak bardzo mnie obchodzi? 

Moje przemyślenia przerwał nagły skurcz w brzuchu, któremu towarzyszyło głośne burczenie. Odsuwając swoje myśli na bok, postanowiłem, że jednak najpierw zapoluję, a dopiero później dalej będę martwić się o resztę. I nawet wpadł mi już do głowy pomysł, w jaki sposób mógłbym sprawdzić czy moje obawy są słuszne - no chyba że Oliva sama wróci wcześniej niż uda mi się ją przywołać. 

Zapuszczając się coraz głębiej między drzewa przybrałem zwierzęcą formę i ruszyłem na łowy. Szybko udało mi się znaleźć jakieś drobne stworzenia nadające się do zaspokojenia głodu. Już po jakiejś chwili wracałem na plażę, trzymając w rękach dwa nieszczęsne króliki. Rzuciłem je na piasek, układając obok mały stos z pospiesznie zebranych gałęzi. Podpaliłem go z pomocą dwóch większych kamyków, a następnie nadziałem upolowaną zwierzynę na dwa oddzielne patyki, które wyciągnąłem nad wzniecający się pod wpływem podmuchów wiatru ogień. Szary dym wznosił się wysoko w niebo, częściowo niesiony dalej wiatrem. Z pieczonej zwierzyny zaczął wydobywać się kuszący zapach, jeszcze bardziej pobudzający głód. 

Nie musiałem jakoś długo czekać, aby zobaczyć wyłaniającą się spomiędzy drzew Jolantę. Natychmiastowo odczułem pewnego rodzaju ulgę. Wróciła. A więc może moje obawy były mylne? Może po prostu potrzebowała czasu dla siebie? No cóż, mogła mi chociaż powiedzieć, że chwilę jej nie będzie... 

— Adrik! Co ty robisz, dym sprowadzi na nas tamtą załogę! — sapnęła nerwowo dziewczyna, zbliżając się w moją stronę szybkim krokiem. 

— Mhm, skoro zwabił tu ciebie to i tak spełnił już część swojego zadania. —  mruknąłem, udając skupienie na powolnym obracaniu nad ogniem wbitego na patyk mięsa. Starałem się ukryć swoje chwilowe poruszenie za maską obojętności. 

Zauważyłem, że kiedy się zbliżyła, mimo zdenerwowania również zawiesiła wzrok na aromatycznie pachnącym kąsku. Prychnąłem cicho, nie mogąc powstrzymać delikatnego uśmiechu. Na jej twarzy pojawiło się delikatne speszenie.

— Poważnie, ten dym widać z całej okolicy. Nie zdziwię się jeżeli tamci już zbliżają się w naszą stronę. Powinniśmy go ugasić. — powiedziała poważnie, ale już nieco mniej nerwowo. 

Chwilę milczałem, myśląc nad jej słowami. Zdążyłem się już zregenerować, więc właściwie nawet gdyby tu przyszli to nie zdołaliby sprawić mi większych problemów. Biorąc pod uwagę jednak ich liczebność względem nas, mógłbym nie dać rady walczyć i jednocześnie bronić Olivy. Może faktycznie lepiej byłoby się stąd zwinąć zanim się tutaj pojawią. Ale skoro pewnie i tak już idą w naszą stronę to może by zostawić im niespodziankę? 

Podniosłem się powolnie na nogi, wyciągając w stronę Jolanty oba patyki z upieczonym mięsem. 

— Potrzymaj.

Zaraz po tym jak je ode mnie odebrała, skierowałem się w stronę lini drzew, gdzie zebrałem trochę leżących na ziemi gałęzi. Zacząłem układać je od leśnego poszycia aż przez piasek, w stronę palącego się ogniska. Oliva przyglądała mi się w podenerwowaniu. 

— Adrik. Czy ty chcesz podpalić las? — zapytała. Na jej twarzy malowało się niedowierzanie. 

— Skoro i tak już tu idą to możemy zostawić im niespodziankę. — odpowiedziałem nie przerywając swoich działań. 

— Nie możesz! — zawołała natychmiast, podchodząc do mnie. — To drzewa, tam są zwierzęta, tak nie wolno...! 

Spojrzałem na nią. 

— Przecież w naturze też występują pożary. — wstrząsnąłem ramionami, szybko zauważając, że ten argument raczej do niej nie przemawia. — Po tym jak odwdzięczyli się nam na statku przyda im się mała odpłata. 

— Ale nie kosztem niewinnej natury! — zmarszczyła brwi. 

— W takim razie kiedy nas znajdą, będę musiał rozprawić się z nimi własnymi metodami. Ich wioskę na pewno zaboli śmierć tylu mężczyzn, którzy jej bronią... — Westchnąłem teatralnie, krzyżując ręce na piersiach. 

Nabrała powietrza w płuca, ale nie odpowiedziała. Milczała chwilę, spoglądając w stronę drzew. 

— Ale najpierw muszę przekonać się, jak duża część lasu może spłonąć... — mruknęła, podając mi trzymane przez nią patyki z naszym jedzeniem, po czym ustawiła się w jakiejś odległości ode mnie. Na jej twarzy pojawiło się skupienie i determinacja. Wzięła głęboki oddech i zamknęła oczy. Po niedługiej chwili przybrała zwierzęcą postać, rozprostowując skrzydła. Wzięła mały rozbieg i... powoli uniosła się w powietrze. Obserwowałem jak niepewnie wznosi się ponad drzewa i znika za ich koronami z horyzontu mojego spojrzenia. Po kilku minutach wróciła, ostrożnie lądując na piasku, kawałek dalej od miejsca z którego ruszyła. 

— Niech będzie... — powiedziała niepewnie. — znajdujemy się zaraz obok rzeki, która odgradza las. Ogień nie powinien daleko się rozprzestrzenić. — stwierdziła, uciekając spojrzeniem. 

— Uczyłaś się latać zanim się dzisiaj obudziłem? — zapytałem z delikatnym uśmiechem na ustach. Drgnęła mimowolnie, zakładając kosmyk włosów za ucho. 

— Tylko trochę. — wstrząsnęła ramionami, schylając się po gałęzie, aby pomóc mi dalej układać je w stronę ogniska. — Miałam wrażenie że z daleka kogoś widziałam. Powinniśmy się pospieszyć. — dodała. 

Skinąłem głową. Już po chwili ognisko połączone było linią ułożonych gałęzi, sięgających leśnego poszycia. Ogień zaczął powoli kierować się w stronę drzew. Zdjąłem suszącą się na jednym z nich, jeszcze wilgotną koszulę i przewiesiłem ją sobie przez ramię. Sięgnąłem po wbite wcześniej w ziemię na czas układania gałęzi patyki z naszym śniadaniem, po czym obróciłem się, aby jeden z nich podać Jolancie. Musieliśmy jeść w drodze, ale oboje byliśmy tak głodni, że zdążyliśmy skonsumować nasze porcje jeszcze przed przejściem przez rzekę. Samo przekroczenie jej nie sprawiło nam zbyt wielkiej trudności. Była dosyć szeroka, ale sięgnęła nam najwyżej do kolan. W dodatku usianych na jej dnie było wiele kamieni. 

Idąc w ciszy mimowolnie wróciłem myślami do swoich wcześniejszych wątpliwości. Coś się nie zgadzało. Skoro jednak wróciła, a więc nie miała zamiaru uciekać, to czy na pewno ja byłem powodem jej dziwnego, napiętego zachowania? Przecież nie wydawała się nawet obawiać samego przemieniania. Może... coś wydarzyło się, kiedy przetrzymywali ją na Morhen? Coś... innego? 

Momentalnie poczułem jak napinają się we mnie mięśnie całego ciała. Przecież dobrze wiedziałem jacy byli żołnierze Morhen i do czego byli zdolni. Widziałem to wiele razy. Byli ludzkimi zwierzętami, nie kryjącymi się ze swoim obrzydlistwem nawet przede mną. Pozbawienie ich kończyn i zostawienie żywcem na pastwę losu to jedyne na co zasługiwali. 

— Wszystko dobrze? Dalej boli cię ta rana? — zapytała Jolanta, zerkając z lekkim zmartwieniem na moje ramię. Kiedy nasze oczy się spotkały, momentalnie się rozluźniłem, siląc się nawet na udawany, delikatny uśmiech. 

— Wszystko w porządku. — odpowiedziałem krótko, utrzymując przez chwilę jej spojrzenie. Miałem wrażenie, że nie do końca uwierzyła w moją odpowiedź. Chciałem z nią porozmawiać, zapytać o to co się tam wydarzyło, czy zrobili jej coś, co przekraczało zakres ich uprawnień. Miałem jednak wrażenie, że podjęcie tego tematu mogłoby pogorszyć sytuację jeszcze bardziej. Poza tym to, że się tam znalazła to była moja wina. To ja wtedy zgodziłem się zostać z nią w tej wiosce, a więc powinienem jej wtedy pilnować. Powinienem wiedzieć, że w oczach tych zwierząt wszystko, co jest moją własnością z pewnością stanie się celem. 

Zauważyłem, że dziewczyna przystanęła, aby obejrzeć się za siebie. Podążyłem za jej spojrzeniem. W niedalekiej odległości za nami niebo spowijało się już rozległym, ciemnym dymem, pochłaniającym coraz większą powierzchnię nad zielonym lasem. Może nawet z oddali niosły się jakieś krzyki?

— To powinno ich na trochę zatrzymać. — stwierdziłem, komentując nasze dzieło. Miałem szczerą nadzieję, że wywołało w ścigającej nas załodze naprawdę silne doznania. 

— Miejmy nadzieję. — odpowiedziała. 

Oboje jeszcze chwilę wpatrywaliśmy się w rozprzestrzeniający się dym, po czym ruszyliśmy dalej przed siebie. Do Starego Miasta nie zostało nam już jakoś daleko, więc jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to za niedługo powinniśmy być już na miejscu. 

— Nie zdążyłaś wcześniej o sobie opowiedzieć. — przypomniało mi się nagle. 

— Co? — zwróciła na mnie pytające spojrzenie. 

— Wtedy w tej dziupli, zaraz po tym jak im się wyrwaliśmy. Chciałem posłuchać, ale odpłynąłem. — odpowiedziałem. Naprawdę byłem ciekaw skąd się wtedy wzięła w tamtej chatce i jak udało jej się przeżyć.


Jooooolka? 

Od Jolanty do Adrika #34

Wpatrywałam się w gęstniejącą ciemność. Piasek nagrzany w ciągu dnia przyjemnie ogrzewał moje ciało resztką ciepła, która w nim pozostała. Przyjemne uczucie wzmagała okrywająca mnie kamizelka należąca do Adrika. Zacisnęłam dłoń na materiale, uśmiechając się delikatnie. Księżyc skrył się za wiszącym nad nami drzewem i opatulił się w przepływające bez ustanku puchowe chmury. 

Powieki znów zaczęły mi ciążyć od ogarniającej mnie senności.

— Może Franciszek? — stłumiłam ziewnięcie.

— Franciszek?

— Franek. — Spojrzałam na niego i zachichotałam cicho, powstrzymując się od śmiechu na widok jego pytającego wzroku. Nabrałam głębszy oddech wydymając policzki by zdusić kolejne ziewnięcie i przymknęłam powieki. — To było pierwsze co przyszło mi do głowy.

Postanowiłam pominąć, że jest to imię jednego z członków mojej rodziny.

— Może być.

Uśmiechnęłam się lekko słysząc znużenie w jego głosie. Ułożyłam się wygodniej i wsunęłam rękę pod policzek.

— Dobranoc.



Przyjemne ciepło na policzku przywróciło mnie do rzeczywistości. Otworzyłam oko lecz równoczesny ból zmusił mnie by je zamknąć. Mruknęłam pod nosem i obróciłam się na drugi bok, jakby to mało uchronić mnie od rażącego światła. Wzdrygnęłam się na nagły, metaliczny pisk trąbki w pobliżu. Przysłoniłam oczy dłonią i powolnie uniosłam powieki przyzwyczajając się do słońca. 

Musiałam wiercić się przez sen, bo leżałam teraz równolegle do jeziora i mogłam wpatrywać się w lustro wody bez obracania głowy. Zmrużyłam oczy. Po drugiej stronie zbiornika poruszył się pociągły, szary kształt. Och, to stąd pochodził ten dziwny dźwięk. Przy brzegu stała smukła, wysoka sylwetka dostojnego ptaka. Wyciągnął swoją długą szyję, napiął cienkie, patykowate nogi i znów - trąbnął przeciągle. Z tego miejsca ledwo mogłam dostrzec uniesiony kuper, do którego przyłożone były skrzydła. Razem sprawiały wrażenie puchatej, nieuczesanej kity. Ostrożnie uniosłam się na łokciach, nie chcąc wystraszyć przybysza. Żuraw. 

Patrzyłam w napięciu. To jest moja szansa, żeby nauczyć się czegoś bezpośrednio od nich. Czekałam czy zaraz nie otworzy skrzydeł, nie zamacha, wzbije w powietrze. Ptak jednak w uparciu jedynie spacerował i co raz nurkował dziobem w wodzie. Skrzydła przyklejone do boków. Tylko raz połowicznie je rozłożył, starając się utrzymać równowagę.

Obserwując go kątem oka po cichu się podniosłam. Dopiero teraz, po zsunięciu z siebie okrycia zdałam sobie sprawę, jak rześko jest. Potarłam przedramię, na którym stanęła gęsia skórka. Na poliku i ubraniach kleiły mi się drobinki piasku. Strzepnęłam je powolnym ruchem. Spotkałam się z żurawim spojrzeniem. Musiał dopiero teraz nas zauważyć. Stał w napięciu dobrą chwilę i wpatrywał się w moją osobę. Dopiero, kiedy znów zaczął spacerować, zdałam sobie sprawę, że również zamarłam w bezruchu. Odetchnęłam głęboko. Adrik wciąż leżał w bezruchu z zamkniętymi oczami, tylko jego klatka piersiowa unosiła się miarowo. Delikatnie nakryłam go jego kurtką.

Podeszłam do linii drzew i tam wygodnie usadowiłam. Powędrowałam wzrokiem za dzikim ptakiem. Jak mam się przemienić? Póki co, zrobiłam to tylko raz, kiedy byłam przestraszona. Jeden raz widziałam jak robi to Adrik, kiedy ratował mnie w wiosce. Poza tym... Nigdy nie widziałam tego na własne oczy. Westchnęłam zrezygnowana. Napewno da się to zrobić również w inny sposób. Przymknęłam powieki i skupiłam się na własnym oddechu. Uspokajałam myśli. Dałam sobie chwilę na wyciszenie jednak niecierpliwość zaraz przeszła przez moje ciało. Uchyliłam oko. Wciąż ludzkie dłonie, nic się nie zmieniło. Mruknąłem pod nosem. Przemknęłam spojrzeniem po otoczeniu, zawieszając na chwilę wzrok na szarym ptaku brodzącym przez sadzawkę. Zamknęłam oczy. Zaczęłam myśleć o szarych, ptasich skrzydłach i ciemnych łapach wielkiej bestii. Wracałam myślami do oryginalnych reprezentantów tych zwierząt, oraz do własnych wyobrażeń jak w pełni wyglądam po przemianie. Starałam się przypomnieć sobie wszelkie odczucia i bodźce, których doświadczyłam jak metamorf. Ukradkiem ponownie spojrzałam na swoje ciało. Nic.

— Aaah! — jęknęłam z nieskrywaną frustracją i przewróciłam się na plecy.

Taki przynajmniej był mój zamiar, bo zamiast po prostu położyć się do tyłu przekoziołkowałam na bok. Żurawi krzyk przeciął powietrze, a zaraz za nim rozległ się chaotyczny trzepot skrzydeł.  Podniosłam się spłoszona i podążyłam wzrokiem za dźwiękiem. Szara, rozmyta plama znikała już z mojego widoku. Zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak. To był żuraw, prawda? Rozejrzałam się ponownie po otoczeniu i zanotowałam, że widzę inaczej, niż jeszcze pół minuty temu. Kolory były jakby przygaszone, drugi brzeg jeziora, który jeszcze niedawno widziałam tak wyraźnie jakby był tuż obok, teraz zdawał się rozmytą grą świateł i barw. Oh. Udało mi się! Przemieniłam się! Z tym, że wciąż nie wiedziałam jak dokładnie to wywołałam. Irytujące. Hmm... Co teraz? Mój ptak uciekł, udało mi się przeistoczyć w metamorfozę, Adrik wciąż odpoczywał... Może to dobry moment, żeby chociaż spróbować wzbić się w powietrze. Oswoić się z tym ciałem. Może nie tutaj. Mogę zrobić za dużo hałasu.

Pamiętałam, że wczoraj zanim dotarliśmy do wąwozu, gdzie mieliśmy spać mijaliśmy polanę. Może się nada. Jest też w pobliżu więc dotarcie tam nie będzie większym problemem. Podniosłam przednią łapę i obróciłam poduszką w swoją stronę. Zacisnęłam ją i rozluźniłam, obserwując jak paliczki się zwijają. Bez pazurów. Spróbowałam jeszcze raz, skupiając się na - jak miałam nadzieję - pazurach. Ostre brzytwy wysunęły się ze swoich pochew. Gdyby metamorfy mogły się uśmiechać z pewnością to bym teraz robiła. 

Ruszyłam biegiem w stronę polany, by już w kilka chwil się tam znaleźć. Czułam się dzisiaj bardziej... sobą? Miałam zdecydowanie większą władzę nad cielskiem bestii niż poprzednio. Bardziej... się nią czułam niż wczoraj. Choć z oporem, skrzydła rozłożyły się na moje wezwanie. Potrafiłam rozpoznać w jaki sposób mogę poruszać tymi masywnymi ramionami. Były ciężkie i nie byłam do nich przyzwyczajona, ale mogłam je kontrolować. Musiałam tylko rozeznać się jak robić to odpowiednio, żeby utrzymać się w powietrzu. Miałam tylko nadzieję, że nie okażę się tym pisklęciem, które po wypadnięciu z gniazda uderzy o ziemię, bo nie użyło skrzydeł. Zamachałam kilkukrotnie upierzonymi ramionami, upewniając się, że faktycznie je czuję i nie postanowią nagle odmówić mi posłuszeństwa. Wzięłam głęboki wdech i wybiłam się łapami z ziemi, równocześnie zamachując mocno skrzydłami. Byłam pewna, że zostałam w powietrzu dłużej, niż przy zwykłym skoku, ale to wciąż nie było wystarczające. Spróbowałam ponownie. A potem jeszcze kilkukrotnie. Co raz miałam wrażenie, że jest coraz lepiej, a potem, że znów jest gorzej. Aż w końcu udało mi się wzbić w powietrze i w nim utrzymać.



Adek - Franek? Chyba nam rośnie nowy lotnik


Od Adrik'a Cd Jolanty #33

 Spojrzałem na zaokrąglony kamień, który włożyła mi do ręki. Parsknąłem cicho, kiedy skończyła mówić, jakby po przetworzeniu tych wszystkich słów okazały się one dla mnie czymś niedorzecznym. Nie wypuściłem jednak przedmiotu z ręki. Zacisnąłem go delikatnie w palcach, zwieszając łokcie na zgiętych kolanach. 

Chwilę milczałem zanim zdecydowałem się odpowiedzieć. 

– Lepiej nie, myślę że mogłaby mnie przytłoczyć ilość tych odpowiedzi od zmarłych. – uniosłem kącik ust w rozbawieniu, zerkając na dziewczynę. – wystarczy, że ty możesz mnie słuchać, kiedy myślę że umieram. 

– Adrik! – zauważyłem jak marszczy ciemne brwi, rzucając mi zdenerwowane spojrzenie. Mruknąłem pytające "hmm", czując jak z niewiadomych powodów jej nagła złość rozbawia moje wnętrze jeszcze bardziej. 

Ciemnowłosa gniewnie chlapnęła zimną wodą z przychodzącej fali prosto w moją stronę. 

– Następnym razem jak chociaż spróbujesz "umierać", będziesz gadać sam do siebie. – odparła zakładając ręce na piersi, w udawanym oburzeniu.

– No cóż, trochę się nagadam. – prychnąłem, kładąc plecy luźno na chłodnym piasku. Przymknąłem powieki, czując przyjemne odprężenie. Zauważyłem, że po chwili ciszy i zawahania Jolanta również położyła się obok mnie. Jej oczy skierowane były w czarne od nocy niebo, pokryte niezliczoną ilością gwiazd. Dostrzegłem gęsią skórkę na jej ręce, podrygującej delikatnie, zgodnie z nierównomiernym oddechem. 

Podniosłem się powolnie, ściągając z koszuli brązową kamizelkę bez rękawów, by chociaż nią przykryć marznącą dziewczynę. 

– Nie, teraz tobie będzie... – zaczęła zaskoczona, gotowa oddać dodatkową warstwę spowrotem. 

– Nie będzie. – uciąłem jej słowa, wracając do poprzedniej pozycji i podkładając ręce ostrożnie pod głowę. Rana w ramieniu już nie bolała, prawdopodobnie zdążyła się zregenerować. W jej miejscu zostało jedynie miejsce delikatnego dyskomfortu, które udało mi się zignorować. 

Jolanta chwilę milczała, ale mruknęła w końcu ciche "dziękuję", chowając niepewnie ręce pod materiał. 

– Właściwie to... Może powinnam przy innych zwracać się do ciebie jakoś inaczej? Ludzie z wioski wiedzą już jak naprawdę się nazywasz, na pewno rozprzestrzenią tą informację. – zmieniła temat, marszcząc delikatnie brwi w zamyśleniu. Ponownie wpatrzyła się w niebo pełne gwiazd. 

– Właściwie "Adrik" to nie jest moje prawdziwe imię. – odpowiedziałem niezbyt przejęty, chociaż jej pomysł wydawał się teraz sensowny. Gdybyśmy kiedyś mieli znowu znaleźć się w jakiejś wiosce, byłoby kłopotliwe dawać niczego nie świadomym ludziom pretekst na wyciągnięcie podejrzeń lub nawet domyślenie się prawdy zbyt wcześnie niż byłoby to potrzebne. 

– Więc jak naprawdę masz na imię? – usłyszałem zaciekawienie w jej głosie. 

– Nie pamiętam, byłem bardzo mały. Możesz coś wymyślić. – podsunąłem obojętnie.

Odpowiedziało mi krótkie, zawiedzione westchnienie, brzmiące dosłownie jakby chciała zapytać samą siebie co jeszcze tutaj koło mnie robi. Nie odpowiedziała nic innego, ale miałem wrażenie, że nie oznacza to również zaprzeczenia. 

Od Jolanty do Adrika #32

poniedziałek, 17 maja 2021
Zaczęłam opowiadać jednak zarówno lęk co do stanu Adrika co ból po przemianie, który wciąż tlił się pod skórą, nie ułatwiały mi zebrania myśli. Nie zdążyłam dobrze zacząć, kiedy ze strony naukowca dobiegł niewyraźny pomruk, jak gdyby miał coś powiedzieć.

— Adrik? — spojrzałam na niego — Adrik, śpisz?

Proszę żeby tylko zasnął, powtarzałam sobie w głowie, kiedy pochyliłam się nad nim. Znów wypowiedziałam jego imię. Żadnej reakcji. Potrząsnęłam ostrożnie jego bokiem, spróbowałam poklepać po twarzy. Daremnie. Czułam jak krew huczy mi w głowie. Co mam zrobić? On jeszcze żyje? Skąd mam wiedzieć czy właśnie nie umiera?!

— Adrik, błagam cię, obudź się!

Oddycha? Chwyciłam się myśli, która nagle pojawiła się w mojej głowie. Nachyliłam się nad jego twarzą i spojrzałam na klatkę piersiową. Unosiła się. Czułam jego oddech na policzku. Pod palcami, które umieściłam na jego szyi wyczułam puls. Sama pozwoliłam sobie w końcu na oddech. Dość gwałtowny. Niemal się zakrztusiłam. Musiał stracić przytomność. Ale żyje. Przynajmniej żyje.

Odsunęłam się nieco i odchyliłam głowę próbując unormować oddech. Płuca wciąż zaciskały mi się nieprzyjemnie, ale rześkie powietrze pozwalało choć odrobinę rozluźnić zmysły. Co teraz? Spojrzałam na niego. Może powinnam położyć go w tej pozycji... bezpiecznej. Skąd mam wiedzieć czy coś się nie stanie? Czy nagle się nie pogorszy? Nikt mi nie pomoże. Wyciągnęłam dłoń w jego stronę i gwałtownie odskoczyłam. Sapnęłam uderzając głową w pień drzewa. Moja ręka już ręką nie była. Patrzyłam na czarne łapsko, z wysuniętymi pazurami. Przeszły mnie ciarki. Nawet nie zauważyłam kiedy to się stało. Kiedy nagle z człowieka, stałam się metamorfozą. Mogłam go skrzywdzić gdybym nie zauważyła wystarczająco wcześnie. Przecież te pazury z łatwością rozerwałyby skórę.

Skuliłam wielkie cielsko, próbując opanować potężne skrzydła. Wciąż nad nimi nie panowałam. W ciasnocie nory zajmowały zdecydowanie zbyt dużo miejsca. Nowy zestaw mięśni nadal nie chciał mnie jednak słuchać. Spojrzałam na Adrika leżącego w bezruchu. Przyciskało go w tej chwili białe, opierzone ramię. Miałam ochotę uciec, jakby to zwalniało mnie z jakiejkolwiek odpowiedzialności. Jakbym dzięki temu jakimś magicznym sposobem znów mogła być człowiekiem.

Przylgnęłam do ziemi. Jak dużo czasu nam zostało zanim dotrą tu ludzie ze statku? Jak dużo czasu zostało Fenrirowi? Nie chciałam patrzeć jak umiera. Ale nie wiedziałam co mogę dla niego w tej chwili zrobić.

Obudził mnie ostry ból na karku. Jęknęłam, niemal krzycząc, kiedy czyjaś dłoń mocno zacisnęła się na moich ustach. Zostałam pociągnięta do tyłu. Ogarnął mnie lęk, gdy moje ciało oparło się o cudzy tors. Chciałam się wyrwać i krzyknąć, ale nie mogłam wydobyć dźwięku z zaciśniętego gardła.

— Cii, — znajomy szept przedarł się do mojego przestraszonego umysłu — ktoś jest na zewnątrz.

Spojrzałam na niego kątem oka. Patrzył na zewnątrz, nasłuchując. Przełknęłam nerwowo ślinę. Niech mnie puści... Dlaczego musi mnie trzymać? Ścisnęło mnie w gardle. Czułam jak rosnący w nim węzeł pragnie się wydostać. Wzięłam większy, szybki oddech. Było mi duszno. Poczułam jak z oczu wypływa mi struga łez. Nie mogłam się uspokoić.

Drgnęłam gwałtownie słysząc trzask gdzieś z powierzchni. Sparaliżowało mnie. Uświadomiłam sobie, że to nas szukają. Ktoś był tuż obok. Z odległości dotarły do mnie stłumione głosy. Musiało ich być więcej. Wydawali się poirytowani. W pośpiechu. Niemal podskoczyłam słysząc szelest liści. Mogłabym przysiąc że ktoś miał właśnie odsunąć krzak, który rósł przed jamą, gdzie byłam z naukowcem. Łowca nie odkrył naszej kryjówki. Nie do końca rozumiałam co się stało. Do mojego spanikowanego umysłu dopiero chwilę później dotarło, że ktoś w pobliżu go zawołał. Zesztywniała jeszcze kilka chwil spędziłam w tej samej pozycji. Dopiero zelżały uścisk dłoni Adrika uświadomił mi, że tamci już zniknęli.

— Zwariowałeś!? Nie dotykaj mnie! — odepchnęłam od siebie naukowca, kiedy moje ciało wyczuło lepszy moment na ucieczkę. Czułam nową falę strachu i obrzydzenia.

— O co ci znowu chodzi? — mruknął urażony, kiedy ja w panice wydostałam się na zewnątrz — Znaleźliby nas gdybyś się wtedy odezwała!

Odwróciłam się do niego plecami, kiedy wyszedł za mną z jamy. Pospiesznie otarłam mokre od łez policzki i wzięłam głęboki oddech, próbując powstrzymać się od płaczu. Czułam na sobie jego spojrzenie. Gęstniejąca pomiędzy nami cisza tylko mnie stresowała, ale odezwałam się dopiero mając pewność, że nie zaleję się znowu łzami.

— Przepraszam. — napotkałam jego wzrok, zwracając się ku niemu — Niepotrzebnie na ciebie naskoczyłam. Jak twoja rana?

Miałam nadzieję, że podejmie temat i przemilczy mój wybuch.

— Jestem cały, jak widać. — Uśmiechnęłam się pod nosem. Przynajmniej tyle. — Musimy iść. Pewnie znowu tu wrócą, kiedy nas nie znajdą.

Skinęłam głową.

— Więc chodźmy. — Zamilkłam na moment. Objęłam się rękami, szukając otuchy. — Tylko właściwie dokąd?

Zdałam sobie sprawę, że nie mam pojęcia co powinnam teraz ze sobą zrobić. Nie byłam już człowiekiem. Każdy kto by się o tym dowiedział nie patrzyłby już na mnie uprzejmie. Ale właściwie to co z tego? No właśnie. Przecież teraz jestem silniejsza. Nie powinnam czuć się z tym źle. Więc dlaczego boję się co inni pomyślą? Czemu przeraża mnie myśl o tym, co mogą zrobić?

Przypomniałam sobie, co Adrik mówił, kiedy ukryliśmy się w tamtym drzewie. Więc jest hybrydą. Nie tyle metamorfozą, ale urodzoną hybrydą. Już jego rodzice byli przemienieni, a on był ich potomkiem. Dlatego był uważany za silniejszego? Ciężko przychodziło mi przyjęcie wszystkiego co wtedy usłyszałam. Chciałam poruszyć ten temat, ale nawet nie do końca wiedziałam co miałabym mu powiedzieć. Nie wiedziałam jak się z tym czułam. Choć głównie miałam wrażenie, że w końcu zaczynam go rozumieć, gdzieś w głębi zalągł się strach i odrzucenie - robił te wszystkie rzeczy, nauczył ich swoich naukowców. Wstrząsnęłam głową. Chyba nie to miał na myśli. Mam nadzieję...

— Do Starego Miasta. — Adrik przywrócił mnie do rzeczywistości.

Ruszyłam tuż za nim. Nie opuszczał mnie sztywny krok. Pójdziemy tam, gdzie wszystko się zaczęło. Tam gdzie jest Nerge. W końcu będę mogła go zobaczyć. W końcu znowu będziemy wolni. W pewnym sensie już czułam się bezpieczniejsza. Nie mogłam powiedzieć, że w pełni ufam Adrikowi, ale coś kazało mi trzymać się blisko niego. Widziałam przecież, że nie jest taki do cna zepsuty i zły. Podświadomie czułam, że mam teraz nadany kierunek. A nic nie stresuje mnie bardziej, niż wrażenie, że krążę bez celu i po omacku. Przez ostatni czas zawsze miałam przy sobie swojego przyjaciela. Czułam w nim oparcie, często to on sam podejmował decyzje, ale brakowało mi w tym czegoś. Z Nerge nie mieliśmy sił. Skupialiśmy się jedynie na tym, żeby żyć. Na tym, żeby się ukrywać. Podniosłam spojrzenie, patrząc na idącego przede mną naukowca. Teraz nie chciałam się już kryć i czułam, że w końcu będę w stanie coś zrobić.

Szliśmy bez przerwy, aż słońce nie stanęło wysoko na nieboskłonie i Adrik zgodził się na krótki postój. Ostre światło, które przedzierało się między drzewami raziło mnie w oczy. Byłam głodna, zmęczona i czułam, że brak mi sił. Podparłam się o pień potężnego świerka i ułożyłam na nim czoło. Naukowiec zniknął gdzieś po drugiej stronie, mając zamiar rozejrzeć się w najbliższej okolicy. Przeszły mnie ciarki, kiedy poczułam nieprzyjemny dreszcz w kroku. Na granicy łaskotek i tarcia. Mimowolnie zacisnęłam uda. W oczach stanęły mi łzy, które chwilę później oznaczyły się na mojej twarzy gęstą linią. Potarłam się po wewnętrznej stronie ud. Chciałam zrobić to samo ze sromem, zatuszować jakkolwiek to, co zapamiętało moje ciało, ale na myśl o dotknięciu się tam, gdzie on mnie dotykał zrobiło mi się niedobrze. Osunęłam się na kolana, czując, że nie mam siły dłużej stać. To uczucie, te wspomnienia... one wciąż wracały. Kiedy stałam, kiedy szłam za Adrikiem, teraz... Nie mogłam się ich pozbyć. Kręciło mi się w głowie z tego wszystkiego. Chciałam, żeby to ustało, żeby to nigdy się nie wydarzyło. Chciałam mu się odpłacić. Ścisnęłam dłoń w pięść i skuliłam się, chowając twarz w ręce położone na nogach. Wszystkim im się należało. Powinni poczuć co to cierpienie. I poczują.

Byłam pewna, że ludzie, którzy przeprawili mnie na Aries wciąż żyli. Musieli żyć. Nie umrą póki ja ich nie znajdę. Pewnie wciąż byli gdzieś na Morhen. Muszę znowu się tam dostać. Dowiedzieć się gdzie są. A wtedy... Przygryzłam policzek czując jak nieprzyjemnie ściska mnie serce, na myśl spotkania z oprawcą. Odegram się. To jedyny sposób, żeby moja dusza znowu znalazła spokój.

Zatrzymaliśmy się dopiero pod wieczór. Wokół rosły same drzewa obrośnięte w liście, a gleba była wilgotna i pofałdowana. Zostaliśmy w jednym z większych zagłębień, mając nadzieję, że nawet jeśli ktoś będzie tędy przechodzić, pozostaniemy niezauważeni.

Ułożyłam się na ziemi, plecami do naukowca. Od ziemi bił paraliżujący chłód. Zamknęłam oczy i jęknęłam na wspomnienie, które mnie uderzyło. Gwałtownie otworzyłam powieki, chcąc wygnać powracające obrazy. Skuliłam nogi, obejmując je ręką. Musiałam być cicho. Musiałam spać. Zagryzłam pięść biorąc niespokojny, poszarpany oddech. Nie zamknę oczu. Nie teraz. Grube łzy spłynęły na moją skórę, kiedy mrugając jeszcze wyraźniej wszystko zobaczyłam. Nie mogę już spać i dłużej tego widywać. Pociągnęłam nosem. Jeszcze mocniej zacisnęłam zęby na dłoni, którą wciskałam w swoje usta. Jedynie świadomość, że obok jest Adrik, zmuszała mnie do powstrzymania gwałtownego wybuchu emocji. Leżałam skamieniała, nie chcąc zwrócić jego uwagi. Ignorowałam wodę skapującą mi z nosa. Płynna tafla znów pokryła mój widok, kiedy ciało zareagowało na dotyk, którego nie mogło przecież czuć. Nie.

Podniosłam się gwałtownie. Od razu ruszyłam przed siebie. Wiedziałam, że nie może go tutaj być, ale wciąż czułam niepokój. Miałam wrażenie, że mnie obserwuje. Że znowu mnie dopadnie, a wtedy... Bałam się. Choć brałam szybkie oddechy, nie zapewniały mi dostatecznej ilości tlenu. Podtrzymywałam się drzew, idąc pomiędzy nimi. Zamglonymi oczami niewiele widziałam, jednak czułam jak robi się chłodniej. Kaszlnęłam czując, że zawartość żołądka podchodzi mi do gardła. Uczepiłam się pnia olchy i przeczekałam, aż odzyskam wzrok. Im więcej widziałam tym bardziej drżały mi ręce. Dopiero po chwili dotarło do mnie, jak zimno jest mi w stopy. Drgnęłam gdy coś załaskotało mnie po kostce. Stałam w wodzie. W wątłym świetle dostrzegłam ciemną toń, o srebrzystej, rozmytej tarczy księżyca. Ruszyłam w tamtą stronę, czując napływające do umysłu otępienie.

To było jezioro. W powietrzu unosiła się mętna woń zamszonych kamieni i glonów. Zatrzymałam się przy brzegu, zanurzając kostki w wodzie. Teraz towarzyszył mi przyjemny chłód. W jakiś sposób uziemiał myśli. Spojrzałam na niebo. Zasnuło się szybko płynącymi chmurami, które zasłoniły na chwilę księżyc i gwiazdy.

— Babciu... — Usiadłam na wilgotnym brzegu i otarłam oczy. Wzięłam garść piachu i złączyłam go w dłoniach przed sobą. — Chyba zrobię coś złego. Coś naprawdę złego... Wiem — westchnęłam — zemsta to nie rozwiązanie, zawsze mi to powtarzasz — zacisnęłam zęby — ale nie mam siły już z tym walczyć. Muszę to zrobić, inaczej to zniszczy mnie od środka. Oni nikogo już więcej nie skrzywdzą. Ludzie tego potrzebują. J A tego potrzebuję! Mój duch już nigdy nie będzie spokojny. Nie dopóki ich nie dopadnę.

Zmięłam trzymany w dłoniach piach. Bałam się dokończyć wypowiedź głośno. Ale ziemia przecież i tak słyszy. Duchy zawsze czują.

— Zabiję ich. — mruknęłam w dłonie, uśmiechając się drwiąco. Same te słowa przyniosły mi ulgę, pozwalając wziąć w końcu głęboki, satysfakcjonujący oddech. Chwilę kosztowałam te słowa w myślach. Pozwoliłam sobie na fantazje jak tego dokonać. Aż nie wyczułam jakiegoś ruchu. Gdzieś tutaj.

— Wszystko w porządku?

Drgnęłam gwałtownie. Obróciłam głowę, zauważając Adrika przy drzewie tuż za mną. Niepokój nie chciał ustąpić. Czułam jak serce nieprzyjemnie uderza mi w pierś.

— Tak... Ja tylko... Nie mogłam zasnąć. — zsunęłam wzrok na swoje dłonie. Ucałowałam swoje złączone kciuki i skruszyłam trzymany piach, kierując do niego ciche słowa — Mam nadzieję, że mi wybaczysz babciu...

Przełknęłam nerwowo ślinę, zastanawiając się, jak długo mógł tu być. Mimo to nie chciałam pytać. Podciągnęłam nogi pod brodę i oparłam na nich głowę. Owinęłam je rękami. Przypomniało mi się, co chłopak mówił rano.

Nie usłyszałam odpowiedzi, ale zgrzyt piasku pod jego stopami był wystarczająco jasny. Mimowolnie drgnęłam kiedy kucnął obok. Odetchnęłam głęboko, czując jak odpycham od siebie myśli. To jeszcze nie była panika. Byłam w stanie pozbyć się tego niepokoju. Przymknęłam oczy, skupiając się na zapachach i odczuciach wobec wszystkiego tego, co mnie otaczało. Uśmiechałam się. Wiedziałam już co sama chciałam osiągnąć. Zignorowałam sięgający we mnie gniew, pozwalając sobie udawać, że go nie ma. W końcu otworzyłam oczy i spojrzałam w wodę przy moich stopach.

— Dziękuję. — Uniosłam kącik ust i zanurzyłam dłoń w mokre podłoże jeziora. Wyczułam pod palcami drobny kamień. Wyciągnęłam go przed siebie. Obracałam go w dłoniach, wpatrując się w jego brązowy, zaokrąglony kształt. — Za to, że mi o sobie powiedziałeś. I za pozostałe rzeczy też. Nawet jeśli były twoją sprawą. Bez urazy. — Parsknęłam cichym śmiechem i spojrzałam na niego sprawdzając, czy na jego obliczu faktycznie nie pojawi się gniew. — Trochę myślałam o tym co mówiłeś. Wiem, że nie chcesz do tego wracać... Twojej matce musiało bardzo na tobie zależeć. Chciała żebyś żył. Po prostu... Za ostro się oceniasz. — Wyciągnęłam kamień w jego stronę. Widziałam w jego oczach jak walczy z tym stwierdzeniem. — Powiedzieli ci, że jesteś zły, więc sam się tak widzisz. Więc tak żyłeś. Rób to, co uważasz za stosowne. To możesz zrobić dla niej. I przede wszystkim dla siebie. W końcu będziesz tym, kim chcesz się stać. — Wsunęłam kamień w jego dłoń. — U mnie wierzymy, że zawsze można zwrócić się o pomoc. Ziemia, drzewa, nawet ten kamyk, każde z nich jest w stanie wysłuchać intencji nawet z samej myśli. A potem pokierować ją dalej. Nawet do zmarłego. Możesz też po prostu przekazać to, co ci ciąży. To nie zniknie... Ale przynajmniej podzieli ból. A jeśli dostaniesz odpowiedź z drugiej strony, zawsze będziesz wiedzieć. Poczujesz. — Położyłam dłoń na własnym sercu.

Od Adrik'a Cd Jolanty #31

Wzrok utkwiłem gdzieś w ciemnej przestrzeni przed nami, kiedy dziewczyna odpowiadała na moją propozycję. W ogóle nie dopuszczałem do myśli tego, że mogłaby się nie zgodzić, dlatego nawet nie wyłapałem w jej słowach niezgodności, już myśląc nad tym, jak ją stąd uwolnić i bezpiecznie przeprawić. Dopiero dziwne odczucie ulgi gdzieś w środku sprawiło, że zrozumiałem co jest nie tak. Gwałtownie podniosłem na nią zaskoczone spojrzenie, w milczeniu słuchając dalej. Dlaczego to robi? Dlaczego się nie zgodziła pomimo tego, że odnajduje we mnie coraz więcej prawdy, faktów, których przecież nie chciała znać? Jestem taki sam jak ci naukowcy którzy ją skrzywdzili, z tą różnicą, że to ja wszystkiego ich nauczyłem. Co jest z nią nie tak? Nie powinna okazywać litości osobie, która nie ma jej dla innych. 

– Wiesz, że nie musisz. – mruknąłem cicho, po widocznej chwili milczenia. Miałem zamiar wypowiedzieć o wiele więcej słów, przekonać ją, by mnie zostawiła, może nawet dając jej się specjalnie znienawidzić. Już nawet zbierałem się do dłuższej odpowiedzi, ale przerwała mi ona. 

– Ale chcę to zrobić. Nie zostawię cię teraz. – uderzyła mnie nostalgiczność słów, które wypowiedziała. Wydawały się jednocześnie odlegle znajome i uderzająco chłodne z tym co niosły we wspomnieniach. Jednak... Teraz mogę sam pomóc tym słowom stać się wiarygodnymi. Cóż, jaka będzie tego cena? 

Westchnąłem i odwróciłem od niej wzrok, uciekając myślami w inną stronę. Dotarło do mnie jedynie, że kiedy trochę odleciałem, wspominała o jakimś Nerge. Skąd ja go znam? Ah... No tak, to tamten typ, z którym wcześniej mieszkała. Czy na pewno powinienem sprowadzić ją ze sobą do miejsca, w którym on teraz jest? Nie byłoby miło, gdyby zaczął się stawiać tylko dlatego, że ją zobaczył. I tak mam już na głowie za dużo problemów.

Przymknąłem oczy, odgarniając jednocześnie z czoła smyrające, nieco pozlepiane kosmyki. Nieświadomie chwilę trwałem w stanie nicości, ciesząc uszy nastałą ciszą. Dopiero, kiedy poczułem jej zimne palce na swoim policzku, uchyliłem powieki, podnosząc na nią zaskoczone spojrzenie. Nawet kiedy odsunęła rękę od mojej skóry, uczucie przyjemnego chłodu trwało na niej jeszcze chwilę. 

— Adrik... Jesteś metamorfozą, nie powinieneś już się zregenerować? – zapytała. Właściwie chyba powinienem. Jak długo dokładnie byłem nieprzytomny zanim obudziłem się tutaj? Wygląda na to, że podana mi dawka mogła być nieco większa niż przypuszczałem. 

— Huminium dalej działa... Jestem słaby jak mierny człowiek. – odpowiedziałem. 

— Jak długo to potrwa? Jeśli wdało się zakażenie... Możesz umrzeć bez lekarstw. — podniosłem na nią rozbawione spojrzenie, unosząc jeden kącik ust w słabym uśmiechu. Czyżby naprawdę się o mnie martwiła? No cóż, teraz przynajmniej mogę czekać na powrót sił. Gorzej byłoby, gdyby jakimś cudem doprowadzili mnie do takiego stanu w mojej normalnej formie, o ile to w ogóle możliwe. 

— Wcześniej zdążę odzyskać siły. Nie wiem ile czasu już minęło, ale dalej czuję je we krwi. Pewnie za kilka godzin wrócę do siebie, ale oni wcześniej dopłyną do brzegu. – mimowolnie zerknąłem w dzielący nas od pokładu sufit, znad którego co chwilę dało się słyszeć odgłosy załogi. Teraz deski nad nami wyraźnie zaskrzypiały, a zaraz po tym usłyszeliśmy stłumione głosy, pełne nadziei na uwolnienie Aralun tuż po mojej śmierci i przypadkowego wyjawienia nam planu jej dotyczącego. Poczułem gorzkie rozbawienie w głębi siebie. Gdyby tylko to działało w ten sposób. 

— Zabiją nas. Zabiją... – przerażony głos Jolanty momentalnie zwrócił moją uwagę i wprawił mnie w lekkie zaklopotanie. 

— Oliva... – mruknąłem spoglądając na nią. Jej ręce kurczowo trzymały się włosów na głowie, ułożonych w nieładzie, ściskając je jakby mogło to ją uratować. Nagle jednak się rozluźniła, a w jej oczach, które spotkały się z moimi, zawidniała nadzieja. Złapała mnie mocno za nadgarstek. 

— Przemień mnie. – wymówiła z pewnością w głosie. Zamrugałem ze zdziwienia, niezbyt pewny czy powiedziała to naprawdę, czy już majaczę. 

— Co?

— Podaj mi gen. Masz jakiś przy sobie, prawda? Inaczej się stąd nie wydostaniemy. – ciągle mocno trzymała się mojego nadgarstka, patrząc mi w oczy z przekonaniem. Czułem, jakby nic nie mogło odciągnąć jej od tego pomysłu i to przytłoczyło mnie w jakiś dziwny sposób. 

Sięgnąłem drugą ręką do głębokiej kieszeni poplamionego krwią i brudem kitla, napotykając palcami znajomy kształt strzykawki. Poruszenie wywołało niemiły ból w zranionym ramieniu. Na chwilę zastygłem, zaciskając mocniej palce na chłodnym, szklanym kształcie. 

— Myślałem, że nie chcesz mieć nic wspólnego z metamorfozami. – stwierdziłem po chwili, zastanawiając się czy ona naprawdę tego chce czy może działa teraz pod wpływem chwili. W odpowiedzi wzruszyła ramionami, dopiero po chwili zamieniając to w słowa. Miałem wrażenie, że spodziewała się po mnie innej reakcji. Trochę jakbym miał przemieniać w metamorfozy wszystko co spotkam na swojej drodze, a co się rusza. 

— Sam powiedziałeś, że Huminium raczej nie przestanie działać zanim dotrzemy do brzegu. Tak po prostu nikt nas nie wypuści. Nie chcę jeszcze umierać... — mówiła, coraz bardziej ściszając głos. Po jej słowach zapadła chwilowa cisza, podczas której moje myśli dosłownie biły się ze sobą nawzajem. Przerwał ją dopiero głośny krzyk, dochodzący gdzieś z pokładu nad nami. 

— Widać brzeg! Niech wszyscy się przygotują do zejścia z pokładu! Upewnijcie się, że wszyscy wyszli. Nie chcemy, żeby ktoś został. – ogłosił donośnie. Te słowa zdecydowanie przyniosły reakcję podobną do zostania oblanym wiadrem lodowatej wody. Od razu zauważyłem przerażenie w oczach Jolanty. Poruszyła się niespokojnie i przenosząc spojrzenie z niewidocznego źródła dźwięku znowu zwróciła się ku mnie. 

— Adrik, podaj mi ten gen. Nie mamy czasu. – ten stanowczy ton wyraźnie jej nie pasował. Byłem niemal pewny, że pod tą pewnością siebie kryje się zawahanie i lęk. Czy było jednak dla nas teraz jakiekolwiek inne wyjście niż to które sama zaproponowała? Gdybym tylko wymyślił jakiś plan nie polegający na przyjęciu tak dużej dawki huminium... 

Ścisnąłem ugrzaną już pod wpływem mojego dotyku strzykawkę. Po chwili zawahania podniosłem się do siadu, aby wydobyć ją z kieszeni w jak najmniej bolesny dla mojego ramienia sposób, co jednak nie do końca pomogło. Syknąłem z niezadowoleniem, przenosząc na nią wzrok. 

– Nawet nie wiem czego to jest mieszanka. To ostatnia jaką mam przy sobie. – otworzyłem przed nią dłoń z jej zawartością. 

— Świetnie. — niemal od razu chwyciła to, co jej podałem – Gdzie się ją wbija? – zapytała spoglądając na mnie pytająco. Trzęsła się nerwowo, miałem wrażenie że coraz mocniej. Więc tak jak myślałem, tylko udawała że chce to zrobić. Zmarszczyłem brwi. 

Obróciłem się na posłaniu, siadając tuż naprzeciw niej. Chwyciłem jej dłoń, która momentalnie drgnęła tak mocno, że prawie udało się jej wyszarpnąć. Strzykawka zdążyła jednak trafić znowu do mojej dłoni, zanim cokolwiek się z nią stało. 

— Ja to zrobię. – westchnąłem. Sprawną ręką chwyciłem łokieć jej dłoni, który rozprostowałem. Na wierzch wyszły podrażnione żyły, otoczone dookoła niezagojonymi jeszcze, trzymającymi się w stanie opuchlizny ranami. 

— Zrobisz to szybko? — zapytała. Trzymając jej łokieć w swoim uścisku czułem jak nadal trzęsie się z nerwów. Bała się? Poczułem uderzające we mnie poczucie winy. 

– Nawet nie poczujesz. – zebrałem wszystkie swoje umiejętności aktorskie, posyłając jej przelotny uśmiech. Zanim zdążyła się bardziej przygotować, sprawnym, wyćwiczonym ruchem wbiłem igłę w jej żyłę, wstrzykując substancję. Musiałem mocno ją przy tym trzymać, czując jak cierpi na tym moje ramię.

– Co ty... – Usłyszałem nad sobą, odwracając wzrok w stronę drzwi od pomieszczenia, w których stanął Thomas. Właściwie zanim dotarł do mnie fakt jego osoby, poczułem gwałtowne odepchnięcie, dużo silniejsze niż poprzednie próby wyrwania się dziewczyny. Upadłem niefortunnie na zranioną kończynę. Jęknąłem z bólu, czując jak uszy wypełnia mi nagły pisk.

Z trudnością przerzuciłem się na plecy, kątem oka dostrzegając, jak przemieniona już dziewczyna rzuca się na przybysza w drzwiach, przy okazji wyrywając te z framug. Zakryłem twarz przed kawałkami drewna, które odprysnęły w moją stronę. Dopiero po chwili, zauważając że przemieniona znika z mojego pola widzenia zebrałem wszystkie swoje siły, by podnieść się na nogi i wstać. Ruszyłem chwiejnie jej śladami, co chwilę wpadając na ściany po bokach. Pod nogami widziałem krew. Krew i kawałki tego, co zostało z osoby, która stanęła w naszych drzwiach w niewłaściwym momencie. Nie było jednak czasu teraz się tym przejmować. Być może nawet jej się nie przypomni, że doszło do czegoś takiego, a jeżeli nawet, mogę powiedzieć, że sam to zrobiłem. 

Wspiąłem się po schodkach, gdzie momentalnie uderzył mnie widok panującego harmidru. Ciężko było mi wyłapać konkretne zdarzenia aktualnej chwili przez nieustępujący ból. Wzdrygnąłem się na widok szarżującej w moją stronę Jolanty, dopiero po chwili zauważając w jej postawie, że odzyskała już świadomość. Chwyciła mnie w przednie łapy i wzniosła się na skrzydłach poza przeludniony pokład, w parę sekund zostawiając go w tyle. Gdzieś blisko nas przeleciało parę strzał, zanim hałas z okrętu stał się tylko cichym odgłosem majaczącym z daleka. Przez chwilę panował przyjemny spokój, wiejący wiatr dawał przyjemny chłód i jednocześnie ukojenie. Poczułem, że powieki same mi ciążą, zupełnie, jakbym zaraz miał zapaść w sen. Dopóki nie zaczęliśmy spadać. Zanim się zorientowałem, wylądowałem puszczony przez Jolantę wprost do lodowatej wody. Natychmiastowo odzyskałem wszystkie zmysły, walcząc z własnym ciałem, by nie opaść na dno. Miałem wrażenie że trwało to wieki, zanim udało mi się poczuć pod nogami ląd. Popchnięty przez falę niemal upadłem na piasek z ulgą. Ramię paliło mnie teraz jakby znajdował się w nim żar i pomimo tego, że nie czułem nawet jakiegokolwiek zimna, zauważyłem że drżę. Zacisnąłem na chwilę powieki i odgarnąłem przemoczone końcówki włosów z oczu. Szczypały mnie oczy. Czułem, że działanie huminium zaczyna ustępować, jednak nadal w zbyt małym stopniu, bym mógł zacząć się regenerować. Czy aby na pewno dam radę wytrzymać? Chyba jeszcze nigdy przedtem nie miałem takich wątpliwości co do swojego stanu zdrowia. Nigdy nie byłem ranny w taki sposób i osłabiony na tyle, by nie móc regenerować się nawet w powolnym tempie. Ale nie mogę się poddać. Nie teraz. 

Zwróciłem spojrzenie w stronę Jolanty, której dopiero w tej chwili udało się wyjść na brzeg. Nadal była w swojej dopiero co przemienionej postaci. Wielkie, biało czarne skrzydła leżały bez ładu po jej bokach, poruszając się co chwilę bez większego sensu, jakby nagle zapomniała, w jaki sposób przed chwilą używała ich do ucieczki. W końcu udało jej się na nich odrobinę podeprzeć. Skierowała na mnie swoje niepewne, pytające spojrzenie, z którego łatwo odczytałem jej myśli. 

Dobrą chwilę zajęło mi podniesienie się i podejście do niej, a później powstrzymanie własnego ciała od upadku. Nie mogłem powstrzymać nawiedzających mnie co chwilę dreszczy. W końcu sprawną ręką sięgnąłem karku dziewczyny, jednym ruchem mocno zaciskając palce w znanych mi punktach. Jolanta krzyknęła, w mgnieniu oka wracając do ludzkiej postaci. Chciałem uchronić ją od upadku, jednak po chwili sam znalazłem się na kolanach, trzymając ją w objęciu sprawnej ręki. 

– Wszystko boli cię po przemianie, wiem. – szepnąłem – ale to minie. Zwykle całkowite przeswojenie substancji zajmuje najdłużej jeden dzień. Po tym czasie będziesz już w stanie regenerować się szybciej. – wyjaśniłem, chociaż nie byłem pewny czy wybrzmiało to jasno i czy w ogóle dotarły do niej te słowa przez ból, z którym teraz zapewne walczyła. Nie była nawet w stanie na mnie spojrzeć. 

Podniosłem więc wzrok na otaczający nas teren, by się po nim rozejrzeć. Tuż za linią jasnego piasku zaczynał się las gęsto usianych drzew. Granica ciągnęła się aż do ledwie widocznego w oddali portu, do którego zapewne miała plan zmierzać nasza była załoga. Tam mieli podpalić statek wraz ze mną i Jolantą w środku. Skoro tak, zapewne nie będą dalej płynąć starym kursem, ale ruszą naszym śladem. Nie musiałem długo szukać wzrokiem unoszącego się na wodzie kształtu. Nawet nie wyglądał jakby był szczególnie daleko stąd. Czy są teraz w stanie dostrzec nas na plaży? 

– Musimy uciekać w las. Nie ma innego wyjścia. – stwierdziłem – Pomogę ci wstać. – chwyciłem ją mocniej. Właściwie nawet mi samemu było ciężko się podnieść. Kiedy oboje jakoś stanęliśmy na nogach, czułem się jakbym właśnie przebiegł niewiadomą ilość kilometrów. Przeciągnąłem rękę Jolanty przez swój kark, aby mogła się na mnie oprzeć by nie upaść w trakcie marszu. 

– Adrik, przecież sam ledwo się trzymasz... Dam radę sama. – zaoponowała od razu, jednak nie pozwoliłem jej cofnąć ręki. 

– Pewnie, ale wolę ci pomagać niż zbierać później z ziemi. – posłałem jej rozbawione spojrzenie. Nie mam pojęcia jak daleko od nas znajdował się statek, kiedy udało nam się zniknąć poza granicą lasu. Słońce dopiero wstawało, jednak przez gęstość terenu nadal panował tutaj półmrok. 

– Twoja rana... – Usłyszałem. Miałem wrażenie że to dreszcze, które co chwilę mnie nękały zwróciły jej uwagę w tamtą stronę. Faktycznie nie wyglądało to dobrze, krew mocno przesiąknęła już opatrunki, spływając dalej w dół. Nawet czułem się, jakbym był teraz w stanie zasnąć na stojąco, kiedy tylko na sekundę się zatrzymam. 

– Będzie paskudna blizna. – wymusiłem śmiech, mając nadzieję, że może poprawi to samopoczucie również mnie. Zauważyłem jednak przejęcie w jej oczach, nie udało się. – I tak nic z tym teraz nie zrobisz. – westchnąłem po chwili, odwracając wzrok na otoczenie. Moją uwagę przykuło duże drzewo, nieco większe na tle innych, które je otaczały. Po jego korze w dół spływała rozszerzająca się, wypełniona ciemnością szrama. Szczelina? Skierowałem nas w jego stronę, aby przyjrzeć się temu bliżej. Dopiero, kiedy znaleźliśmy się naprawdę blisko, zza gęstych krzaków można było zauważyć, że drzewo nisko w sobie ma wgłębienie, nawet wykopany, dużej wielkości dół. Zapewne zrobiło to jakieś spore zwierzę szukające schronienia. 

I musiało być to dawno, bo w środku zalegało mnóstwo starych, wyschniętych liści. 

– Zmieścimy się. – stwierdziłem po wcześniejszym zajrzeniu do środka. Jolanta chwilę się wahała, jednak w końcu zniżyła się powolnie, by wejść do środka. 

– To może być dobra kryjówka, będą szukać nas dalej, w głębi lasu. Do tego te krzaki zasłaniają wnętrze. – odpowiedziała. Cóż, na pewno nie było to miejsce, w którym ktokolwiek chciałby spędzić więcej czasu, jednak w naszej obecnej sytuacji wydawało się najlepsze. Wypełniający wnętrze zapach starości zmieszany z wilgocią mógł nawet całkiem nieźle maskować woń krwi przed hybrydami, które znajdowały się w szeregach szukających nas wrogów. W dodatku było tu naprawdę sporo miejsca jak na taką dziurę. Kto wie, może nawet nie zwierzę to wykopało, ale jakiś człowiek albo metamorfoza? Pomimo tego, że nogi musiałem trzymać podgięte, było również względnie wygodnie. I cicho. Zdecydowanie zbyt cicho. Po krótkiej chwili siedzenia bez słowa, wsłuchując się tylko w odgłosy lasu, poczułem ogarniające mnie zmęczenie. Próbowałem jakoś odepchnąć od siebie to uczucie, wpatrując się w stopniowo jaśniejący pod wpływem wschodu słońca teren poza wyjściem, jednak to ciągle wracało.

– Boli już mniej. – usłyszałem obok siebie. Dziewczyna leżała z przymkniętymi oczami, wyraźnie zadowolona z tego, że może odpocząć. Po chwili jednak uchyliła powieki, spoglądając na mnie poważnie. – Jak długo jeszcze nie będziesz mógł się zregenerować? – w jej głosie usłyszałem przejęcie, miałem wrażenie, że również odrobinę bezradność. 

– Sam nie wiem. Czuję, że huminium zaczyna ustępować, ale jeszcze w zbyt małym stopniu, bym mógł wrócić do siebie. – odpowiedziałem w zamyśleniu. Dziewczyna nadal spoglądała na mnie tym samym wzrokiem. Zastanawiała się jak mi pomóc? Chyba w naszym obecnym położeniu nie było to zbyt możliwe. Nie ma szans aby udało nam się znaleźć nagle inną osadę, która mogłaby pomóc. Nawet nie zawołam metamorfoz, z którymi zwykle podróżuję, nie mam pojęcia co by się stało, gdyby nagle zobaczyły tego "najsilniejszego", któremu służyły ze strachu w takim stanie. Mogłoby to wpędzić nas w jeszcze gorszą sytuację.

– Może poprawię twój opatrunek... – wyciągnęła rękę w stronę mojego ramienia, ale zanim zdążyła go sięgnąć, chwyciłem ją w nadgarstku.

– Zostaw, to nie pomoże. Przestanie krwawić kiedy nie będę się ruszał. – odłożyłem jej dłoń w miejsce, w którym trzymała ją wcześniej. Niechętnie skinęła głową.

Chłód i spokój jaki teraz panował dookoła nas, sprawiał, że naprawdę trudno było mi nie tracić świadomości. 

Chwilę milczałem w skupieniu.

– Mówiłaś... Że skoro ze mną zostajesz, chcesz lepiej mnie poznać. – wymamrotałem, powstrzymując powieki od osunięcia się na oczy. Błądziłem przed sobą wzrokiem, nie potrafiąc utrzymać go w jednym punkcie. Czułem, że muszę skupić na czymś myśli, by nie odlecieć. Nie mogę poddać się teraz senności, muszę zaczekać, aż zacznę się chociaż powolnie regenerować. Może nawet jest to dobry temat na wypadek gdyby mi się nie udało. Głupio byłoby umierać w taki sposób, tak samo jak zostawiać ją bez odpowiedzi, dla których postanowiła ze mną zostać. – Nie wiem czego dokładnie ode mnie oczekujesz, właściwie nie jestem wcale inny niż ten, jakiego zdążyłaś mnie już poznać. – zacząłem, starając się ułożyć w głowie to, co chcę powiedzieć dalej i jednocześnie odwrócić uwagę od ogarniającego mnie własnego lęku. Spojrzeniem zabłądziłem w jej poranionych jeszcze rękach, które powoli zaczęły wracać do siebie. Nawiązałem z nią chwilowy kontakt wzrokowy, by móc dodać powagi temu, co chciałem jej teraz uświadomić. – Dowodzę tymi, którzy cię tam skrzywdzili... Sam wszystkiego ich nauczyłem. – zmarszczyłem brwi. Zamierzałem wyjawić jej takiego siebie, jakiego widzę sam. Nawet jeżeli nie takiego chciała poznać. – Tak jak mnie wszystkiego nauczyło życie. Właściwie od najmłodszych lat. Moja matka zmarła przy porodzie, nawet przed jego planowaną datą. Była moją pierwszą ofiarą. Od samego początku osłabiała ją moja krew i w końcu jej organizm nie wytrzymał. Zanim odeszła, kazała ojcu rozpruć sobie brzuch, aby dać szansę przeżyć swojemu mordercy. – zaśmiałem się słabo – Przynajmniej tak mi to opowiedziano. Śmierć ojca zapamiętałem już sam. Miałem 4 lata, kiedy został pożarty żywcem przez dzikie metamorfozy nie panujące nad tym, co w sobie miały. Kłóciłem się wtedy z siostrą, zwróciłem na nas ich uwagę, dlatego to się stało. Nawet doskonale pamiętam o co. – spotkałem się ze spojrzeniem swojej towarzyszki. – Chciałem wierzyć w to, że matka wcale nie zginęła przeze mnie. Pomimo, że oni oboje uważali inaczej. Zabawne, patrząc na moje obecne życie, co? To w co chciałem wierzyć i tak szybko uległo zmianie, jak można się domyślić. Po śmierci ojca przez jeszcze jakiś czas szwędałem się ze starszą siostrą, jednak i z nią się rozdzieliłem, kiedy znaleźli nas ludzie króla. Przemieniłem się wtedy i uciekłem. Zostawiłem ją im, nawet nie zastanawiając się nad tym, że nie mogła pobiec za mną, bo nie panowała nad swoją drugą formą, tak jak ja. – uśmiechnąłem się gorzko, wbijając wzrok w swoje kolana. – Zostałem po tym już całkowicie sam. Może człowiek nie poradziłby sobie w moim położeniu, będąc jeszcze małym dzieckiem, ale kiedy urodzisz się hybrydą, dorastasz szybciej. Aby przeżyć, wykorzystywałem swoją wrodzoną siłę. Mając 7 lat byłem już zdolny samodzielnie zabić metamorfozę. W tamtym momencie przestało mi nawet ciążyć to, o co obwiniali mnie bliscy. Zamiast tego z jakiegoś dziwnego powodu zapragnąłem ukarać tego, przez którego Aralun straciło swoją normalność. Kiedy zauważyłem, że jakaś z moich ofiar mogłaby czegoś mnie nauczyć, przed zabiciem zmuszałem ją, aby to zrobiła. Mając podstawy, resztę byłem w stanie odnaleźć sam, aby w końcu wspiąć się na szczyt. Byłem już o krok od osoby, do której dążyłem. Nawet trzymałem go w swoich rękach. Wiesz co wtedy zrobił? – zapytałem, zaciskając pięść na materiale swoich spodni. Nie zaczekałem na odpowiedź. – Wyskoczył ze mną przez okno piętrowca i jakimś dziwnym sposobem uciekł. Kiedy zdołałem się zregenerować, jego już nie było. Nie mam pojęcia gdzie się teraz znajduje i czy w ogóle żyje. Mogę jedynie próbować badać jego "dzieło", aby móc je naprawić. Nie muszę dawać nadziei bezbronnym ludziom. Mogę ich przemieniać, dając im siłę i przynajmniej szanse na przeżycie w tym bezwzględnym miejscu. – spojrzeniem dałem znać dziewczynie, że skończyłem. 

– Adrik... – domyśliłem się na co zbiera myśli, dlatego znowu się wtrąciłem. 

– Nie musisz próbować pocieszyć mnie po tym, co usłyszałaś. Nawet jeżeli byś uważała, że to nie moja wina, bo byłem wtedy dzieckiem... Nic to teraz nie zmieni. W chwili obecnej nie sądzę, abym czynił źle. Nawet kiedy zabijam. – coraz bardziej czułem, że nawet kiedy skupiam myśli na mówieniu, przestaje mi to pomagać w oddaleniu od siebie senności. – A ty? Jak się tutaj znalazłaś, nie jesteś przecież z Aralun. Na pewno stąd nie jesteś... 

– Kiedy byłam mała, mieszkałam na Aries. – miałem wrażenie, że wolałaby bardziej skupić się na wymyśleniu jakiegoś sposobu, by mi pomóc, niż na opowiadaniu o sobie. Z jakiegoś dziwnego powodu mnie to zirytowało. Poczułem, że lękam się tej chwili ciszy, która między nami zapanowała. Nawet jeżeli miała trwać krótko, bo dziewczyna starała się zebrać myśli. 

– Nie milcz. – zdałem sobie sprawę, że we własnym głosie słyszę rozpacz. Miałem nadzieję, że wcale nie wybrzmiało to tak żałośnie, jak mi się wydawało. Zacisnąłem pięść, zdając sobie sprawę, że opuszcza mnie nawet siła. 

– Na pewno pamiętasz, że kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy, mieszkałam z Nerge. – zaczęła opowiadać. Próbowałem skupić się chociaż na jej słowach. Naprawdę próbowałem. W końcu jednak, powieki same oddzieliły mnie od rzeczywistości.

– Przepraszam... – szepnąłem, nawet nie wiedząc już, czy urwałem jej w pół słowa, czy trafiłem w moment przerwy. Może nawet nie wypowiedziałem tego na głos? Po prostu pochłonęła mnie senność, nie udało mi się jej wytrzymać.


Jolka? :3

© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Freepik FlatIcon