Zaczęłam opowiadać jednak zarówno lęk co do stanu Adrika co ból po przemianie, który wciąż tlił się pod skórą, nie ułatwiały mi zebrania myśli. Nie zdążyłam dobrze zacząć, kiedy ze strony naukowca dobiegł niewyraźny pomruk, jak gdyby miał coś powiedzieć.
— Adrik? — spojrzałam na niego — Adrik, śpisz?
Proszę żeby tylko zasnął, powtarzałam sobie w głowie, kiedy pochyliłam się nad nim. Znów wypowiedziałam jego imię. Żadnej reakcji. Potrząsnęłam ostrożnie jego bokiem, spróbowałam poklepać po twarzy. Daremnie. Czułam jak krew huczy mi w głowie. Co mam zrobić? On jeszcze żyje? Skąd mam wiedzieć czy właśnie nie umiera?!
— Adrik, błagam cię, obudź się!
Oddycha? Chwyciłam się myśli, która nagle pojawiła się w mojej głowie. Nachyliłam się nad jego twarzą i spojrzałam na klatkę piersiową. Unosiła się. Czułam jego oddech na policzku. Pod palcami, które umieściłam na jego szyi wyczułam puls. Sama pozwoliłam sobie w końcu na oddech. Dość gwałtowny. Niemal się zakrztusiłam. Musiał stracić przytomność. Ale żyje. Przynajmniej żyje.
Odsunęłam się nieco i odchyliłam głowę próbując unormować oddech. Płuca wciąż zaciskały mi się nieprzyjemnie, ale rześkie powietrze pozwalało choć odrobinę rozluźnić zmysły. Co teraz? Spojrzałam na niego. Może powinnam położyć go w tej pozycji... bezpiecznej. Skąd mam wiedzieć czy coś się nie stanie? Czy nagle się nie pogorszy? Nikt mi nie pomoże. Wyciągnęłam dłoń w jego stronę i gwałtownie odskoczyłam. Sapnęłam uderzając głową w pień drzewa. Moja ręka już ręką nie była. Patrzyłam na czarne łapsko, z wysuniętymi pazurami. Przeszły mnie ciarki. Nawet nie zauważyłam kiedy to się stało. Kiedy nagle z człowieka, stałam się metamorfozą. Mogłam go skrzywdzić gdybym nie zauważyła wystarczająco wcześnie. Przecież te pazury z łatwością rozerwałyby skórę.
Skuliłam wielkie cielsko, próbując opanować potężne skrzydła. Wciąż nad nimi nie panowałam. W ciasnocie nory zajmowały zdecydowanie zbyt dużo miejsca. Nowy zestaw mięśni nadal nie chciał mnie jednak słuchać. Spojrzałam na Adrika leżącego w bezruchu. Przyciskało go w tej chwili białe, opierzone ramię. Miałam ochotę uciec, jakby to zwalniało mnie z jakiejkolwiek odpowiedzialności. Jakbym dzięki temu jakimś magicznym sposobem znów mogła być człowiekiem.
Przylgnęłam do ziemi. Jak dużo czasu nam zostało zanim dotrą tu ludzie ze statku? Jak dużo czasu zostało Fenrirowi? Nie chciałam patrzeć jak umiera. Ale nie wiedziałam co mogę dla niego w tej chwili zrobić.
Obudził mnie ostry ból na karku. Jęknęłam, niemal krzycząc, kiedy czyjaś dłoń mocno zacisnęła się na moich ustach. Zostałam pociągnięta do tyłu. Ogarnął mnie lęk, gdy moje ciało oparło się o cudzy tors. Chciałam się wyrwać i krzyknąć, ale nie mogłam wydobyć dźwięku z zaciśniętego gardła.
— Cii, — znajomy szept przedarł się do mojego przestraszonego umysłu — ktoś jest na zewnątrz.
Spojrzałam na niego kątem oka. Patrzył na zewnątrz, nasłuchując. Przełknęłam nerwowo ślinę. Niech mnie puści... Dlaczego musi mnie trzymać? Ścisnęło mnie w gardle. Czułam jak rosnący w nim węzeł pragnie się wydostać. Wzięłam większy, szybki oddech. Było mi duszno. Poczułam jak z oczu wypływa mi struga łez. Nie mogłam się uspokoić.
Drgnęłam gwałtownie słysząc trzask gdzieś z powierzchni. Sparaliżowało mnie. Uświadomiłam sobie, że to nas szukają. Ktoś był tuż obok. Z odległości dotarły do mnie stłumione głosy. Musiało ich być więcej. Wydawali się poirytowani. W pośpiechu. Niemal podskoczyłam słysząc szelest liści. Mogłabym przysiąc że ktoś miał właśnie odsunąć krzak, który rósł przed jamą, gdzie byłam z naukowcem. Łowca nie odkrył naszej kryjówki. Nie do końca rozumiałam co się stało. Do mojego spanikowanego umysłu dopiero chwilę później dotarło, że ktoś w pobliżu go zawołał. Zesztywniała jeszcze kilka chwil spędziłam w tej samej pozycji. Dopiero zelżały uścisk dłoni Adrika uświadomił mi, że tamci już zniknęli.
— Zwariowałeś!? Nie dotykaj mnie! — odepchnęłam od siebie naukowca, kiedy moje ciało wyczuło lepszy moment na ucieczkę. Czułam nową falę strachu i obrzydzenia.
— O co ci znowu chodzi? — mruknął urażony, kiedy ja w panice wydostałam się na zewnątrz — Znaleźliby nas gdybyś się wtedy odezwała!
Odwróciłam się do niego plecami, kiedy wyszedł za mną z jamy. Pospiesznie otarłam mokre od łez policzki i wzięłam głęboki oddech, próbując powstrzymać się od płaczu. Czułam na sobie jego spojrzenie. Gęstniejąca pomiędzy nami cisza tylko mnie stresowała, ale odezwałam się dopiero mając pewność, że nie zaleję się znowu łzami.
— Przepraszam. — napotkałam jego wzrok, zwracając się ku niemu — Niepotrzebnie na ciebie naskoczyłam. Jak twoja rana?
Miałam nadzieję, że podejmie temat i przemilczy mój wybuch.
— Jestem cały, jak widać. — Uśmiechnęłam się pod nosem. Przynajmniej tyle. — Musimy iść. Pewnie znowu tu wrócą, kiedy nas nie znajdą.
Skinęłam głową.
— Więc chodźmy. — Zamilkłam na moment. Objęłam się rękami, szukając otuchy. — Tylko właściwie dokąd?
Zdałam sobie sprawę, że nie mam pojęcia co powinnam teraz ze sobą zrobić. Nie byłam już człowiekiem. Każdy kto by się o tym dowiedział nie patrzyłby już na mnie uprzejmie. Ale właściwie to co z tego? No właśnie. Przecież teraz jestem silniejsza. Nie powinnam czuć się z tym źle. Więc dlaczego boję się co inni pomyślą? Czemu przeraża mnie myśl o tym, co mogą zrobić?
Przypomniałam sobie, co Adrik mówił, kiedy ukryliśmy się w tamtym drzewie. Więc jest hybrydą. Nie tyle metamorfozą, ale urodzoną hybrydą. Już jego rodzice byli przemienieni, a on był ich potomkiem. Dlatego był uważany za silniejszego? Ciężko przychodziło mi przyjęcie wszystkiego co wtedy usłyszałam. Chciałam poruszyć ten temat, ale nawet nie do końca wiedziałam co miałabym mu powiedzieć. Nie wiedziałam jak się z tym czułam. Choć głównie miałam wrażenie, że w końcu zaczynam go rozumieć, gdzieś w głębi zalągł się strach i odrzucenie - robił te wszystkie rzeczy, nauczył ich swoich naukowców. Wstrząsnęłam głową. Chyba nie to miał na myśli. Mam nadzieję...
— Do Starego Miasta. — Adrik przywrócił mnie do rzeczywistości.
Ruszyłam tuż za nim. Nie opuszczał mnie sztywny krok. Pójdziemy tam, gdzie wszystko się zaczęło. Tam gdzie jest Nerge. W końcu będę mogła go zobaczyć. W końcu znowu będziemy wolni. W pewnym sensie już czułam się bezpieczniejsza. Nie mogłam powiedzieć, że w pełni ufam Adrikowi, ale coś kazało mi trzymać się blisko niego. Widziałam przecież, że nie jest taki do cna zepsuty i zły. Podświadomie czułam, że mam teraz nadany kierunek. A nic nie stresuje mnie bardziej, niż wrażenie, że krążę bez celu i po omacku. Przez ostatni czas zawsze miałam przy sobie swojego przyjaciela. Czułam w nim oparcie, często to on sam podejmował decyzje, ale brakowało mi w tym czegoś. Z Nerge nie mieliśmy sił. Skupialiśmy się jedynie na tym, żeby żyć. Na tym, żeby się ukrywać. Podniosłam spojrzenie, patrząc na idącego przede mną naukowca. Teraz nie chciałam się już kryć i czułam, że w końcu będę w stanie coś zrobić.
Szliśmy bez przerwy, aż słońce nie stanęło wysoko na nieboskłonie i Adrik zgodził się na krótki postój. Ostre światło, które przedzierało się między drzewami raziło mnie w oczy. Byłam głodna, zmęczona i czułam, że brak mi sił. Podparłam się o pień potężnego świerka i ułożyłam na nim czoło. Naukowiec zniknął gdzieś po drugiej stronie, mając zamiar rozejrzeć się w najbliższej okolicy. Przeszły mnie ciarki, kiedy poczułam nieprzyjemny dreszcz w kroku. Na granicy łaskotek i tarcia. Mimowolnie zacisnęłam uda. W oczach stanęły mi łzy, które chwilę później oznaczyły się na mojej twarzy gęstą linią. Potarłam się po wewnętrznej stronie ud. Chciałam zrobić to samo ze sromem, zatuszować jakkolwiek to, co zapamiętało moje ciało, ale na myśl o dotknięciu się tam, gdzie on mnie dotykał zrobiło mi się niedobrze. Osunęłam się na kolana, czując, że nie mam siły dłużej stać. To uczucie, te wspomnienia... one wciąż wracały. Kiedy stałam, kiedy szłam za Adrikiem, teraz... Nie mogłam się ich pozbyć. Kręciło mi się w głowie z tego wszystkiego. Chciałam, żeby to ustało, żeby to nigdy się nie wydarzyło. Chciałam mu się odpłacić. Ścisnęłam dłoń w pięść i skuliłam się, chowając twarz w ręce położone na nogach. Wszystkim im się należało. Powinni poczuć co to cierpienie. I poczują.
Byłam pewna, że ludzie, którzy przeprawili mnie na Aries wciąż żyli. Musieli żyć. Nie umrą póki ja ich nie znajdę. Pewnie wciąż byli gdzieś na Morhen. Muszę znowu się tam dostać. Dowiedzieć się gdzie są. A wtedy... Przygryzłam policzek czując jak nieprzyjemnie ściska mnie serce, na myśl spotkania z oprawcą. Odegram się. To jedyny sposób, żeby moja dusza znowu znalazła spokój.
Zatrzymaliśmy się dopiero pod wieczór. Wokół rosły same drzewa obrośnięte w liście, a gleba była wilgotna i pofałdowana. Zostaliśmy w jednym z większych zagłębień, mając nadzieję, że nawet jeśli ktoś będzie tędy przechodzić, pozostaniemy niezauważeni.
Ułożyłam się na ziemi, plecami do naukowca. Od ziemi bił paraliżujący chłód. Zamknęłam oczy i jęknęłam na wspomnienie, które mnie uderzyło. Gwałtownie otworzyłam powieki, chcąc wygnać powracające obrazy. Skuliłam nogi, obejmując je ręką. Musiałam być cicho. Musiałam spać. Zagryzłam pięść biorąc niespokojny, poszarpany oddech. Nie zamknę oczu. Nie teraz. Grube łzy spłynęły na moją skórę, kiedy mrugając jeszcze wyraźniej wszystko zobaczyłam. Nie mogę już spać i dłużej tego widywać. Pociągnęłam nosem. Jeszcze mocniej zacisnęłam zęby na dłoni, którą wciskałam w swoje usta. Jedynie świadomość, że obok jest Adrik, zmuszała mnie do powstrzymania gwałtownego wybuchu emocji. Leżałam skamieniała, nie chcąc zwrócić jego uwagi. Ignorowałam wodę skapującą mi z nosa. Płynna tafla znów pokryła mój widok, kiedy ciało zareagowało na dotyk, którego nie mogło przecież czuć. Nie.
Podniosłam się gwałtownie. Od razu ruszyłam przed siebie. Wiedziałam, że nie może go tutaj być, ale wciąż czułam niepokój. Miałam wrażenie, że mnie obserwuje. Że znowu mnie dopadnie, a wtedy... Bałam się. Choć brałam szybkie oddechy, nie zapewniały mi dostatecznej ilości tlenu. Podtrzymywałam się drzew, idąc pomiędzy nimi. Zamglonymi oczami niewiele widziałam, jednak czułam jak robi się chłodniej. Kaszlnęłam czując, że zawartość żołądka podchodzi mi do gardła. Uczepiłam się pnia olchy i przeczekałam, aż odzyskam wzrok. Im więcej widziałam tym bardziej drżały mi ręce. Dopiero po chwili dotarło do mnie, jak zimno jest mi w stopy. Drgnęłam gdy coś załaskotało mnie po kostce. Stałam w wodzie. W wątłym świetle dostrzegłam ciemną toń, o srebrzystej, rozmytej tarczy księżyca. Ruszyłam w tamtą stronę, czując napływające do umysłu otępienie.
To było jezioro. W powietrzu unosiła się mętna woń zamszonych kamieni i glonów. Zatrzymałam się przy brzegu, zanurzając kostki w wodzie. Teraz towarzyszył mi przyjemny chłód. W jakiś sposób uziemiał myśli. Spojrzałam na niebo. Zasnuło się szybko płynącymi chmurami, które zasłoniły na chwilę księżyc i gwiazdy.
— Babciu... — Usiadłam na wilgotnym brzegu i otarłam oczy. Wzięłam garść piachu i złączyłam go w dłoniach przed sobą. — Chyba zrobię coś złego. Coś naprawdę złego... Wiem — westchnęłam — zemsta to nie rozwiązanie, zawsze mi to powtarzasz — zacisnęłam zęby — ale nie mam siły już z tym walczyć. Muszę to zrobić, inaczej to zniszczy mnie od środka. Oni nikogo już więcej nie skrzywdzą. Ludzie tego potrzebują. J A tego potrzebuję! Mój duch już nigdy nie będzie spokojny. Nie dopóki ich nie dopadnę.
Zmięłam trzymany w dłoniach piach. Bałam się dokończyć wypowiedź głośno. Ale ziemia przecież i tak słyszy. Duchy zawsze czują.
— Zabiję ich. — mruknęłam w dłonie, uśmiechając się drwiąco. Same te słowa przyniosły mi ulgę, pozwalając wziąć w końcu głęboki, satysfakcjonujący oddech. Chwilę kosztowałam te słowa w myślach. Pozwoliłam sobie na fantazje jak tego dokonać. Aż nie wyczułam jakiegoś ruchu. Gdzieś tutaj.
— Wszystko w porządku?
Drgnęłam gwałtownie. Obróciłam głowę, zauważając Adrika przy drzewie tuż za mną. Niepokój nie chciał ustąpić. Czułam jak serce nieprzyjemnie uderza mi w pierś.
— Tak... Ja tylko... Nie mogłam zasnąć. — zsunęłam wzrok na swoje dłonie. Ucałowałam swoje złączone kciuki i skruszyłam trzymany piach, kierując do niego ciche słowa — Mam nadzieję, że mi wybaczysz babciu...
Przełknęłam nerwowo ślinę, zastanawiając się, jak długo mógł tu być. Mimo to nie chciałam pytać. Podciągnęłam nogi pod brodę i oparłam na nich głowę. Owinęłam je rękami. Przypomniało mi się, co chłopak mówił rano.
Nie usłyszałam odpowiedzi, ale zgrzyt piasku pod jego stopami był wystarczająco jasny. Mimowolnie drgnęłam kiedy kucnął obok. Odetchnęłam głęboko, czując jak odpycham od siebie myśli. To jeszcze nie była panika. Byłam w stanie pozbyć się tego niepokoju. Przymknęłam oczy, skupiając się na zapachach i odczuciach wobec wszystkiego tego, co mnie otaczało. Uśmiechałam się. Wiedziałam już co sama chciałam osiągnąć. Zignorowałam sięgający we mnie gniew, pozwalając sobie udawać, że go nie ma. W końcu otworzyłam oczy i spojrzałam w wodę przy moich stopach.
— Dziękuję. — Uniosłam kącik ust i zanurzyłam dłoń w mokre podłoże jeziora. Wyczułam pod palcami drobny kamień. Wyciągnęłam go przed siebie. Obracałam go w dłoniach, wpatrując się w jego brązowy, zaokrąglony kształt. — Za to, że mi o sobie powiedziałeś. I za pozostałe rzeczy też. Nawet jeśli były twoją sprawą. Bez urazy. — Parsknęłam cichym śmiechem i spojrzałam na niego sprawdzając, czy na jego obliczu faktycznie nie pojawi się gniew. — Trochę myślałam o tym co mówiłeś. Wiem, że nie chcesz do tego wracać... Twojej matce musiało bardzo na tobie zależeć. Chciała żebyś żył. Po prostu... Za ostro się oceniasz. — Wyciągnęłam kamień w jego stronę. Widziałam w jego oczach jak walczy z tym stwierdzeniem. — Powiedzieli ci, że jesteś zły, więc sam się tak widzisz. Więc tak żyłeś. Rób to, co uważasz za stosowne. To możesz zrobić dla niej. I przede wszystkim dla siebie. W końcu będziesz tym, kim chcesz się stać. — Wsunęłam kamień w jego dłoń. — U mnie wierzymy, że zawsze można zwrócić się o pomoc. Ziemia, drzewa, nawet ten kamyk, każde z nich jest w stanie wysłuchać intencji nawet z samej myśli. A potem pokierować ją dalej. Nawet do zmarłego. Możesz też po prostu przekazać to, co ci ciąży. To nie zniknie... Ale przynajmniej podzieli ból. A jeśli dostaniesz odpowiedź z drugiej strony, zawsze będziesz wiedzieć. Poczujesz. — Położyłam dłoń na własnym sercu.
— Adrik? — spojrzałam na niego — Adrik, śpisz?
Proszę żeby tylko zasnął, powtarzałam sobie w głowie, kiedy pochyliłam się nad nim. Znów wypowiedziałam jego imię. Żadnej reakcji. Potrząsnęłam ostrożnie jego bokiem, spróbowałam poklepać po twarzy. Daremnie. Czułam jak krew huczy mi w głowie. Co mam zrobić? On jeszcze żyje? Skąd mam wiedzieć czy właśnie nie umiera?!
— Adrik, błagam cię, obudź się!
Oddycha? Chwyciłam się myśli, która nagle pojawiła się w mojej głowie. Nachyliłam się nad jego twarzą i spojrzałam na klatkę piersiową. Unosiła się. Czułam jego oddech na policzku. Pod palcami, które umieściłam na jego szyi wyczułam puls. Sama pozwoliłam sobie w końcu na oddech. Dość gwałtowny. Niemal się zakrztusiłam. Musiał stracić przytomność. Ale żyje. Przynajmniej żyje.
Odsunęłam się nieco i odchyliłam głowę próbując unormować oddech. Płuca wciąż zaciskały mi się nieprzyjemnie, ale rześkie powietrze pozwalało choć odrobinę rozluźnić zmysły. Co teraz? Spojrzałam na niego. Może powinnam położyć go w tej pozycji... bezpiecznej. Skąd mam wiedzieć czy coś się nie stanie? Czy nagle się nie pogorszy? Nikt mi nie pomoże. Wyciągnęłam dłoń w jego stronę i gwałtownie odskoczyłam. Sapnęłam uderzając głową w pień drzewa. Moja ręka już ręką nie była. Patrzyłam na czarne łapsko, z wysuniętymi pazurami. Przeszły mnie ciarki. Nawet nie zauważyłam kiedy to się stało. Kiedy nagle z człowieka, stałam się metamorfozą. Mogłam go skrzywdzić gdybym nie zauważyła wystarczająco wcześnie. Przecież te pazury z łatwością rozerwałyby skórę.
Skuliłam wielkie cielsko, próbując opanować potężne skrzydła. Wciąż nad nimi nie panowałam. W ciasnocie nory zajmowały zdecydowanie zbyt dużo miejsca. Nowy zestaw mięśni nadal nie chciał mnie jednak słuchać. Spojrzałam na Adrika leżącego w bezruchu. Przyciskało go w tej chwili białe, opierzone ramię. Miałam ochotę uciec, jakby to zwalniało mnie z jakiejkolwiek odpowiedzialności. Jakbym dzięki temu jakimś magicznym sposobem znów mogła być człowiekiem.
Przylgnęłam do ziemi. Jak dużo czasu nam zostało zanim dotrą tu ludzie ze statku? Jak dużo czasu zostało Fenrirowi? Nie chciałam patrzeć jak umiera. Ale nie wiedziałam co mogę dla niego w tej chwili zrobić.
Obudził mnie ostry ból na karku. Jęknęłam, niemal krzycząc, kiedy czyjaś dłoń mocno zacisnęła się na moich ustach. Zostałam pociągnięta do tyłu. Ogarnął mnie lęk, gdy moje ciało oparło się o cudzy tors. Chciałam się wyrwać i krzyknąć, ale nie mogłam wydobyć dźwięku z zaciśniętego gardła.
— Cii, — znajomy szept przedarł się do mojego przestraszonego umysłu — ktoś jest na zewnątrz.
Spojrzałam na niego kątem oka. Patrzył na zewnątrz, nasłuchując. Przełknęłam nerwowo ślinę. Niech mnie puści... Dlaczego musi mnie trzymać? Ścisnęło mnie w gardle. Czułam jak rosnący w nim węzeł pragnie się wydostać. Wzięłam większy, szybki oddech. Było mi duszno. Poczułam jak z oczu wypływa mi struga łez. Nie mogłam się uspokoić.
Drgnęłam gwałtownie słysząc trzask gdzieś z powierzchni. Sparaliżowało mnie. Uświadomiłam sobie, że to nas szukają. Ktoś był tuż obok. Z odległości dotarły do mnie stłumione głosy. Musiało ich być więcej. Wydawali się poirytowani. W pośpiechu. Niemal podskoczyłam słysząc szelest liści. Mogłabym przysiąc że ktoś miał właśnie odsunąć krzak, który rósł przed jamą, gdzie byłam z naukowcem. Łowca nie odkrył naszej kryjówki. Nie do końca rozumiałam co się stało. Do mojego spanikowanego umysłu dopiero chwilę później dotarło, że ktoś w pobliżu go zawołał. Zesztywniała jeszcze kilka chwil spędziłam w tej samej pozycji. Dopiero zelżały uścisk dłoni Adrika uświadomił mi, że tamci już zniknęli.
— Zwariowałeś!? Nie dotykaj mnie! — odepchnęłam od siebie naukowca, kiedy moje ciało wyczuło lepszy moment na ucieczkę. Czułam nową falę strachu i obrzydzenia.
— O co ci znowu chodzi? — mruknął urażony, kiedy ja w panice wydostałam się na zewnątrz — Znaleźliby nas gdybyś się wtedy odezwała!
Odwróciłam się do niego plecami, kiedy wyszedł za mną z jamy. Pospiesznie otarłam mokre od łez policzki i wzięłam głęboki oddech, próbując powstrzymać się od płaczu. Czułam na sobie jego spojrzenie. Gęstniejąca pomiędzy nami cisza tylko mnie stresowała, ale odezwałam się dopiero mając pewność, że nie zaleję się znowu łzami.
— Przepraszam. — napotkałam jego wzrok, zwracając się ku niemu — Niepotrzebnie na ciebie naskoczyłam. Jak twoja rana?
Miałam nadzieję, że podejmie temat i przemilczy mój wybuch.
— Jestem cały, jak widać. — Uśmiechnęłam się pod nosem. Przynajmniej tyle. — Musimy iść. Pewnie znowu tu wrócą, kiedy nas nie znajdą.
Skinęłam głową.
— Więc chodźmy. — Zamilkłam na moment. Objęłam się rękami, szukając otuchy. — Tylko właściwie dokąd?
Zdałam sobie sprawę, że nie mam pojęcia co powinnam teraz ze sobą zrobić. Nie byłam już człowiekiem. Każdy kto by się o tym dowiedział nie patrzyłby już na mnie uprzejmie. Ale właściwie to co z tego? No właśnie. Przecież teraz jestem silniejsza. Nie powinnam czuć się z tym źle. Więc dlaczego boję się co inni pomyślą? Czemu przeraża mnie myśl o tym, co mogą zrobić?
Przypomniałam sobie, co Adrik mówił, kiedy ukryliśmy się w tamtym drzewie. Więc jest hybrydą. Nie tyle metamorfozą, ale urodzoną hybrydą. Już jego rodzice byli przemienieni, a on był ich potomkiem. Dlatego był uważany za silniejszego? Ciężko przychodziło mi przyjęcie wszystkiego co wtedy usłyszałam. Chciałam poruszyć ten temat, ale nawet nie do końca wiedziałam co miałabym mu powiedzieć. Nie wiedziałam jak się z tym czułam. Choć głównie miałam wrażenie, że w końcu zaczynam go rozumieć, gdzieś w głębi zalągł się strach i odrzucenie - robił te wszystkie rzeczy, nauczył ich swoich naukowców. Wstrząsnęłam głową. Chyba nie to miał na myśli. Mam nadzieję...
— Do Starego Miasta. — Adrik przywrócił mnie do rzeczywistości.
Ruszyłam tuż za nim. Nie opuszczał mnie sztywny krok. Pójdziemy tam, gdzie wszystko się zaczęło. Tam gdzie jest Nerge. W końcu będę mogła go zobaczyć. W końcu znowu będziemy wolni. W pewnym sensie już czułam się bezpieczniejsza. Nie mogłam powiedzieć, że w pełni ufam Adrikowi, ale coś kazało mi trzymać się blisko niego. Widziałam przecież, że nie jest taki do cna zepsuty i zły. Podświadomie czułam, że mam teraz nadany kierunek. A nic nie stresuje mnie bardziej, niż wrażenie, że krążę bez celu i po omacku. Przez ostatni czas zawsze miałam przy sobie swojego przyjaciela. Czułam w nim oparcie, często to on sam podejmował decyzje, ale brakowało mi w tym czegoś. Z Nerge nie mieliśmy sił. Skupialiśmy się jedynie na tym, żeby żyć. Na tym, żeby się ukrywać. Podniosłam spojrzenie, patrząc na idącego przede mną naukowca. Teraz nie chciałam się już kryć i czułam, że w końcu będę w stanie coś zrobić.
Szliśmy bez przerwy, aż słońce nie stanęło wysoko na nieboskłonie i Adrik zgodził się na krótki postój. Ostre światło, które przedzierało się między drzewami raziło mnie w oczy. Byłam głodna, zmęczona i czułam, że brak mi sił. Podparłam się o pień potężnego świerka i ułożyłam na nim czoło. Naukowiec zniknął gdzieś po drugiej stronie, mając zamiar rozejrzeć się w najbliższej okolicy. Przeszły mnie ciarki, kiedy poczułam nieprzyjemny dreszcz w kroku. Na granicy łaskotek i tarcia. Mimowolnie zacisnęłam uda. W oczach stanęły mi łzy, które chwilę później oznaczyły się na mojej twarzy gęstą linią. Potarłam się po wewnętrznej stronie ud. Chciałam zrobić to samo ze sromem, zatuszować jakkolwiek to, co zapamiętało moje ciało, ale na myśl o dotknięciu się tam, gdzie on mnie dotykał zrobiło mi się niedobrze. Osunęłam się na kolana, czując, że nie mam siły dłużej stać. To uczucie, te wspomnienia... one wciąż wracały. Kiedy stałam, kiedy szłam za Adrikiem, teraz... Nie mogłam się ich pozbyć. Kręciło mi się w głowie z tego wszystkiego. Chciałam, żeby to ustało, żeby to nigdy się nie wydarzyło. Chciałam mu się odpłacić. Ścisnęłam dłoń w pięść i skuliłam się, chowając twarz w ręce położone na nogach. Wszystkim im się należało. Powinni poczuć co to cierpienie. I poczują.
Byłam pewna, że ludzie, którzy przeprawili mnie na Aries wciąż żyli. Musieli żyć. Nie umrą póki ja ich nie znajdę. Pewnie wciąż byli gdzieś na Morhen. Muszę znowu się tam dostać. Dowiedzieć się gdzie są. A wtedy... Przygryzłam policzek czując jak nieprzyjemnie ściska mnie serce, na myśl spotkania z oprawcą. Odegram się. To jedyny sposób, żeby moja dusza znowu znalazła spokój.
Zatrzymaliśmy się dopiero pod wieczór. Wokół rosły same drzewa obrośnięte w liście, a gleba była wilgotna i pofałdowana. Zostaliśmy w jednym z większych zagłębień, mając nadzieję, że nawet jeśli ktoś będzie tędy przechodzić, pozostaniemy niezauważeni.
Ułożyłam się na ziemi, plecami do naukowca. Od ziemi bił paraliżujący chłód. Zamknęłam oczy i jęknęłam na wspomnienie, które mnie uderzyło. Gwałtownie otworzyłam powieki, chcąc wygnać powracające obrazy. Skuliłam nogi, obejmując je ręką. Musiałam być cicho. Musiałam spać. Zagryzłam pięść biorąc niespokojny, poszarpany oddech. Nie zamknę oczu. Nie teraz. Grube łzy spłynęły na moją skórę, kiedy mrugając jeszcze wyraźniej wszystko zobaczyłam. Nie mogę już spać i dłużej tego widywać. Pociągnęłam nosem. Jeszcze mocniej zacisnęłam zęby na dłoni, którą wciskałam w swoje usta. Jedynie świadomość, że obok jest Adrik, zmuszała mnie do powstrzymania gwałtownego wybuchu emocji. Leżałam skamieniała, nie chcąc zwrócić jego uwagi. Ignorowałam wodę skapującą mi z nosa. Płynna tafla znów pokryła mój widok, kiedy ciało zareagowało na dotyk, którego nie mogło przecież czuć. Nie.
Podniosłam się gwałtownie. Od razu ruszyłam przed siebie. Wiedziałam, że nie może go tutaj być, ale wciąż czułam niepokój. Miałam wrażenie, że mnie obserwuje. Że znowu mnie dopadnie, a wtedy... Bałam się. Choć brałam szybkie oddechy, nie zapewniały mi dostatecznej ilości tlenu. Podtrzymywałam się drzew, idąc pomiędzy nimi. Zamglonymi oczami niewiele widziałam, jednak czułam jak robi się chłodniej. Kaszlnęłam czując, że zawartość żołądka podchodzi mi do gardła. Uczepiłam się pnia olchy i przeczekałam, aż odzyskam wzrok. Im więcej widziałam tym bardziej drżały mi ręce. Dopiero po chwili dotarło do mnie, jak zimno jest mi w stopy. Drgnęłam gdy coś załaskotało mnie po kostce. Stałam w wodzie. W wątłym świetle dostrzegłam ciemną toń, o srebrzystej, rozmytej tarczy księżyca. Ruszyłam w tamtą stronę, czując napływające do umysłu otępienie.
To było jezioro. W powietrzu unosiła się mętna woń zamszonych kamieni i glonów. Zatrzymałam się przy brzegu, zanurzając kostki w wodzie. Teraz towarzyszył mi przyjemny chłód. W jakiś sposób uziemiał myśli. Spojrzałam na niebo. Zasnuło się szybko płynącymi chmurami, które zasłoniły na chwilę księżyc i gwiazdy.
— Babciu... — Usiadłam na wilgotnym brzegu i otarłam oczy. Wzięłam garść piachu i złączyłam go w dłoniach przed sobą. — Chyba zrobię coś złego. Coś naprawdę złego... Wiem — westchnęłam — zemsta to nie rozwiązanie, zawsze mi to powtarzasz — zacisnęłam zęby — ale nie mam siły już z tym walczyć. Muszę to zrobić, inaczej to zniszczy mnie od środka. Oni nikogo już więcej nie skrzywdzą. Ludzie tego potrzebują. J A tego potrzebuję! Mój duch już nigdy nie będzie spokojny. Nie dopóki ich nie dopadnę.
Zmięłam trzymany w dłoniach piach. Bałam się dokończyć wypowiedź głośno. Ale ziemia przecież i tak słyszy. Duchy zawsze czują.
— Zabiję ich. — mruknęłam w dłonie, uśmiechając się drwiąco. Same te słowa przyniosły mi ulgę, pozwalając wziąć w końcu głęboki, satysfakcjonujący oddech. Chwilę kosztowałam te słowa w myślach. Pozwoliłam sobie na fantazje jak tego dokonać. Aż nie wyczułam jakiegoś ruchu. Gdzieś tutaj.
— Wszystko w porządku?
Drgnęłam gwałtownie. Obróciłam głowę, zauważając Adrika przy drzewie tuż za mną. Niepokój nie chciał ustąpić. Czułam jak serce nieprzyjemnie uderza mi w pierś.
— Tak... Ja tylko... Nie mogłam zasnąć. — zsunęłam wzrok na swoje dłonie. Ucałowałam swoje złączone kciuki i skruszyłam trzymany piach, kierując do niego ciche słowa — Mam nadzieję, że mi wybaczysz babciu...
Przełknęłam nerwowo ślinę, zastanawiając się, jak długo mógł tu być. Mimo to nie chciałam pytać. Podciągnęłam nogi pod brodę i oparłam na nich głowę. Owinęłam je rękami. Przypomniało mi się, co chłopak mówił rano.
Nie usłyszałam odpowiedzi, ale zgrzyt piasku pod jego stopami był wystarczająco jasny. Mimowolnie drgnęłam kiedy kucnął obok. Odetchnęłam głęboko, czując jak odpycham od siebie myśli. To jeszcze nie była panika. Byłam w stanie pozbyć się tego niepokoju. Przymknęłam oczy, skupiając się na zapachach i odczuciach wobec wszystkiego tego, co mnie otaczało. Uśmiechałam się. Wiedziałam już co sama chciałam osiągnąć. Zignorowałam sięgający we mnie gniew, pozwalając sobie udawać, że go nie ma. W końcu otworzyłam oczy i spojrzałam w wodę przy moich stopach.
— Dziękuję. — Uniosłam kącik ust i zanurzyłam dłoń w mokre podłoże jeziora. Wyczułam pod palcami drobny kamień. Wyciągnęłam go przed siebie. Obracałam go w dłoniach, wpatrując się w jego brązowy, zaokrąglony kształt. — Za to, że mi o sobie powiedziałeś. I za pozostałe rzeczy też. Nawet jeśli były twoją sprawą. Bez urazy. — Parsknęłam cichym śmiechem i spojrzałam na niego sprawdzając, czy na jego obliczu faktycznie nie pojawi się gniew. — Trochę myślałam o tym co mówiłeś. Wiem, że nie chcesz do tego wracać... Twojej matce musiało bardzo na tobie zależeć. Chciała żebyś żył. Po prostu... Za ostro się oceniasz. — Wyciągnęłam kamień w jego stronę. Widziałam w jego oczach jak walczy z tym stwierdzeniem. — Powiedzieli ci, że jesteś zły, więc sam się tak widzisz. Więc tak żyłeś. Rób to, co uważasz za stosowne. To możesz zrobić dla niej. I przede wszystkim dla siebie. W końcu będziesz tym, kim chcesz się stać. — Wsunęłam kamień w jego dłoń. — U mnie wierzymy, że zawsze można zwrócić się o pomoc. Ziemia, drzewa, nawet ten kamyk, każde z nich jest w stanie wysłuchać intencji nawet z samej myśli. A potem pokierować ją dalej. Nawet do zmarłego. Możesz też po prostu przekazać to, co ci ciąży. To nie zniknie... Ale przynajmniej podzieli ból. A jeśli dostaniesz odpowiedź z drugiej strony, zawsze będziesz wiedzieć. Poczujesz. — Położyłam dłoń na własnym sercu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz