— Jolanta... — powtórzyłem w zamyśleniu, udając zdziwienie. Właściwie już od jakiegoś czasu wiedziałem jak naprawdę ma na imię, ale wolałem tego przed nią nie ujawniać. Tak na wszelki wypadek, zważając na to, że sposób w jaki się tego dowiedziałem, mógł okazać się dla niej dosyć... kontrowersyjny. Tak czy inaczej, dobrze że póki co nie dopytywała co stało się z tym całym Nerge. — Ładnie. Skąd w takim razie Oliva? — uniosłem delikatnie brwi w zaciekawieniu.
— Wiesz... to nie tak, że podałam Ci wtedy specjalnie nieprawdziwe imię. — odwróciła wzrok, nieco speszona — Po prostu wolałam żebyś tak właśnie się do mnie zwracał. Ty i inni, na których tutaj trafiłam. — wyjaśniła. Dało się wyczuć w jej słowach i sposobie w jaki je wyraziła szczerość, może nawet pewnego rodzaju powagę. Wydało mi się to urocze, zważając na to, że sam nigdy nie przywiązywałem zbytniej uwagi do tego, jak nazywają mnie inni.
— W porządku. — odpowiedziałem lekko, unosząc jeden kącik ust w delikatnym uśmiechu. W chwili ciszy mimowolnie zacząłem zastanawiać się nad tym, co mi opowiedziała. Więc faktycznie przybyła tu z Aries. Miała tam rodzinę - żywą, która zapewne teraz się o nią martwiła i czekała na jej powrót. W dodatku znalazła się tutaj z własnej woli, znając ryzyko - może nie to prawdziwe, ale jednak. Przeprawiając się tutaj miała zamiar chociaż spróbować odnaleźć lekarstwo na wirus, który mimo tego, że finalnie okazał się czymś zupełnie innym, to w skutkach mógłby być całkiem podobny do tego, czym okazał się być. Właściwie wizja tego, że cały kontynent Aries mógłby postrzegać nas jako "zainfekowanych" wydawała mi się całkiem zabawna. Może tak właśnie by zareagowali gdyby dowiedzieli się prawdy? Patrząc na to jaka była reakcja samego Morhen, mogłoby zrobić się tutaj nawet jeszcze bardziej zabawnie niż jest teraz. W końcu da się to zauważyć - nie patrzą na metamorfozy jak na ludzi. W ich oczach to obiekty, zabawki. Może nawet "odmieńcy" lub "zainfekowani".
Mimowolnie zerknąłem w stronę Jolanty idącej tuż obok mnie. Świat z którego pochodziła był tak odmienny od tego, w którym żyłem ja. Może właśnie to mnie do niej przyciągało?
— A ty? Naprawdę nie pamiętasz swojego prawdziwego imienia? — zapytała, przerywając ciszę i moje rozmyślania. Na chwilę spotkałem się z jej oczami.
Pokręciłem przecząco głową.
— Moja siostra mogłaby pamiętać. — stwierdziłem obojętnie, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że może niepotrzebnie o niej wspomniałem.
— Siostra? Więc dlaczego nie spróbujesz z nią porozmawiać? — momentalnie się ożywiła.
— To... nie takie proste. — podrapałem ręką tył głowy, zastanawiając się co powiedzieć. — Kiedy opowiadałem ci wcześniej o sobie, wspominałem jak została schwytana przez żołnierzy Morhen, pamiętasz? Był taki czas, kiedy chciałem ją stamtąd wyciągnąć, już jako Fenrir. Tamtejszy król dowiedział się o naszym powiązaniu i użył jej życia jako karty przetargowej. Właśnie dlatego dla niego pracuję. Po tym co się stało, mogę przynajmniej dać jej szansę na przeżycie, mimo że nie mogę z nią porozmawiać. — wyjaśniłem w końcu.
Zauważyłem że dziewczyna na chwilę przystanęła, majac na twarzy wyraźne zmartwienie.
— To znaczy, że... Ryzykowałeś jej życie. Wtedy na Morhen. — odparła zszokowana. — Dlaczego?
Wpatrywałem się w nią chwilę, po czym wzruszyłem ramionami. Dlaczego? Sam właściwie nie byłem pewien.
— W moim świecie nie da się nie ryzykować. Czasem nawet nie podejmując żadnego ryzyka możesz stracić wszystko. — odpowiedziałem. — Będę martwił się o konsekwencje przy swojej następnej wizycie tam. — westchnąłem po chwili zawahania, powoli ruszając dalej przed siebie. W oddali przed nami było już widać odległy zarys miasta do którego zmierzaliśmy. Mogłem również wyczuć obecność metamorfoz gdzieś w pobliżu. Zapewne tych patrolujących teren.
~~~~~
Do Starego Miasta dotarliśmy jeszcze przed nastaniem wieczoru. Krajobraz powoli powstającego z gruzów miasta na tle chylącego się ku zachodowi słońca wzbudził we mnie przyjemne poczucie spokoju. Chociaż wiele budynków nie wyglądało jeszcze najlepiej, widać było, że o niektóre ktoś dba i stara się przywrócić ich wygląd do dawnej świetności. Na ulicach dało się również dostrzec mieszkańców, którzy czasem zerkali na nas ukradkiem, na chwilę przerywając wykonywane przez siebie czynności życia codziennego. Były wśród nich również dzieci, choć niewiele. Każda mijana przez nas osoba była metamorfozą lub hybrydą - każda z nich wraz z tymi budynkami starała się wybudować poczucie nowej "normalności". Trzeba przyznać, że ten widok był całkiem satysfakcjonujący, mimo, że nie wszyscy byli gotowi żeby się tutaj znaleźć. Wobec tych, którzy nie zaakceptowali nowych realiów trzeba było zastosować pewne środki ostrożności, aby nie zapanował chaos - o który w dzisiejszym świecie było tak łatwo.
Do szpitala weszliśmy jednym z tylnych wejść, prowadzących do bocznego skrzydła budynku. Nieznacznym gestem pokierowałem dziewczynę na schody, gdzie weszliśmy na najwyższe, czwarte piętro, które właściwie służyło bardziej za poddasze. Podczas gdy na niższych piętrach dało się dostrzec obecność innych osób, personelu, tak tutaj panowała cisza i spokój. Przez wysokie okno na końcu korytarza wpadały promienie słońca, które po chwili zostały częściowo przyćmione przez otworzone nagle drzwi. Wyłoniła się zza nich postać wysokiego mężczyzny, którego przydługawe, brązowe włosy upięte były z tyłu głowy w kitkę.
— Czy me oczy dobrze widzą? — uniósł brwi w udawanym zdziwieniu, zerkając błękitnymi oczami to na mnie to na Jolantę. — Tak bardzo przestraszył cię wcześniejszy atak, że wróciłeś dopiero teraz? — zapytał, podchodząc do nas. W jego głosie dało się usłyszeć rozbawienie.
— Mhm. — mruknąłem. — Jakie były straty? — zapytałem ignorując żart wynikający z jego typowego poczucia humoru.
— Niewielkie, to byli tylko ludzie, chociaż uzbrojeni. Część z nich udało się nawet złapać. Nie sądzę żeby byli w stanie ponownie zaatakować w najbliższym czasie. Jeden z nich jednak chyba był metamorfozą, szukał czegoś w twoim pokoju, zanim uciekli. Nie udało się go złapać. — wyjaśnił skrótowo, przenosząc spojrzenie na stojącą obok mnie dziewczynę. — Kto to?
— Oliva. Będzie ze mną współpracować. — stwierdziłem krótko, uświadamiając sobie, że to ta niezręczna chwila, kiedy trzeba kogoś sobie przedstawić. — A to jest...
— Sahed. Jestem przyjacielem Adrika. — przerwał mi, podając Jolancie rękę na przywitanie z irytującym uśmiechem na ustach.
— Zastępca. — poprawiłem go, przewracając oczami.
— Miło mi... — odpowiedziała dziewczyna, niepewnie uściskając jego dłoń.
Nie czekając ruszyłem w stronę drzwi swojego pokoju, za którymi zastał mnie bałagan. Wśród rozrzuconych po podłodze kartek dokumentacji, leżały wyrzucone z półek książki. Rozbite fiolki z substancjami zdążyły już wyschnąć na podłodze, pozostawiając po sobie jedynie rozbite szkło.
Czułem jak na ten widok coraz bardziej narasta we mnie frustracja. Nie na sam fakt, że włamywacz mógł szukać tu czegoś konkretnego i być może sobie to zabrał. Po prostu patrząc na to, ile pracy mnie teraz przez niego czekało.
Westchnąłem, po czym zwróciłem się w stronę towarzyszącej mi dwójki.
— Sahed, czy mógłbyś znaleźć na tym korytarzu wolny pokój dla Olivy? — zapytałem. Po tej długiej podróży i tym co nas spotkało w ostatnim czasie z pewnością potrzebowała trochę czasu dla siebie. Ja miałem zamiar wziąć się za naprawianie szkód. Poza tym pewnie czekało mnie również nadrobienie części pracy z czasu mojej nieobecności.
Chłopak skinął głową, po czym ruszył wzdłuż korytarza, wyciągając z kieszeni pęk brzęczących kluczy.
— Jak coś, wiesz gdzie mnie szukać. — powiedziałem w stronę dziewczyny, widząc na jej twarzy niepewność. Kiwnęła, po czym oddaliła się za przewodnikiem. Ja tymczasem wziąłem się za sprzątanie.
Samo porządkowanie zeszło mi aż do późnego wieczora. Zorientowałem się, że zniknęło większość dokumentacji dotyczącej huminium. A więc tamci ludzie zamierzali szukać lekarstwa na własną rękę? Po to był ten cały atak? Zaraz po ukończeniu przeglądania raportów zacząłem na nowo rozpisywać i nadrabiać związane z tym straty.
Powoli czując zmęczenie, zacząłem przeskakiwać myślami do ostatnich zdarzeń. Oliva mówiła że jej babcia jest w Hores. Może by się tam wybrać, kiedy już z tym wszystkim się uporam? Rano powinienem również sprawdzić, czy z jej organizmem po przemianie wszystko jest już dobrze i czy to, co wstrzykiwali jej na Morhen nie wpłynęło jakoś na całokształt genów.
Wpatrując się w częściowo zapisaną kartkę papieru, na którą padało falujące światło zapalonej obok świecy, nawet nie zorientowałem się kiedy ogarnęła mnie senność.