Uchyliłem leniwie powieki, czując na sobie delikatny podmuch wiatru. W uszach szumiał mi dźwięk fal i odległe śpiewanie ptaków. Przed oczami zastał mnie widok ciągnącego się jakąś odległość w dal pasu złocistego piasku, który ciągnął się aż do lini drzew.
Przetarłem ręką czoło, zerkając za siebie. Spodziewałem się ujrzeć po swojej drugiej stronie śpiącą Jolantę, której jednak nie zastałem nigdzie w zasięgu wzroku.
Westchnąłem, zastygając na plecach, jeszcze na chwilę przymykając oczy. I właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że słońce wznosi się już jakąś wysokość nad horyzontem.
Podniosłem się do pozycji siedzącej, mierząc spojrzeniem całą okolicę. Musiałem spać jak kamień. I to dosłownie. Nawet nie potrafiłem sobie przypomnieć, kiedy ostatnim razem regeneracja wprawiła mnie w aż tak głęboki i długi sen. Mimowolnie przeniosłem spojrzenie na swoje ramię, gdzie biały materiał koszuli pokrywały przeciągłe plamy, wpadające w odcień brudnej, wyschniętej czerwieni.
Sprawnym ruchem zdjąłem koszulę przez głowę, by chociaż spróbować przepłukać ją w wodzie falującej przede mną. Zanim jednak to zrobiłem, zerknąłem znowu w stronę ramienia. Po wcześniejszej ranie została teraz jedynie nieco przeciągła, biała szrama, nie wyróżniająca się jakoś zbytnio wśród zgromadzonej już kolekcji. Kto by pomyślał że tyle mnie kosztowała.
Prychnąłem i powolnie zbliżyłem się do wody, mocząc w niej koszulę. Nijak nie chciała wrócić do swojego poprzedniego stanu, niechciany kolor jedynie stracił trochę na intensywności.
Poirytowany wycisnąłem ją z nadmiaru wody, a później powiesiłem na gałęzi tuż przy lini drzew. Czując chłodny powiew wiatru wróciłem ubrać kamizelkę, którą chwilę temu zostawiłem na piasku. Potarłem rękami łokcie, lustrując jeszcze raz okolicę. Jolanty dalej nie było widać nigdzie w pobliżu. Gdzie ona poszła?
Nagle uderzyła mnie myśl, że może jednak przemyślała moje wcześniejsze słowa i postanowiła mnie zostawić. A może ta decyzja o przemianie to faktycznie był tylko chwilowy impuls i uciekła, kiedy dotarło do niej w co ją zamieniłem? W końcu może dało się wybrnąć z tamtej sytuacji jakoś inaczej, wystarczyło tylko abym trochę bardziej się wysilił.
Właściwie od czasu kiedy udało nam się dotrzeć na ląd, faktycznie zachowywała się jakoś inaczej. Może już wtedy w jej głowie zaczynały pojawiać się jakieś wyrzuty względem mnie? A może to pobyt na Morhen wprawił ją w taki stan, kiedy poznała moją pracę faktycznie od strony obiektu testowego? I dlaczego właściwie ona tak bardzo mnie obchodzi?
Moje przemyślenia przerwał nagły skurcz w brzuchu, któremu towarzyszyło głośne burczenie. Odsuwając swoje myśli na bok, postanowiłem, że jednak najpierw zapoluję, a dopiero później dalej będę martwić się o resztę. I nawet wpadł mi już do głowy pomysł, w jaki sposób mógłbym sprawdzić czy moje obawy są słuszne - no chyba że Oliva sama wróci wcześniej niż uda mi się ją przywołać.
Zapuszczając się coraz głębiej między drzewa przybrałem zwierzęcą formę i ruszyłem na łowy. Szybko udało mi się znaleźć jakieś drobne stworzenia nadające się do zaspokojenia głodu. Już po jakiejś chwili wracałem na plażę, trzymając w rękach dwa nieszczęsne króliki. Rzuciłem je na piasek, układając obok mały stos z pospiesznie zebranych gałęzi. Podpaliłem go z pomocą dwóch większych kamyków, a następnie nadziałem upolowaną zwierzynę na dwa oddzielne patyki, które wyciągnąłem nad wzniecający się pod wpływem podmuchów wiatru ogień. Szary dym wznosił się wysoko w niebo, częściowo niesiony dalej wiatrem. Z pieczonej zwierzyny zaczął wydobywać się kuszący zapach, jeszcze bardziej pobudzający głód.
Nie musiałem jakoś długo czekać, aby zobaczyć wyłaniającą się spomiędzy drzew Jolantę. Natychmiastowo odczułem pewnego rodzaju ulgę. Wróciła. A więc może moje obawy były mylne? Może po prostu potrzebowała czasu dla siebie? No cóż, mogła mi chociaż powiedzieć, że chwilę jej nie będzie...
— Adrik! Co ty robisz, dym sprowadzi na nas tamtą załogę! — sapnęła nerwowo dziewczyna, zbliżając się w moją stronę szybkim krokiem.
— Mhm, skoro zwabił tu ciebie to i tak spełnił już część swojego zadania. — mruknąłem, udając skupienie na powolnym obracaniu nad ogniem wbitego na patyk mięsa. Starałem się ukryć swoje chwilowe poruszenie za maską obojętności.
Zauważyłem, że kiedy się zbliżyła, mimo zdenerwowania również zawiesiła wzrok na aromatycznie pachnącym kąsku. Prychnąłem cicho, nie mogąc powstrzymać delikatnego uśmiechu. Na jej twarzy pojawiło się delikatne speszenie.
— Poważnie, ten dym widać z całej okolicy. Nie zdziwię się jeżeli tamci już zbliżają się w naszą stronę. Powinniśmy go ugasić. — powiedziała poważnie, ale już nieco mniej nerwowo.
Chwilę milczałem, myśląc nad jej słowami. Zdążyłem się już zregenerować, więc właściwie nawet gdyby tu przyszli to nie zdołaliby sprawić mi większych problemów. Biorąc pod uwagę jednak ich liczebność względem nas, mógłbym nie dać rady walczyć i jednocześnie bronić Olivy. Może faktycznie lepiej byłoby się stąd zwinąć zanim się tutaj pojawią. Ale skoro pewnie i tak już idą w naszą stronę to może by zostawić im niespodziankę?
Podniosłem się powolnie na nogi, wyciągając w stronę Jolanty oba patyki z upieczonym mięsem.
— Potrzymaj.
Zaraz po tym jak je ode mnie odebrała, skierowałem się w stronę lini drzew, gdzie zebrałem trochę leżących na ziemi gałęzi. Zacząłem układać je od leśnego poszycia aż przez piasek, w stronę palącego się ogniska. Oliva przyglądała mi się w podenerwowaniu.
— Adrik. Czy ty chcesz podpalić las? — zapytała. Na jej twarzy malowało się niedowierzanie.
— Skoro i tak już tu idą to możemy zostawić im niespodziankę. — odpowiedziałem nie przerywając swoich działań.
— Nie możesz! — zawołała natychmiast, podchodząc do mnie. — To drzewa, tam są zwierzęta, tak nie wolno...!
Spojrzałem na nią.
— Przecież w naturze też występują pożary. — wstrząsnąłem ramionami, szybko zauważając, że ten argument raczej do niej nie przemawia. — Po tym jak odwdzięczyli się nam na statku przyda im się mała odpłata.
— Ale nie kosztem niewinnej natury! — zmarszczyła brwi.
— W takim razie kiedy nas znajdą, będę musiał rozprawić się z nimi własnymi metodami. Ich wioskę na pewno zaboli śmierć tylu mężczyzn, którzy jej bronią... — Westchnąłem teatralnie, krzyżując ręce na piersiach.
Nabrała powietrza w płuca, ale nie odpowiedziała. Milczała chwilę, spoglądając w stronę drzew.
— Ale najpierw muszę przekonać się, jak duża część lasu może spłonąć... — mruknęła, podając mi trzymane przez nią patyki z naszym jedzeniem, po czym ustawiła się w jakiejś odległości ode mnie. Na jej twarzy pojawiło się skupienie i determinacja. Wzięła głęboki oddech i zamknęła oczy. Po niedługiej chwili przybrała zwierzęcą postać, rozprostowując skrzydła. Wzięła mały rozbieg i... powoli uniosła się w powietrze. Obserwowałem jak niepewnie wznosi się ponad drzewa i znika za ich koronami z horyzontu mojego spojrzenia. Po kilku minutach wróciła, ostrożnie lądując na piasku, kawałek dalej od miejsca z którego ruszyła.
— Niech będzie... — powiedziała niepewnie. — znajdujemy się zaraz obok rzeki, która odgradza las. Ogień nie powinien daleko się rozprzestrzenić. — stwierdziła, uciekając spojrzeniem.
— Uczyłaś się latać zanim się dzisiaj obudziłem? — zapytałem z delikatnym uśmiechem na ustach. Drgnęła mimowolnie, zakładając kosmyk włosów za ucho.
— Tylko trochę. — wstrząsnęła ramionami, schylając się po gałęzie, aby pomóc mi dalej układać je w stronę ogniska. — Miałam wrażenie że z daleka kogoś widziałam. Powinniśmy się pospieszyć. — dodała.
Skinąłem głową. Już po chwili ognisko połączone było linią ułożonych gałęzi, sięgających leśnego poszycia. Ogień zaczął powoli kierować się w stronę drzew. Zdjąłem suszącą się na jednym z nich, jeszcze wilgotną koszulę i przewiesiłem ją sobie przez ramię. Sięgnąłem po wbite wcześniej w ziemię na czas układania gałęzi patyki z naszym śniadaniem, po czym obróciłem się, aby jeden z nich podać Jolancie. Musieliśmy jeść w drodze, ale oboje byliśmy tak głodni, że zdążyliśmy skonsumować nasze porcje jeszcze przed przejściem przez rzekę. Samo przekroczenie jej nie sprawiło nam zbyt wielkiej trudności. Była dosyć szeroka, ale sięgnęła nam najwyżej do kolan. W dodatku usianych na jej dnie było wiele kamieni.
Idąc w ciszy mimowolnie wróciłem myślami do swoich wcześniejszych wątpliwości. Coś się nie zgadzało. Skoro jednak wróciła, a więc nie miała zamiaru uciekać, to czy na pewno ja byłem powodem jej dziwnego, napiętego zachowania? Przecież nie wydawała się nawet obawiać samego przemieniania. Może... coś wydarzyło się, kiedy przetrzymywali ją na Morhen? Coś... innego?
Momentalnie poczułem jak napinają się we mnie mięśnie całego ciała. Przecież dobrze wiedziałem jacy byli żołnierze Morhen i do czego byli zdolni. Widziałem to wiele razy. Byli ludzkimi zwierzętami, nie kryjącymi się ze swoim obrzydlistwem nawet przede mną. Pozbawienie ich kończyn i zostawienie żywcem na pastwę losu to jedyne na co zasługiwali.
— Wszystko dobrze? Dalej boli cię ta rana? — zapytała Jolanta, zerkając z lekkim zmartwieniem na moje ramię. Kiedy nasze oczy się spotkały, momentalnie się rozluźniłem, siląc się nawet na udawany, delikatny uśmiech.
— Wszystko w porządku. — odpowiedziałem krótko, utrzymując przez chwilę jej spojrzenie. Miałem wrażenie, że nie do końca uwierzyła w moją odpowiedź. Chciałem z nią porozmawiać, zapytać o to co się tam wydarzyło, czy zrobili jej coś, co przekraczało zakres ich uprawnień. Miałem jednak wrażenie, że podjęcie tego tematu mogłoby pogorszyć sytuację jeszcze bardziej. Poza tym to, że się tam znalazła to była moja wina. To ja wtedy zgodziłem się zostać z nią w tej wiosce, a więc powinienem jej wtedy pilnować. Powinienem wiedzieć, że w oczach tych zwierząt wszystko, co jest moją własnością z pewnością stanie się celem.
Zauważyłem, że dziewczyna przystanęła, aby obejrzeć się za siebie. Podążyłem za jej spojrzeniem. W niedalekiej odległości za nami niebo spowijało się już rozległym, ciemnym dymem, pochłaniającym coraz większą powierzchnię nad zielonym lasem. Może nawet z oddali niosły się jakieś krzyki?
— To powinno ich na trochę zatrzymać. — stwierdziłem, komentując nasze dzieło. Miałem szczerą nadzieję, że wywołało w ścigającej nas załodze naprawdę silne doznania.
— Miejmy nadzieję. — odpowiedziała.
Oboje jeszcze chwilę wpatrywaliśmy się w rozprzestrzeniający się dym, po czym ruszyliśmy dalej przed siebie. Do Starego Miasta nie zostało nam już jakoś daleko, więc jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to za niedługo powinniśmy być już na miejscu.
— Nie zdążyłaś wcześniej o sobie opowiedzieć. — przypomniało mi się nagle.
— Co? — zwróciła na mnie pytające spojrzenie.
— Wtedy w tej dziupli, zaraz po tym jak im się wyrwaliśmy. Chciałem posłuchać, ale odpłynąłem. — odpowiedziałem. Naprawdę byłem ciekaw skąd się wtedy wzięła w tamtej chatce i jak udało jej się przeżyć.
Jooooolka?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz