Czas mijał nieubłaganie. Leżałam skulona na posłaniu swojej jaskini, nawet mając świadomość, że może stanowić to zagrożenie dla młodych. Próbowałam w jakikolwiek sposób odwrócić własną uwagę od bólu. Rin, która przyszła do mnie niedługo po wyjściu Len'a też starała się cokolwiek zrobić, choć łatwo było wyczytać z jej pyska, że czuje się zagubiona w tej sytuacji.
Ponownie zagryzłam zębami twardy kołek, przyciągając mózg do tego zajęcia. Zaniepokojone spojrzenie wadery wędrowało ciągle ode mnie, aż po wyjście z jaskini, tak daleko jak tylko mogła sięgnąć wzrokiem. Obie byłyśmy świadome, że coś było nie w porządku. Normalne porody nie przebiegają w taki sposób, prawda?
Myślałam, że zaraz zeświruję od tych skurczy. W moim brzuchu odbywała się istna burza z piorunami. Kolejny jęk wydobył się z mojego pyska akurat w momencie, kiedy do groty biegiem wpadła dwójka czworonożnych. Szaro-brązowa wadera oraz basior o złotym futrze. Samica nie wyglądała bynajmniej na rozradowaną (Alfa oczywiście też) na jej pysku mieszały się ze sobą zmęczenie, lęk oraz złość. Jej wzrok błyskawicznie przesunął się po Rin i nie zwracając na nią większej uwagi zatrzymał się na mojej zbolałej minie.
— Wyjdźcie. — rzuciła lekko drżącym, a pomimo tego suchym głosem, do pozostałych w jaskini wilków.
— Słucham? Nie ma takiej opcji..! — zaczął Len. Obrzuciłam go krótkim, nieco zamglonym spojrzeniem. Jego siostra również na niego patrzyła.
Poczułam kolejny skurcz. Nie zniosę tego dłużej. Chcę, żeby to był już koniec!
— Len, wyjdź — zwróciłam się do niego na tyle spokojnym głosem, ile byłam w stanie.
— Ale...
— Wyjdź! — wydarłam się czując jak kolejny spazm bólu przenika moje ciało.
Dopiero po sekundzie uzmysłowiłam sobie, że użyłam na nim TEJ mocy. Dodatkowo upewniło mnie w tym zaskoczone spojrzenie, którym mnie obdarzył, zanim odwrócił się w stronę wyjścia i sztywnym krokiem opuścił jaskinię razem z drugą Alfą.
Sporo teraz Mel się do mnie zbliżyła. Na pewno chciała wiedzieć jak...
— Nie byłam przy tobie kilka miesięcy i co się dzieje? — mruknęła zdenerwowana.
— Zaczęłam żyć inaczej. — Syknęłam w jej stronę.
— To widać... — jej odpowiedź była martwa niczym jakaś ludzka krypta. Zmróżyłam ślepia rozumiejąc co miała przez to na myśli.
Nie odezwałam się już w tym temacie, a matka zaczęła sprawdzać mój brzuch i pytać o różne, związane z porodem rzeczy. Nacisk na brzuch zdołał nieco zelżeć. Z pomocą Heather wydałam na świat piątkę szczeniąt. Każde było niewielkie, jednak ostatnie wydawało się najdrobniejsze. Ciemny, prawie czarny wilk ciężko oddychał i co chwilę drgał. Tak samo było z małą, złotą waderą, która urodziła się kilka minut przed nim. Matka doprowadziła ich stan do normy. Nie wiem nawet w jaki sposób, bo byłam tak fizycznie wyczerpana, że nie potrafiłam zwrócić na to większej uwagi.
Mel poinformowała Len'a oraz Rin, że już po wszystkim. Złota samica zatrzymała się u wejścia, za to basior zbliżył się niemal na odległość metra i stanął jak wryty, przyglądając się wyszczerzonymi ślepiami naszym dzieciom. Wyobraźnia sama podsunęła mi dodatkowo obraz jego rozszerzonej paszczy. Zmęczony uśmiech zagościł na moich wargach, kiedy zobaczyłam jego reakcję.
Moja mama przyglądała się naszej dwójce ponurym wzrokiem. Musiała już wiedzieć, kto jest ojcem. Ciężko było mi ocenić jak bardzo niezadowolona jest. Potem pewnie zrobi naszej dwójce aferę z powodu tego wszystkiego.
— To twój pierworodny. Aphrodi. — Wskazałam nosem na uroczego basiorka o jasnym umaszczeniu. — Jak chcesz nazwać resztę?
Patrzyłam na niego z ciepłym wyrazem. Cieszyłam się, że wszystko poszło dobrze. I naprawdę... cieszyłam się, że to właśnie Len stał się ojcem moich dzieci. Damy sobie radę.
<Lenuś? ^^ >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz