Czarna postać na dnie znanego mi jeziorka. Widoczne były jedynie brzegi i szara woda, całą resztę zakrywała gęsta mgła. Postać wpatrywała się we mnie swoimi przekrwionymi oczami, czerwona ciecz mieszała się czasami z wodą, mętniejąc ją nieaturalnym kolorem. Dlaczego krwawi? Czy kiedyś przestanie?
Nagle szybkim ruchem wskoczyłem prosto w zimne wody, natchoniony jakąś dziwną siłą. Poczułem jak ciecz okala mnie dookoła, ochładzając ciepło organizmu i utrudniając przedzieranie się ku celu. Wilk nie ruszał się z miejsca. Po prostu wpatrywał się we mnie tym pustym spojrzeniem.
Nie czułem że muszę wstrzymywać oddech. Już po chwili byłem naprzeciw postaci, a moje łapy sięgnęły dna. Poczułem jak z moich warg ulatnia się stożka krwi. Wilk okazał się całkiem sporych rozmiarów, miał wiele blizn pod szarym futrem, jednak nie czułem się od niego słabszy. Teraz stałem oko w oko z wcześniejszym wrogiem. Zupełnie jakbym zapomniał co to strach.
- Leonard zabija. - wysyczał jedynie przez powykrzywiane i zniekształcone zęby, po czym zadał mi cios prosto w twarz, wyrzucając ze snu.
~*~
Naszło mnie przyjemne ciepło. Poczułem miły, znajomy zapach gdzieś blisko. Otworzyłem powoli zielone ślepa i podniosłem pysk z białej, uklepanej powierzchni. Ujrzałem szarą waderę, okalającą mnie ogonem i przytulającą własnym ciałem. Ze zdziwienia nie odrywałem od niej wzroku przez dłuższą chwilę. Wyglądała tak spokojnie...
- Leonard zabija. - wymamrotała cicho, jakby przez sen, z lekkim niepokojem w głosie. Postawiłem uszy w jeszcze większym zdziwieniu i odruchowo zmierzyłem spojrzeniem otaczający nas las.
- Co? - mruknąłem marszcząc nieznacznie brwi. Ponownie spuściłem nań wzrok. - Leonarda już dawno nie ma... - szepnąłem, jakby chcąc wprowadzić słowa do snu wadery. Ulożyłem pysk na poprzednim miejscu i zamknąłem oczy. Było mi tak miło... ciepło. Nie miałem ochoty się w tej chwili ruszać. Poruszyłem ogonem i zawinąłem jego końcówkę na brzuch wilczycy. Westchnąłem i zasnąłem ponownie. W tej chwili towarzyszyła nam tylko cisza lasu.
~*~
- C-co...? - wyjąkałem stojąc w osłupieniu przed Gevielą. Samica miała ból na pysku, jęczała głośno i przeciągle co jakiś czas. Trwało to już jakąś część nocy.
- Coś jest nie tak! - wysyczała po raz drugi przez zęby, a mięśnie jej brzucha spięły się ponownie, wywołując grymas na twarzy młodej matki. Jej słowa dotarło do mnie, jednak zupełnie nie wiedziałem co mam robić. Przecież nie mamy medyka... znam się na podstawowej medycynie, ale na pewno nie na porodach... co teraz? - Idź po moją matkę! - jęknęła pomiędzy niespokojnymi oddechami, jakby czytając mi w myślach. Bez chwili zastanowienia wybiegłem z jaskini jak najszybciej potrafiłem. Sam nie miałem lepszego planu, ba! Nawet nie miałem czasu go uknuć!
Zanurzyłem się w ciemnym tunelu, czując jak nieznaczne w tej chwili zimno nocy znika. Nawet nie obejrzałem się kiedy byłem już na drugim końcu, potykając się przy wyjściu. Ruszyłem za zapachem poszukiwanej wilczycy, nawet nie przejęty tym, że mogę natrafić na kogoś innego. Poszukiwania były trudniejsze niż myślałem. Zapach mieszał się co chwila z wonią plemienia, a pod sobą słyszałem zgrzytanie iskżącego się w świetle księżyca śniegu.
Niespodziewanie tuż przede mną wyskoczyła znajoma mi sylwetka. Zachamowałem tuż przed nią, ledwo powstrzymując zderzenie się.
- Co ty tu robisz?! - stanowcze warknięcie słyszanego już wcześniej głosu przyprawiło mnie o chwilę ulgi. Odetchnąłem, odpowiadając pospiesznie.
- Geviela... rodzi... - co chwilę łykałem susy powietrza. - Coś... jest nie tak... - wydyszałem jedno po drugim, upewniony już chwilę temu o tożsamości osoby przede mną. To była ona. Musiała mi pomóc. Pomóc swojej córce.
Gevi? ^^
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz