Nagle tyle się wydarzyło. Mam wrażenie, jakbym zaledwie wczoraj toczyła z Lenem rozmowę na temat Lorana, którego nasza córka słyszała w głowie, jak stwierdziła. Wrażenie, że to dzisiejszego ranka byłam świadkiem nadania mentorów moim młodym. Byłam wtedy zdziwiona. Zdziwiona tym, jak szybko to wszystko się stało. Normalnie czekało by się jeszcze kilka pełni przed rozpoczęciem szkoleń uczniów. Alfa nie chciał jednak czekać.
Doskonale to pamiętam. Czułam dumę. Ojciec wybrał świetnych nauczycieli. Czułam, że sprawdzą się w tej roli. Len wziął z kolei pod swoją opiekę dwójkę szczeniąt: Nienne, którą przyjęłam jak swoją, oraz Hvit.
Dawne troski zdawały się wtedy odejść w niepamięć...
Szkoda, że nie na dłużej. Stąpałam niepewnie po zniszczonej glebie. Miejscami była spalona na węgiel, gdzieś indziej przegniła, to znów zbyt sucha lub kleista. Część drzew leżała bokiem, połamana i bez sił chyląc się ku ziemi. W powietrzu trwała duszna woń śmierci i rozpadu. Gdzie nie spojrzałam czułam jak przejmujące uczucie lęku i niedowierzania narasta.
Niedawno opuściłam schron, w którym pozostały ukryte młode plemienia. Pilnowane pod czujnym okiem jednej z wader. Dotąd nie natknęłam się na żadną żywą duszę. Zresztą i martwych nie widziałam, choć mijałam wiele plam rozlnej krwi. Soczysta niegdyś trawa była teraz zroszona świeżą posoką mojej rodziny. Plemienia, do którego należałam.
Przekłusowałam jeszcze kilka metrów, kiedy od strony drzew nadszedł dźwięk łamiącego się drewna. Jakaś sosna właśnie się wywróciła wzbijając w powietrze tumany kurzu i wywołując niewielką falę wody. Zaraz po tym nadszedł stłumiony syk. Wytężyłam wzrok. Zgarbiona sylwetka mężczyzny zatrzymała moje spojrzenie. Znałam go. Te krótko ścięte włosy o miodowych refleksach. Bystre oczy przytępione w tym momencie przez ból. Len...
Podbiegłam jak najszybciej, omijając przy tym wystające gałęzie i ostre głazy. Jego słabe spojrzenie znalazło moją posturę. Przemieniłam się w człowieka. Oczy Alfy rozszerzyły się nieco w zdziwieniu a spierzchnięte usta otworzyły.
— Geviela..?
Potaknęłam jedynie skinieniem głowy.
— Jak się czujesz? — spytałam niepewnie, taksując jego ciało swoimi oczami.
Zbliżyłam się jeszcze i chwyciłam za ramię mężczyzny widząc jak chwiejnie próbuje utrzymać się na nogach. Zamierzałam go podtrzymać jednak ten nagle stracił grunt pod nogami i upadł z cichym plaskiem na wilgotnej w tym miejscu ziemi. Pociągając mnie za sobą, co skwitowałam krótkim okrzykiem zaskoczenia.
— Nic nie rozumiem — zaczął bezsilnie. Skierował swoją twarz na mnie, ale zdawał się nieobecny — Nic mi nie jest. Tylko te zawroty głowy — Z jego ust wydobył się kolejny, tym razem bardziej przeciągły syk. A zaraz po nim kilka kolejnych słów, tym razem pozbawionych już dla mnie jakiegokolwiek sensu.
Zmarszczyłam brwi. Przyłożyłam wierzch dłoni do odsłoniętej klatki piersiowej mężczyzny. Był rozpalony. Z pewnością w gorączce i zaczynał majaczyć. Zmartwiło mnie to. Dodatkowo cały był poobijany i poraniony. Krew sączyła się z jego wargi a łuk brwiowy został przecięty i wypływała z niego wąską strużką posoka. Tuż pod obojczykiem znajdowała się głębsza dziura, zdecydowanie szarpnięta przez jakiegoś stwora. Poza tym cały pobrudzony był ziemią i lepką mazią. Nie tylko jego. Byłam tego świadoma.
Musiałam się tym zająć... No tak, woda! Uniosłam się delikatnie ponad mężczyznę i zerkając zza osłaniającego nas pieńka udało mi się dostrzec taflę ciemnego płynu w oddaleniu kilkuset metrów. Niezbyt daleko. Co było zarówno plusem jak i budziło niepokój. Powódź wciąż mogła pójść naprzód.
Wstałam na dwie nogi i zatapiając chwilowo dłoń we włosach Alfy odezwałam się do niego miękko:
— Zaraz będę z powrotem.
Kilka pierwszych metrów pokonałam szybkim marszem. Potem stres przejął nade mną kontrolę. Dotarłam nad brzeg zbiornika biegiem. Chwilę stałam tak przed nim rozglądając się nerwowo na boki. Szukając czegokolwiek, co powiedziałoby mi, co powinnam zrobić. Niczego takiego nie było.
Spojrzałam w dół. Bose stopy zanurzały się już w mule. Potem skierowałam wzrok na ręce odziane w bawełnianą bluzkę z rękawami trzy-czwarte. Chwyciłam jej spód osłaniając przy tym krótkie jeansowe spodenki. Przez krótką chwilę badałam materiał koszulki, aż w końcu stwierdziłam, że może się nadać. Chwyciłam za szew z boku ubrania i pociągnęłam mocno w górę. Rozprucie sięgało mi kilka centymetrów poniżej biustu. Rozrywając materiał dalej, tym razem w bok ściągałam go w dół by i reszta nie poszła przypadkiem tak wysoko. Ściskając już oderwany kawałek szmatki w dłoni zanurzyłam go w wodzie namaczając dokładnie a następnie biegiem wróciłam do miejsca, gdzie zostawiłam Alfę.
Leżał tam ciągle, głowę i plecy podpierając o konar jednego z drzew. Na czole wystąpiły mu kropelki potu. Gorączka musiała go trawić. Miałam jedynie nadzieję, że do żadnej z ran nie wdało się zakażenie.
Przyklękłam tuż przed nim i zaczęłam obmywanie od największych ran, kursując co jakiś czas do jeziora i z powrotem w celu wymycia zakrwawionej szmatki. Przecięcie pod obojczykiem, które wydawało się najgłębsze i najbardziej lała się z niego jucha prowizorycznie obandażowałam używając do tego również materiału z tyłu mojej bluzki. Później zajęłam się jeszcze resztą i ostudziłam nieco twarz Len'a. Dopiero nakładając mu zimny okład na czoło zauważyłam, że śpi. Musiał zasnąć teraz, w czasie, kiedy ja poszłam ostatni raz nad wodę.
Przez moment przyglądałam się zmęczonymi oczami spokojnej twarzy młodzieńca. Właściwie, nie miałam okazji robić tego nigdy wcześniej. Nachyliłam się nad nim i odkleiłam spocone pasmo włosów z jego czoła. Smutny uśmiech zaigrał na moich ustach. Nic mu przecież nie będzie. Udowodnił to wiele razy.
Oczy kleiły mi się coraz bardziej, więc ułożyłam się na ziemi tuż obok chłopaka. Próbowałam zasnąć jednak z tyłu głowy wciąż tłukły się moje myśli. Więc przysunęłam się jeszcze bliżej. Wtuliłam głowę w zdrowe ramię Alfy. Zapach, który tak dobrze znałam wypełnił moje nozdrza. Przyjemna woń jego ciała przeniosła mnie do snu.
<To ten... Leeen? Jesteś uratowany!>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz