17.05.2020
Miałem wrażenie, że obecność ludzi Morhen, których zauważyłem dzisiaj w wiosce zepsuła mi już całkowicie uciechę z pobytu tutaj, dlatego kiedy Jolanta powiedziała mi o zaproszeniu na kolację przez mamę Marka, pomyślałem, że to może być dobra okazja do chwilowego zapomnienia i rozluźnienia się. Zresztą jej chyba też przyda się kontakt z „normalnymi ludźmi” po tym wszystkim, co się ostatnio wydarzyło. Zgodziłem się więc, na co, jak mi się wydawało, ucieszyła się.
Do wieczora zająłem się jeszcze paroma innymi rzeczami, takimi jak chociażby zebranie drewna do starego paleniska w naszej tymczasowej chatce, bo o ile udało mi się nie zapomnieć, moja towarzyszka raczej nie jest „jeszcze” tak odporna na chłód jak ja. Tak czy siak, wieczorem stanąłem już z powrotem w progu drzwi naszej chatki, spoglądając na Olivę.
– Gotowa? – zapytałem spoglądając na jej poczynania. Siedziała przed wielkim, starym kufrem, z którego, jak się domyśliłem była ta cała masa ubrań, które teraz składała i wkładała z powrotem do środka.
– O, już jesteś. Właśnie skończyły się wietrzyć ubrania, w których pójdziemy na kolację. Nie zdążyłam ich przeprać, ale mam nadzieję że to wystarczyło. – wyciągnęła w moją stronę poskładane w kostkę rzeczy. Sama była już przebrana w ciemną sukienkę przewiązaną w pasie.
– Mam się w to przebrać? – uniosłem jedną brew,niepewny czy brać od niej to, co mi podaje.
– Nie, spalić. – odwróciła się w moją stronę z poważną miną, ale chyba przez moją niepewność, której nie zdołałem ukryć na swojej twarzy, wybuchła śmiechem. – Oczywiście, że się w to przebrać! A co niby innego? – wstała, tym razem wciskając mi świeże rzeczy w ręce. – Czekam na zewnątrz, pospiesz się.
I mnie zostawiła, zamykając za sobą drzwi. Uniosłem jedną brew, patrząc na ubrania, ale w końcu zdecydowałem się w nie przebrać. Trudno. Już po chwili oboje byliśmy gotowi – ona w swojej sukni, a ja w luźnej, białej koszuli i ciemnych spodniach.
Kiedy mnie w tym zobaczyła, nie byłem pewien co właściwie siedzi jej w głowie, ale minę miała taką, jakby co najmniej udało jej się mnie wytresować.
– Co? – burknąłem ponuro, mierząc ją zimnym spojrzeniem.
– Nic. – wzruszyła ramionami.
Do chaty rodziców Marka nie mieliśmy daleko, wystarczyło przemierzyć drużkę prowadzącą pomiędzy kilkoma innymi chatkami, przed którymi już paliły się pochodnie. Właściwie jeszcze zanim stanęliśmy przed tą właściwą, u jej progu już czekała na nas znana nam kobieta. Zapewne zdążył nas zauważyć jej ciekawski syn, stąd wiedziała że się zbliżamy.
– Proszę, proszę! Czekaliśmy na was. Mąż już jest w domu, zapraszam. – przywitała nas ciepłym uśmiechem. Przepuściłem Jolę pierwszą do środka, gdzie od razu tuż przed nami zjawił się rosły, dużo wyższy ode mnie mężczyzna z czarną brodą.
– A więc to oni pomogli mojemu niesfornemu Markowi? Witajcie! – rozłożył szeroko ramiona, witając nas w swoim domu. Poczułem się niezręcznie przez takie przyjęcie, właściwie nawet nie będąc pewnym dlaczego.
– Czy pomogli... – zaśmiała się nerwowo Jola. Od razu zauważyłem błysk w oku mężczyzny, spowodowany jej słowami. Sekunda zawahania w jego reakcji utwierdziła mnie już całkowicie w jego nieufności.
– Oj już nie bądźcie tacy skromni, mamy nadzieję, że chociaż ta kolacja wam co nieco wynagrodzi. – na jego ustach znowu pojawił się uśmiech. Gestem zaprosił nas do stołu, gdzie miejsce już zajmował czekający na wszystkich Mark. Zasiedliśmy więc, a wraz z nami gospodarze. Na stole spoczywało chyba kilka rodzai różnych potraw, których nawet w życiu nie widziałem. Zważając jeszcze na mój wyostrzony zmysł węchu i pusty żołądek, myślałem że zaraz nie wyrobię i rzucę się na to wszystko. Ekscytację przerwał mi jednak donośny śmiech mężczyzny, który zasiadł naprzeciw mnie.
– Haha, w tych czasach jak mniemam to raczej nieczęsta okazja mieć możliwość skosztować jednego wieczoru tylu wspaniałych potraw, co, dzieciaki? – mówił rozbawiony. Zaśmiałem się.
– Zdecydowanie. Pańska żona sama to wszystko zrobiła? – zapytałem, spoglądając na stół z niedowierzaniem. Chyba nawet Jolanta nie mogła uwierzyć własnym oczom.
– Oczywiście! Od najmłodszych lat pasjonuję się kucharstwem! – odpowiedziała kobieta, dumna z siebie.
– Naprawdę ma pani wielki talent. – stwierdziła Oliva.
– Och, to nic takiego, naprawdę! Jeżeli zdecydujecie się tutaj zostać, może nawet nauczę cię paru przepisów. Na pewno wam się przydają jako młodej parze, zwłaszcza w takich czasach. – zaśmiała się.
– My nie... – odparliśmy niemal jednocześnie z Jolantą, na której policzkach pojawiły się rumieńce, jednak przerwał nam tata Marka.
– Dobrze, dobrze, porozmawiamy później, a teraz zabierajmy się do jedzenia, bo nie ręczę, że zaraz nie dam rady się powstrzymać przy takich zapachach. – ucałował żonę w skroń, po czym życzył wszystkim smacznego. Zabraliśmy się do jedzenia. Wszystko smakowało tak wspaniale, że niemal nie mogłem powstrzymać się przed ciągłymi dokładkami.
Spróbowałem chyba wszystkiego, co stało na stole, dlatego kiedy skończyłem jeść, czułem jakbym nigdy w życiu nie najadł się do aż tak syta. Brodaty mężczyzna widząc, że już zjedliśmy, wstał.
– No, a teraz pora na najlepsze dzieło mojej żony. – zaśmiał się i ruszył w kierunku drewnianej szafki, z której wyciągnął kubki i zaraz w małej, drewnianej beczce doniósł... Alkoholu. – Polewamy! Za pomoc Markowi! – zanim zdążyłem zaprotestować, mężczyzna już podawał mi kubek pełen „wyśmienitego trunku jego żony”. Czy on chce nas upić? Zerknąłem niepewnie w jego stronę. Właśnie skończył przechylać swój kubek, rzucając w moją stronę uważne spojrzenie.
– No co jest, nigdy nie piliście alkoholu? No to najwyższa pora! – zaśmiał się, w czym zawtórowała mu żona. Byłem niemal pewien, że za tymi słowami kryło się coś jeszcze głębszego, co wyrażał tylko sposób, w jaki na nas spoglądał.
– Spokojnie, po prostu dawno nie mieliśmy okazji ku tak hucznemu świętowaniu. – uniosłem jeden kącik ust w delikatnym uśmiechu, po czym przechyliłem kubek, wypijając jego zawartość do dna. – Polewaj panie gospodarzu! – odkładając kubek wydał głuchy dźwięk uderzenia o stół, a ja przetarłem usta rękawem.
Gospodarz roześmiał się.
– No, to to ja rozumiem! – po chwili oboje już kończyliśmy drugą kolejkę. Pani gospodarz i Jolanta spoglądały na nas z zaskoczeniem wymalowanym na twarzach.
– No... Tylko nie upij nam gości do nieprzytomności, Thomas. – kobieta poklepała brodacza po plecach.
– Spokojnie, kochanie, dbam o naszych gości. Poza tym bdzie nam się teraz lepiej rozmawiało, prawda? – zapytał, spoglądając na nas. Wiedziałem. Liczy na to, że nas upije i wyciągnie informacje. Pewnie zaniepokoiły go słowa Joli, z którymi wyparowała już na samym początku. To oczywiste że ludzie żyjący na półwyspie w tych czasach muszą być bardzo ostrożni.
– Oczywiście. – odpowiedziałem mu równym śmiechem. – O wiele lepiej! – no cóż, my też możemy coś z nich wyciągnąć.
– Świetnie! Co was tutaj w ogóle sprowadza, mili goście? Jesteście młodą parą, podróżujecie samotnie? – poruszył brwiami, mrugając przy tym, jakby już delikatnie czując zawroty głowy. Nie miałem wątpliwości, że nie udaje, bo po moim ciele już rozniosło się przyjemne ciepło, a obraz przed oczami delikatnie zaczął falować. Ale zabawa! Niczym w gliniarza i przestępcę, którzy spotkali się w barze!
– No cóż, uciekamy ze starego miasta. Mieszkaliśmy tam na obrzeżach, ale zrobiło się niebezpiecznie i postanowiliśmy znaleźć nowe lokum. – wstrząsnąłem ramionami, podpierając łokcie na stole. Thomas, jak nazwała go kobieta, cały czas przypatrywał się uważnie, jakby szukając najmniejszej oznaki kłamstwa.
– Rozumiem. Nam też coraz ciężej wyruszać tam w wyprawy. Podobno właśnie tam przebywa ten cały Fenrir, który jest odpowiedzialny za te obrzydliwe przemiany. – odpowiedział.
– Mąż musi wyruszać z innymi mężami, dlatego zdziwiło nas, że wy, tak młodzi podróżujecie sami. – wtrąciła kobieta, jednak mojej uwadze nie uszło, że zaraz po tym Thomas rzucił jej swoje karcące spojrzenie.
– Czasem z mężami, czasem samotnie... Różnie to bywa. No, a skoro mieszkaliście razem już wcześniej, jak zaczęła się wasza znajomość? Żona bardzo lubi słuchać opowiadań o miłosnych poznaniach. – uśmiechnął się do kobiety, a później przeniósł wzrok na Jolantę, jakby chciał, by to właśnie ona odpowiedziała mu na to pytanie. Dziewczyna zamrugała, przenosząc niezręczne spojrzenie na mnie, jakby oczekując jakiejś pomocy w tym, co ma odpowiedzieć. W zamian rzuciłem jej tylko chytre spojrzenie. No, Jola, jak zaczęła się nasza „miłosna” przygoda?
Jolka?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz