2.07.2020
Ogień przyjemnie trzeszczał napawając mnie uczuciem spokoju i bezpieczeństwa. Woń świerkowego dymu przypominała mi o długich dniach spędzanych w towarzystwie babci. Tęskniłam za nią, za wszystkimi jej opowieściami i trybem życia jaki wiodła.
— A co, chcesz się mnie pozbyć?
Spojrzałam na wyraźnie rozbawionego tą wizją Adrika. Jego głos przypominał pomruk kota, któremu niczego w tej chwili nie brakowało. Patrzył na mnie na wpół otwartymi oczami, beztrosko wyprężony na drewnianych panelach. Widać było jak swobodnie czuje się w tej chwili.
— Skoro tak chętnie mówisz mi jak to zrobić. — Patrzyłam mu uważnie prosto w oczy. W błękitnych tęczówkach migotały złote drobiny wschodzącego słońca. Zapowiadały niebezpieczeństwo skrywane przez ich właściciela.
W pokoju rozległ się cichy śmiech poprzedzony rozbawionym parsknięciem. Patrzyłam zaskoczona na Adrika, zadając mu nieme pytanie.
— Nie byłabyś w stanie ubić muchy. Nie mówiąc o mnie.
— Wcale że nie. — Prychnęłam urażona, nachylając się w jego stronę. Podpierałam się na jednej ręce, mierząc mężczyznę upartym spojrzeniem. W końcu się jednak uśmiechnęłam widząc jego niezmiennie pogodny wyraz twarzy.
— Nie dałabyś rady — nie miał zamiaru odpuścić, wyraźnie się ze mną drażniąc.
— To nie może być takie trudne.
— A zabiłaś coś kiedyś? Cokolwiek?
Otworzyłam usta natychmiastowo chcąc odpowiedzieć, ale zamknęłam je uświadamiając sobie, że nie wiem właściwie co.
— Właśnie.
— No ale zwierzęta z wnyków..! — niemal się zakrztusiłam nabierając zbyt dużo powietrza, zbyt szybko chcąc znaleźć coś co uratowałoby moją urażoną dumę.
— Pułapki się nie liczą — mruknął wyciągając się jeszcze bardziej na podłodze, uznając za wygranego. — To one zabijały, nie ty.
— Czasem musiałam dobić zwierzęta...
— Nie liczy się.
— Jak takiś mądry to kogo w takim razie ty zabiłeś?
— Jesteś pewna, że chcesz wiedzieć? — patrzył na mnie spod uniesionych brwi.
Dopiero teraz uświadomiłam sobie że zadałam to pytanie osobie odpowiedzialnej za wszystko to, co przecież dzieje się teraz na półwyspie. Dziwnym trafem wciąż nie mogłam się przyzwyczaić, że to właśnie on przyczynił się do stworzenia tak wielu metamorfoz i do zniszczenia spokoju panującego na Aralun. Na jaką odpowiedź miałam liczyć? Była tylko jedna.
Naukowiec podniósł się nieco na przedramieniu i uniósł ciało obracając tak, że nasze twarze znajdowały się teraz na przeciwko. Przebiegł mnie niespokojny dreszcz. Nawet nie zdążyłam się odezwać.
— I tak bym ci nie powiedział. Nie uwierzyłabyś.
— Co masz na myśli? — ściągnęłam brwi w pytającym geście, próbując dojść co właściwie znajduje się w jego głowie. Krótkie wstrząśnienie ramionami tylko mnie zirytowało. — Więc wystarczy że dźgnę cię tutaj? — ubodłam go w pierś wbijając palec w miejsce gdzie znajdowało się serce. Łomotało szybko i nierównomiernie. Spodobał mi się ten rytm.
— Albo utniesz głowę.
Chwycił za dłoń, którą naciskałam na jego tors i położył ją na swojej szyi. Palce niespokojnie zadrżały kiedy poczułam pod opuszkami silne tętno. Z paniką spojrzałam w jego oczy. Jasne, przejrzyste a równocześnie ciosane ukrytym głęboko w środku chłodem lodowca. Te same dwie bryłki lodu przeszywały mnie teraz na wskroś. Pierwszy raz w życiu czułam naraz taką niepewność i przyciąganie. Miałam wrażenie jakby te chłodne oczy mnie mamiły. Jakby wcale nie były tak zimne.
Drobne zmarszczki pojawiły się w kącikach oczu naukowca. Jego skryty uśmiech przywrócił mnie do rzeczywistości.
— To irytujące. — ciężko przyszło mi się odezwać. Mój głos był zachrypnięty i stłumiony.
Odpowiedziało mi krótkie, pytające "hmm?" i uniesione brwi.
— Nie widzisz we mnie najmniejszego zagrożenia...
— Bo nim nie jesteś. Miałaś już tyle okazji żeby cokolwiek zrobić. Z resztą i tak mam na ciebie oko. — Uśmiechnął się krótko. Mogłam przyjrzeć się jego cienkim wargom, z wyraźnie zarysowanymi kącikami.
— Przepraszam — cofnęłam rękę z jego szyi zdając sobie sprawę, że dalej za nią trzymałam. Nerwowo podniosłam się na nogi i odsunęłam od kominka. Jeszcze przez chwilę czułam na sobie jego spojrzenie kiedy zaczęłam rozglądać się za czymś na przebranie. — Dziś jest ten festyn?
— Tak. Ludzie pewnie niedługo zaczną się zbierać.
— Masz jakiś plan?
— Plan na co?
— No... Nie pozwolisz chyba tym ludziom żeby skrzywdzili mieszkańców. Prawda? — spojrzałam na niego z niepewnością.
Adrik patrzył w nieokreślony punkt na suficie, milcząc przez chwilę, która dla mnie zdawała się godzinami. W końcu otworzył usta. Westchnął ciężko.
— Musimy się zbierać, — nie mogłam uwierzyć w to co słyszę — nie zostaniemy tu.
W jednej chwili doskoczyłam do niego, kiedy podnosił się z podłogi. Złapałam za ramiona i potrząsnęłam nim z przejęciem.
— Jak nie zostaniemy!? Oczywiście że zostaniemy! Nie możesz ich zostawić.
— Mogę i to zrobię. — Grymas na twarzy zdradzał, że nie czuł się komfortowo w tej sytuacji. Chciał się odsunąć ale uparcie go trzymałam. Nikt inny go nie przekona jeśli ja odpuszczę.
— Nie możesz... Nie możesz, rozumiesz!? — poczułam jak drży mi głos kiedy kolejny raz szarpnęłam jego ciałem. Moje palce uporczywie wbijały się w materiał jego ubrania i skórę, z obawy że ostatnia osoba która mogłaby coś zrobić, zaraz wyślizgnie się z mocnego chwytu.
Błękitne oczy w ciszy wpatrywały się w moją twarz. Dopiero teraz zobaczyłam skrzętnie ukrywane przez Adrika zmęczenie, tuszowane ściągniętą miną i twardą postawą. Łzy mimowolnie wezbrały pod moimi powiekami, kiedy naukowiec objął moje nadgarstki w swoje dłonie. Czułam, że przegrywam. W końcu mnie odepchnie. Jestem przecież tylko kolejną osobą, która miała przyjąć nowy gen. Będę tylko eksperymentem. Jednym z tysięcy.
— Nie możesz ich zostawić... — patrzyłam bezsilnie w jego oczy — A jak zostawisz... Ja nigdzie nie idę. Możesz mnie zmuszać jak tylko chcesz ale ja w przeciwieństwie do ciebie nie mam zamiaru ich zostawić!
Ciężko było uwierzyć jak w zaledwie kilka godzin cicha i spokojna osada przemieniła się w huczne i ozdobne miejsce. Puste stoły wystawione wokół głównego punktu wioski teraz stały uporządkowane w okrąg, przedzielony w dwóch miejscach tworząc w ten sposób przestrzeń wykorzystywaną jako ścieżka. W środku okręgu ludzie tańczyli, a młodsze dzieci bawiły się na uboczu. Na nakrytych blatach znajdowały się potrawy o jakie nie podejrzewałoby się ludzi kryjących się miesiącami przed wzrokiem miasta Fenrira. Nie widziałam takich przysmaków od miesięcy, nie mówiąc o możliwości zjedzenia ich.
Adrik niechętnie szedł za mną. Wizja pozostania w wiosce na ten dzień nie przypadła mu do gustu. Po rozmowie z tutejszymi strażnikami dopadły go dodatkowe wątpliwości. Mnie również nie przypadło nastawienie mężczyzn, którzy choć zapewnili o wzmożonej czujności w trakcie święta, wydawali się nawet nie dopuszczać możliwości, że ktokolwiek mógłby ich zaatakować, że ktokolwiek z zewnątrz mógłby znać umiejscowienie tej wioski. Naukowiec spędził kilka długich minut na narzekaniu i mamrotaniu pod nosem, zanim w końcu się uspokoił. Pomogło też przy tym ciągłe podtykanie mu do zjedzenia najróżniejszych smakołyków.
Pałaszowałam właśnie szarlotkę, kiedy najpierw rozpoznałam radosny głos, a zaraz po nim z tłumu wyłoniła się blond czupryna Marka. Chłopiec musiał zauważyć nas już wcześniej bo kierował się prosto w naszą stronę i ciągnął za rękę swojego ojca.
— Eee, Adrik..? — zwróciłam się do mojego towarzysza, ostrzegając przed niechybnie zbliżającą się rozmową.
Naukowiec podparł się dłonią o stół, przysiadając na nim w rozluźnionej pozie i uśmiechając się przywitał naszych nowych znajomych.
— Więc jednak przyszliście. — Thomas wydawał się zadowolony z naszej obecności. Poczułam na sobie krótkie spojrzenie Adrika.
— Oliva nie chciała odpuścić i zmusiła mnie do wyjścia. Prawdę mówiąc...
— To nigdy nie byłeś na dożynkach, co? — wcięłam mu się złośliwie w zdanie. Zdziwiło mnie kiedy skinął głową. — Naprawdę?
— Teraz masz najlepszą okazję! — bez zapowiedzi Thomas klepnął Fenrira w kumpelski, jednak pozbawiony wyczucia sposób po plecach. Chlopak aż wciągnął gwałtownie powietrze. — Musisz go z wszystkim zapoznać — zwrócił się do mnie.
— Nie odpuszczę tego — parsknęłam śmiechem widząc minę Adrika.
— No to już! I bawcie się dobrze! — W jednym momencie zostaliśmy zaciągnięci w tłum dorosłych tańczących ludzi.
Naukowiec próbował wydostać się z tłumu, ale szybko złapałam go za rękę. Nie zwróciłam większej uwagi na przesłanie kryjące się za jego spojrzeniem, zamiast tego przybliżyłam się do niego bardziej.
— Chyba nie odmówisz teraz tańca skoro i tak jesteś już w tłumie? — pomimo prób zaprzeczania nie dałam mu się uwolnić. Całe ciało miał zesztywniałe. Czułam że nie ma pojęcia co zrobić z rękami. — Nie umiesz tańczyć, co?
— Jakoś nie miałem okazji...
— To nie trudne. Wolnego każdy głupi zatańczy. A póki mnie za bardzo nie zdeptasz to nie masz się czego martwić. — Chwyciłam jego dłonie i ułożyłam na mojej talii. Zamierzam go nauczyć. To na pewno.
Adek? 😏 co się dalej zdarzy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz