19.05.2020
Słuchanie wymyślonej opowieści o naszej „miłości” sprawiało mi naprawdę wielką frajdę, zwłaszcza w otaczającym mnie właśnie stanie lekkiej błogości. Nawet udało mi się nieco przymróżyć oko na dręczącą mnie wcześniej myśl o tym, że gospodarze po prostu chcą wyciągnąć z nas jakieś informacje. Naprawdę dobrze się bawiłem, chociaż nie byłem pewny czy nie była to po prostu zasługa działania alkoholu. Tak czy siak po powrocie do naszego tymczasowego lokum zrobiłem wszystko co w mojej mocy, aby jak najszybciej wpakować się do starego, ale wygodnego łóżka. Już prawie zdążyłem zasnąć, kiedy usłyszałem gdzieś za sobą stanowcze „suń się”, a materac pode mną poruszył się pod wpływem ruchu osoby, która na nim usiadła. Mruknąłem ciche „mhm”, przesuwając się o parę centymetrów.
– I nie zbliżaj się nawet w nocy. – ziewnęła dziewczyna, już leżąc gdzieś po drugiej stronie łóżka i zaciągając w swoją stronę kawałek okrywającej mnie kołdry.
– Jak chcesz, tylko później nie narzekaj że ci zimno. – wymamrotałem w półśnie, mimowolnie unosząc kącik ust w delikatnym uśmiechu.
– Przeżyję. – burknęła od razu.
Właściwie nie byłem nawet pewien, w którym momencie ogarnął mnie sen, ale już po chwili oboje głęboko się w niego pogrążyliśmy. Miałem wrażenie, że coś mi się śni, jednak kiedy tylko mojego wyczulonego słuchu sięgnął czyiś głos, tam, poza jawą, umysł szybko się rozbudził, a ja gwałtownie otworzyłem oczy. Dookoła było jeszcze całkowicie ciemno. Przez małe okno znajdujące się centralnie naprzeciw mnie, widać było księżyc, a jego położenie utwierdziło mnie w tym, że jest środek nocy. Wsłuchałem się w otoczenie. Usłyszałem jakby szelest gdzieś koło naszej chaty. Nie wydawało mi się. Ktoś tam był i z pewnością się przemieszczał. Wysunąłem się spod kołdry i powoli skierowałem w stronę drzwi, instynktownie mijając każdy skrawek podłogi, który mógł wydać z siebie skrzypienie. Chwyciłem za klamkę, przykładając bok głowy do drzwi i wsłuchałem się. Kroki ucichły, ale dla mojego słuchu nadal były słyszalne gdzieś z oddali. Uchyliłem drzwi i wysunąłem się na zewnątrz, od razu przemieniając swoje ciało w metamorfozę. Ruszyłem cichym, ale zwinnym krokiem w stronę dochodzących z niedaleka odgłosów. Podążałem za nimi jakąś chwilę, aż w końcu nieopodal, na małej polanie ukazała mi się nieduża grupa ludzi, dokładnie czterech, siedzących na trawie w okręgu. Rozmawiali o czymś półszeptem, jakby byli świadomi tego, że ktoś może ich podsłuchać. Zaraz, nie, to nie byli ludzie. Ich zapach wskazywał z pewnością na metamorfozy, ale nie naturalne, tylko przemienione sztucznie. Zaczaiłem się za małym krzakiem, wyrastającym jakieś parę metrów od postaci. Jeden z nich odwrócił głowę tak, że mogłem ujrzeć profil jego twarzy. I nie miałem już żadnych wątpliwości. Żołnierze z Morhen. Sądząc po ich liczbie – zapewne jakaś jednostka specjalna przeznaczona do tego typu podboju wiosek i łapanek ich mieszkańców, czyli doskonale tak, jak się spodziewałem. Cała wiocha, którą miałem sobie zgarnąć pójdzie w łapska tego zasranego króla. Skupiłem się bardziej, aby usłyszeć o czym rozmawiają.
– Z tego co udało mi się zorientować, jeden z obrońców wioski urodził się z anomalią i potrafi się teleportować w krótkich okresach czasu. – szepnął jeden.
– Świetnie. Zapewne wystarczy osłabić go przy pomocy kogury i damy radę go zwinąć. Ale to nie wszystko. To tylko jeden z anomalią, a jestem pewien, że jest tam ich więcej. I dzieci. One są naszym najważniejszym celem, potomkowie tych wszystkich hybryd. – mówił drugi z żołnierzy, uważnie spoglądając przy tym w oczy pozostałym zgromadzonym. – nie damy rady ich wszystkich zgarnąć przy pomocy mojej telekinezy, ale kontaktowałem się już z załogą nadmorską. Przyjdą tu jutro podas ich święta i nam pomogą. Nikt niczego nie będzie się spodziewać. – mówiąc to miał poważny wyraz twarzy, ale nie umknął mi uśmiech, który zagościł na ustach jednego z jego rozmówców. Nagle nieopodal mnie rozniósł się cichy dźwięk czyjejś obecności.
– Co to było? – szepnął jeden ze zgromadzonych i od razu podniósł się na nogi. Przeniosłem spojrzenie w stronę źródła dźwięku i... Myślałem że zaraz coś rozszarpię. Nie, ja naprawdę zaraz coś rozszarpię. Za jednym z drzew, przylegając do niego krył się nikt inny jak Oliva. Dałbym sobie rękę uciąć, że słyszałem jak zaklęła.
– Hej, to kobieta! Jesteś z wioski? Na pewno! – nawet nie zdążyłem się ponownie obejrzeć na wrogów, a ci już byli na wyciągnięcie ręki od niej.
– Wyjdź, nie bój się! – zawołał inny. – I tak już wiemy że tam jesteś. Przyszłaś się pobawić, co? Nie pogardzimy takim młodym ciałem... – zaśmiał się kolejny, czemu zawtórowało chciwe „śmiało” jego barczystego towarzysza. Z każdą chwilą byli coraz bliżej niej, już myślałem, że w końcu jej dosięgną, kiedy nagle dziewczyna zerwała się do ucieczki.
– Stój! – warknął jeden z nich, rzucając się w jej stronę z zawrotną prędkością. Już prawie miał w swoim wielkim łapsku tył jej ubrania, dlatego nie spodziewał się ataku od boku.
Uderzyłem w niego ostro, odpychając go wprost na drzewo akurat w chwili, kiedy oszołomiona Jolanta upadła na ziemię tuż za mną. Od razu przemieniłem się w człowieka, zaciskając pięści w wyprostowanej pozycji. Nawet nie zdążyłem się odezwać, gdyż wyprzedziło mnie głośne „Fenrir!”, pochodzące od mężczyzny, który znalazł się teraz naprzeciw mnie.
– Nie spodziewaliśmy się ciebie tutaj. – rozłożył ręce w powitalnym geście. Od razu dało się dostrzec, że jego radość jest udawana. Mężczyzna, w którego uderzyłem leżał teraz na czworaka, chyba jeszcze nie dowierzając krwi kapiącej z rozcięcia na jego głowie. Przeklął cicho.
– Fenrir? Ten dzieciak? – burknął, spoglądając w moją stronę.
– Wszędzie poznałbym te mrożące krew w żyłach oczy! Osobiście mnie przemienił, prawda? – odparł dumnym tonem, zwracając się najpierw do swoich towarzyszy, a później do mnie, chcąc bym potwierdził jego słowa. Uniosłem jedną brew.
– Możliwe. Nie zwracam zbytnio uwagi na obiekty. – wstrząsnąłem obojętnie ramionami, nie spuszczając spojrzenia z jego śmiejących się oczu. Czułem się tak zażenowany, że aż trudno to opisać.
– Oj, nie rań mnie. Tak bardzo chciałem żebyś mnie zapamiętał... – udał zasmucenie.
– Nie interesują mnie zabawki króla. Poza tym przyszedłem tylko po nią. – mruknąłem znudzony, wskazując gestem na przypatrującą się wszystkiemu dziewczynę. Mężczyzna chwilę milczał, po czym głośno się roześmiał. Zamrugałem, próbując odgadnąć co go tak bardzo rozbawiło, ale nic mnie nie oświeciło.
– Tak się składa, że Ty również jesteś jego zabawką. – powiedział w końcu, ocierając palcem łzę spod oka. Zaraz po tym gwałtownie spoważniał. – A ta dziewczyna już nie należy do ciebie. Dobrze to wiesz, bo i tak nie masz z nami szans jeden na... – moja pięść uderzyła prosto w jego nos, a towarzyszące temu donośne chrupnięcie jeszcze dobrze nie ucichło, kiedy moja noga trafiła go prosto w brzuch.
– Nie chrzań. – westchnąłem już blokując przy tym ofensywny atak jego kompana. Zaskoczyłem ich. Dwóch kontuzjowanych i dwóch sprawnych, teraz siły powinny być wyrównane. Wykręciłem rękę szczupłemu blondynowi, chwytajac dłonią za jego jasne włosy i uderzając jego głową prosto w drzewo. Pięść czwartego z mężczyzn świstnęła mi przed oczami. Przemieniłem się prędko w hybrydę, by ranić go pazurami w nogę. Upadł prosto przed Olivą, która sprzedała mu kopniaka wymierzonego między oczy, widocznie poruszona tym, co chcieli jej zrobić.
– To wszystko? – Miałem zamiar się odwrócić, ale gdzieś za mną brzdęknął metal, który już po chwili poczułem na swoim policzku, podczas robienia uniku. Trysnęła krew. Chciałem wykręcić rękę atakującemu, ale już prawie sięgał mojej szyi. Odepchnąłem go silnym kopniakiem, czując za to, jak coś innego uderza we mnie. Nie byłem pewien który z nich zaatakował mnie właśnie w postaci wielkiej metamorfozy, ale już po chwili zasłaniałem się przed jego szczękami, przywalony do ziemi. Poczułem ogarniającą mnie frustrację. Jak coś, co sam stworzyłem, może próbować ze mną walczyć?
W dodatku ze względu na to, że oni również służą królowi, muszę się powstrzymywać przed ich zabiciem... A może to nie byłoby wcale takie złe? Gdybym nie oszczędził żadnego z nich, nie byłoby świadka, a więc nikt nie doniósłby na mnie temu grubemu filetowi. Nie... Przecież nie jestem mordercą. Nie jestem? Jestem nim. Zabiłem już tak wielu dla przeżycia, że mógłbym ułożyć z ich ciał wielką górę, a gdybym się na nią wspiął, byłbym na równi z najwyższą wieżą zamku Morhen. Przecież nie zrobi mi różnicy zabicie kilku kolejnych... Dosyć.
Przemieniłem się w metamorfozę i przejechałem pazurami po pysku napastnika, dzięki czemu zyskałem sekundę na wyślizgnięcie się spod niego. Szybko odnalazłem wzrokiem dziewczynę, która przyszła tu za mną. Nabrałem powietrza w płuca, aby powiedzieć jej, by się przygotowała, ale rozbita głowa zdążył prędzej sprzedać mi kopa w brzuch, przez który straciłem dech.
– Adrik, uważaj! – usłyszałem jej głośne wołanie, ale zanim pozbierałem się po sile uderzenia żołnierza „specjalnego”, złamany nos zdążył złapać mnie za włosy. Zamachnąłem się mocno, uderzając go w skroń akurat w tej samej chwili, kiedy on zatopił ostrze noża w moim ramieniu. Przeszyła mnie fala bólu, ale nie było chwili na zatrzymanie się. Zanim rozbita głowa zdołał zareagować, przemieniłem się w metamorfozę, rzucając się w stronę Jolanty.
– Złap się. – głos człowieka mówiącego w postaci hybrydy brzmiał naprawdę dziwnie, ale Oliva chyba zrozumiała co chciałem jej przekazać. W chwili kiedy się spotkaliśmy, ułożyłem się tak, by mogła pochwycić mnie za szyję i chociaż częściowo wspiąć się na grzbiet.
Żołnierze od razu puścili się w pęd za nami, jednak pogoń nie trwała długo, bo kiedy tylko zaczęliśmy się zbliżać do wioski, odpuścili. Ja również zwolniłem kiedy przed nami zamajaczyły drewniane chaty i przemieniłem się w człowieka, delikatnie zsadzając z siebie dziewczynę.
– Dlaczego stanąłeś, uciekajmy! Zaraz tu będą! – pociągnęła mnie za rękaw koszuli.
– Zaczekaj. – sapnąłem zatrzymując ją. – Nie będą walczyć pod wioską. Zauważą ich strażnicy. – odwróciłem się za siebie. W tyle nikogo już nie było. No tak, gdyby zaatakowali nas tutaj, zwrócili by na siebie uwagę stróżujących, a oni wszczęli by alarm. Cały ich plan z jutrzejszym, no, właściwie już dzisiejszym przejęciem wioski poszedłby na marnę, a do nich nie zdążyłaby przybyć pomoc. Może i by wszystkich pokonali, sądząc po ich szybkiej regeneracji, ale nie zdołaliby pojmać wszystkich, którzy zdecydowaliby się uciec.
Chwyciłem za nóż, który nadal tkwił w moim ramieniu. Krew pobrudziła mi cały rękaw koszuli...
– Zostaw, pomogę Ci. – odezwała się Oliva, ale już wyrwałem ostrze ze swojego ramienia, lekko krzywiąc się przy tym z bólu.
– Adrik! – zauważyłem, że sięga do dołu swojej sukni, aby urwać z niej kawałek materiału, ale powstrzymałem ją.
– Zostaw. Nie jestem człowiekiem, zaraz nie będzie po tym śladu. Lepiej chodźmy do chaty. – mruknąłem, ruszając w stronę naszego lokum, przy okazji przyglądając się uważnie, czy za którąś z chat nie przechadza się jakiś nocny strażnik.
– Co... Więc nie musisz nawet uważać na atakujących cię nożami? – dziewczyna zmarszczyła brwi, ruszając obok mnie.
– Żartujesz? – uniosłem brwi w górę, przenosząc na nią zdziwione spojrzenie. – Ból odczówam tak samo jak ty. – pokręciłem głową na boki z westchnieniem.
– Nie jestem metamorfozą, nie wiem o takich rzeczach. – odpowiedziała mi stanowczo.
Po powrocie chyba żadne z nas już nie czuło się senne, a jednak słońce nie zaczęło jeszcze wstawać. Jolanta zdecydowała się więc zapalić kilka świeczek, pozostawionych w chacie pewnie jeszcze przez starych właścicieli, a ja rozpaliłem ogień w palenisku, przy którym usiedliśmy, by się ogrzać.
– Jak więc zabić metamorfozę? – pytanie dziewczyny dobiegło mnie nagle, podczas gdy ona spoglądała prosto w palący się ogień.
Wzruszyłem ramionami.
– Odrąbać łeb, przebić serce, zatłuc kiedy jest pod wpływem związku x, albo ranić kogurą. – odpowiedziałem w zamyśle, zauważając, że zaciekawiła się, kiedy wymówiłem nazwę tych ostatnich. Uprzedziłem ją więc, wyjaśniając. – Po podaniu mecie związku x, zależnie od dawki, przez jakiś czas staje się ona jak zwykły człowiek, a kogura to broń, po której nie potrafią zregenerować się tak szybko. Działa ona na nas tak jak zwykła broń na człowieka. – pomasowałem ramię, które jeszcze chwilę temu mocno krwawiło. Teraz nie pozostał tam już nawet ślad po tym, co się wydarzyło. Rozciągnąłem się więc, wygodnie kładąc na ziemi i przymykając oczy. Ciepło ognia przyjemnie szczypało mnie w skórę.
– A co, chcesz się mnie pozbyć? – mruknąłem z rozbawieniem, uchylając delikatnie powieki.
Jolka? Długie wyszło 😂
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz