Od Adrik'a Cd Jolanty #25

28.07.2020
Zdecydowanie nie byłem przyzwyczajony do przebywania w tłumie, czy w ogóle uczestnictwa w masowych zabawach. Było to dla mnie coś równie dziwnego jak chociażby próby spokojnego życia tych wszystkich ludzi na Półwyspie Aralun, czy tymbardziej tworzenia przez nich rodzin z nadzieją na szczęście i bezpieczeństwo. Nie, oni byli pewni tego, że nic nie może się im stać. Może nawet nie mieli świadomości, co dzieje się z podobnymi do nich osadami w tym przeklętym miejscu?
Radosne rozmowy i śpiewy niczego nie spodziewających się mieszkańców wioski przepełniały moje uszy, a ich muzyka grana na własnoręcznie przyrządzonych instrumentach usilnie starała się odwrócić moje myśli od tego, co przepełniało je odkąd wyszliśmy z chaty. Od błagalnej reakcji Olivy na moje słowa o opuszczeniu wioski i zostawieniu jej samej sobie. Od braku jakiegokolwiek planu na to, co mógłbym zrobić, aby wioska nie ucierpiała, a królewscy posłańcy nie donieśli na mnie swojemu panu. Oczywiście, najłatwiejsza byłaby ucieczka - tak mógłbym ocalić Olive nie ponosząc przy tym żadnej odpowiedzialności i właściwie tak miałem zrobić już od samego początku, ale... Sam nie wiem. Ilekroć o tym myślałem, widziałem spoglądające na mnie jej szkliste oczy, błagające o to, bym nie uciekał, ale coś zrobił. Zupełnie jakbym tylko ja jedyny mógł cokolwiek z tym zrobić. Ja, będący do tej pory odpowiedzialnym jedynie za samo największe zło, które wypełzło ze Starego Miasta. Dlaczego więc prosiła mnie o coś takiego? Dlaczego sam przestałem się z nią wtedy spierać i ugiąłem się pod tym błaganiem, chociaż mogłem zrobić cokolwiek innego?
Właściwie moje myśli na dobre przepędziło dopiero popchnięcie nas przez Thomasa wprost w tańczący tłum, z którego mimowolnie od razu spróbowałem się wymknąć, jednak nie pozwoliła mi na to dłoń Jolanty i ona sama, która zbliżyła się w moją stronę. Przewróciłem oczami z westchnieniem, niezadowolony z tego, że zaraz znowu zachęci mnie do czegoś, czego nie chcę.
– Chyba nie odmówisz teraz tańca, skoro i tak jesteś już w tłumie? – jej delikatny w tłoku wszystkich innych dźwięków głos przebił się do moich uszu.
– Właśnie, że tak. – mruknąłem z uparciem, próbując uciec spojrzeniem od jej przekonujących mnie, czarnych oczu. Nawet postawiłem już krok w tył z zamiarem wycofania się, jednak zatrzymały mnie jej delikatne dłonie. Przewróciłem oczami ze zrezygnowaniem, czując się dziwacznie na myśl, że zaraz zamienię się w jednego z tych kołyszących się dookoła bez sensu ludzi.
– Nie umiesz tańczyć, co? – zapytała. Miałem wrażenie, że dostrzegłem w jej twarzy lekkie rozbawienie, na co już zacząłem szukać usprawiedliwiającej mnie odpowiedzi jednak... Nie znalazłem jej. No cóż, tym razem musiałem dać za wygraną.
– Jakoś nie było okazji. – westchnąłem poirytowany, przewracając oczami. Byłem pewien, że dziewczyna zacznie się śmiać, jednak ona tego nie zrobiła. Wyglądała nawet bardziej jakby ucieszył ją ten fakt, a w jej oczach dostrzegłem nutę determinacji.
– To nie trudne. Wolnego każdy głupi zatańczy. A póki mnie za bardzo nie zdeptasz, to nie masz się czego martwić. – odpowiedziała ze spokojem układając moje ręce na swojej talii, a później swoje na moich ramionach, tak jak miały to zrobione inne pary dookoła nas. Zaraz po tym przeszła do dalszych tłumaczeń. – Po prostu rób teraz to co ja, wyczujesz to. – wyjaśniła spoglądając mi w oczy i zaczęła poruszać się powolnie w rytm spokojnej muzyki. Początkowo skupiłem się na jej ruchach, powtarzając je i starając się przy tym by przypadkiem jej nie nadepnąć, dosyć szybko jednak załapałem o co chodzi na tyle, by powtarzać kroki bez przykładania do nich uwagi. Może nie było to trudne, ale i tak czułem się dziwnie z tym co robię. Przeniosłem więc spojrzenie na Olivę, spotykając się z jej czarnymi oczami. Z jakiegoś powodu nie potrafiłem oderwać od nich spojrzenia, nawet nie zauważając że trwa to już dłuższą chwilę. Dopiero ona uciekła oczami gdzieś w bok, jakby delikatnie się przy tym czerwieniąc.
– Dobrze Ci idzie. Naprawdę nigdy przedtem nie miałeś okazji do tańca? – zapytała.
– Nie. – odpowiedziałem szczerze. Właściwie całe swoje dzieciństwo spędziłem walcząc o życie, a nastoletniość, choć pozwoliła mi zaznać trochę spokoju, obarczyła mnie nowymi, cięższymi obowiązkami i jeszcze się nie skończyła. – Nie zatrzymywałem się nigdy nigdzie na dłużej, to wyjątkowa sytuacja. – westchnąłem. – Gdyby nie ten atak na szpital, pewnie bylibyśmy teraz właśnie tam. – dodałem powolnie po chwili, jednak bez entuzjazmu.
– W takim razie może teraz, gdy pan naukowiec zasmakuje chociaż cząstki normalnego życia, uda się zmienić jego priorytety. – Jolanta uniósła brwi, mówiąc te słowa. Spojrzała w moje oczy, jakby naprawdę wierząc, że to mogłoby się stać.
Parsknąłem, ale nie ze śmiechu. Bardziej z uczucia żałości, wiedząc, że nawet gdybym chciał, niczego nie mógłbym zmienić. Jest już na to po prostu za późno.
– Gdybym tylko mógł się z tego wycofać. – westchnąłem, spoglądając z góry wprost w jej czarne oczy, które nagle całkowicie spoważniały.
– A nie możesz? – zapytała od razu, delikatnie marszcząc przy tym brwi. W odpowiedzi powolnie, ale stanowczo pokiwałem głową na boki. Zapanowała pomiędzy nami chwilowa cisza, jednak wiedziałem, że nie na długo. Czułem te kłębiące się teraz w głowie Olivy pytania, których wybuchu byłem niemal pewny. Ta chwila spokoju i normalności była jednak tak dziwaczna, a zarazem kojąca, że po prostu nie chciałem psuć jej opowiadaniem o swoich problemach, czy w ogóle o sobie. Zanim więc dziewczyna zebrała się na wypowiedzenie pierwszego, dręczącego ją pytania, po prostu ściągnąłem jedną rękę z jej talii, aby sprawnie przysunąć i oprzeć jej głowę na swojej klatce piersiowej. Zaniemówiła, ale się nie odsunęła. Zniżyłem więc odrobinę głowę, przymykając oczy. Bardziej niż na muzyce, skupiłem się na jej niespokojnym, zaskoczonym oddechu i miłej woni ciemnych włosów, która właściwie towarzyszyła jej odkąd się spotkaliśmy. Chciałem chociaż na chwilę zanurzyć się w poczuciu spokoju, jaki właśnie mnie otoczył, więc przymknąłem oczy, dalej powolnie kołysząc się na boki wraz z Olivą. Kiedy jednak tylko to zrobiłem, gdzieś niedaleko nas rozległ się głośny, kobiecy pisk, któremu zaraz zawtórowały kolejne, a dookoła momentalnie zapanował chaos. Nie zdziwiło mnie to. Bardziej zdenerwowało, że zepsuli taki moment.
– Zaczęło się. – Rozejrzałem się gwałtownie po miejscu, ale przez tłum przemieszczających się biegiem w różne strony ludzi ciężko było cokolwiek zauważyć. Ilu ich przybyło? Z których stron? Jak wiele mają broni działającej na hybrydy?
– Adrik, ratuj ich! – Jolanta złapała mnie za nadgarstek, posyłając błagalne spojrzenie w moją stronę. Chciałem jej odpowiedzieć, ale w tłumie ludzi zauważyłem nagle ubraną na ciemno postać, zmierzającą w naszą stronę szybkim krokiem przeistaczającym się w bieg. Zanim zorientowałem się kim jest, wypuścił z ręki sztylet, wprost w stronę Jolanty. Rzuciłem się w jej stronę, odpychając ją gwałtownie i przygniatając do ziemi.
– Idź i zamknij się w chacie. Nikogo nie wpuszczaj, rozumiesz?! – wcisnąłem jej w rękę sztylet, który po trafieniu w moje ramię upadł tuż obok i nawet nie czekając na odpowiedź zerwałem się, aby dopaść do przeciwnika i osłonić Olivę. Miałem w zamiarze zatopić w jego szyi pospiesznie przemienione pazury, jednak zanim udało mi się to uczynić, ten użył anomalii, silnie odpychając mnie telekinezą w ścianę pobliskiej chaty.
– Niespodzianka. – roześmiał się. Miał taki sam irytujący ton głosu jak podczas gdy nakryliśmy go z towarzyszami na nocnej zchadzce. To był przywódca grupy, która ściągnęła na wioskę to wszystko.
– A więc to Ty posiadasz zdolność telekinezy. – uniosłem brew. Miałem wrażenie że zabrzmiało to dla niego jak komplement, bo kiedy od razu po tym odskoczyłem na dróżkę pomiędzy chaty, ruszając w przeciwnym od niego kierunku, zerwał się za mną dopiero po chwili. Może był również zbyt pewny swoich umiejętności? Tak czy siak miałem nadzieję, że nie będzie w stanie użyć anomalii gdy nie będę w zasięgu jego wzroku. Zauważyłem że część najeźdźców walczyła z ludźmi przy głównej bramie, zaś reszta starała się uniemożliwić mieszkańcom schowanie się w ich domach. Właśnie jednego z tych ostatnich spotkałem zaraz po minięciu kolejnej chaty. Nie zdążył zareagować, a już zaczął krztusić się własną krwią, kiedy przeciąłem mu gardło. Nie zamierzałem się wahać, zwłaszcza, że i tak już byłem bestią. Bez względu na to co zrobię, nie wymarzę swojej przeszłości, a najeźdźcy wioski byli teraz zagrożeniem również dla mnie, skoro ugiąłem się i zostałem wiedząc co się stanie. Zwłaszcza ci, którzy znali mnie jako Fenrira.
Właściwie mając w głowie obraz błagającej mnie o zostanie Olivy oraz mojej siostry, która mogłaby cierpieć gdyby tylko Król Morhen dowiedział się co w tej chwili robię, nie zwracałem uwagi na to jak wielu łowców i w jaki sposób zabijam. Po prostu wykańczałem ich jednego po drugim, nie mając zamiaru zostawić żadnego świadka tej jatki, pochodzącego z Morhen przy życiu. Anomalną Betę zostawiłem sobie oczywiście na koniec. Gdyby nie zaistniałe okoliczności, na pewno rozśmieszał by mnie fakt, że cały czas ściga mnie, zamiast skupić się na innych. Chciał coś udowodnić? Miał być przynętą, która mnie zajmie, ale niezbyt mu to wyszło? Tak czy siak, zaczął mnie już irytować. Szczególnie, kiedy wyskoczył na mnie z dachu jednej z chat w postaci wielkiego mutanta, gdy chciałem rozwalić kolejnego żołnierza.
– Walczysz po złej stronie, Fenrir. – parsknął zdenerwowany, kiedy uniknąłem jego ataku. Szybko przeistoczył się w człowieka, dobywając swoich zatrutych noży, którymi zaczął wymachiwać w moim kierunku.
– Nie tobie to oceniać. – mruknąłem obojętnie, posyłając mu zirytowane spojrzenie. Jego ataki były powolne, nieprecyzyjne, jakby w ogóle nie starał się mnie trafić.
– Król Maverick nie będzie zadowolony, kiedy o wszystkim mu powiem. – wycedził złośliwie, chociaż dostrzegłem w jego spojrzeniu również rozbawienie.
Zmarszczyłem brwi.
– I tak nie wyjdziesz stąd żywy. – mruknąłem bez entuzjazmu, na co mój przeciwnik zaczął się śmiać. Po prostu zatrzymał się i wybuchł gwałtownym śmiechem.
Odruchowo zacisnąłem pięści, nieco zbity z tropu jego reakcją. Szybko jednak zdecydowałem, że wykorzystam tą chwilę nieuwagi i teraz zaatakuje go ja. Zabije go szybko, ale boleśnie.
Już brałem zamach i naszykowałem się do skoku, kiedy nagle coś trafiło mnie od tyłu. Coś, przez co po moim ciele momentalnie rozszedł się pozbawiający mnie siły ból. Prawie upadłem na kolana, łapiąc równowagę w ostatniej chwili. Sięgnąłem szybko ręką w miejsce uderzenia, gdzie palcami natrafiłem na wystający z mojej skóry pocisk. Wyrwałem go, choć nawet nie musiałem sprawdzać co to.
– Huminium. – stwierdziłem pewnie. – A więc tak to uknułeś? – zerknąłem przez ramię na stojącego nieopodal za mną żołnierza, trzymającego karabin z substancją, którą oberwałem. Zaraz po tym przeniosłem wzrok na mężczyznę przede mną. Jego mina nadal była rozbawiona, jednak teraz spoglądała na mnie z wyższością. Więc chciał skupić moją uwagę na sobie i pozbawić mnie zdolności. Zaraz zapewne zaatakuje, pewny, że nie będę w stanie się obronić bez swojej zwierzęcej formy.
– Całkiem nieźle. I co teraz, zabijesz mnie? – zapytałem, czując jak wzbiera we mnie złość. Byłem już przygotowany na odparcie jego ataku. Ku mojemu zdziwieniu ten jednak pokręcił przecząco głową.
– Nawet nie wiesz jak bardzo chciałbym to zrobić. Mógłbym też ogłuszyć cie i zabrać do króla jako zdrajcę. – zrobił mały krok w moją stronę, stając centymetry ode mnie i mierząc mnie z góry. – Wymyśliłem jednak coś, co zaboli cie jeszcze bardziej, zwłaszcza, że tak twardo jej broniłeś. – wypowiedział poważnym tonem, po którym roześmiał się i odskoczył ode mnie w postaci mutanta. Minęła sekunda zanim dotarło do mnie, że to, o czym od razu pomyślałem właśnie się spełnia. To było jak wstrząs.
– Chyba nie... – nawet nie zwracając uwagi na to, czy nadal tam stoi czy już uciekł, rzuciłem się biegiem w stronę chaty, w której miała ukryć się Jolanta. Naparłem z siłą na drzwi i z impetem wpadłem do środka. Nikogo tam nie było.

Jolka? Co się stało? 😏

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Freepik FlatIcon