Brutalnie zostałam wepchnięta do jakiegoś niezbyt dużego pomieszczenia. Natychmiastowo odwróciłam się w stronę wyjścia, by spotkać się z zamkniętymi drzwiami.
— Ej, co ty robisz?! — Krzyknęłam waląc pięściami o drewno. Dosłownie przed sekundą usłyszałam szczęk przekręcanego w zamku klucza.
— Wybacz, ale tym muszę zająć się sam! — Usłyszałam cichnącą odpowiedź po drugiej stronie i szybkie uderzenia podbić butów o posadzkę korytarza.
Głuchy plask rozszedł się po pomieszczeniu, kiedy ponownie moja pięść zetknęła się z drzwiami. Odwróciłam się rozjuszona gniewem do wnętrza pomieszczenia i... zamarłam. Ciemność. Czemu tu jest ciemno?! Odurzający strach zagłuszył mój umysł i zdrowy rozsądek. Początkowo krzyknęłam. Miałam wrażenie, że się duszę. Moją świadomość, prócz ciągłej myśli "Ciemność, ciemność, ciemność" pochłaniała wiedza, że miejsce, w którym się znajduję nie należy do największych. Wyciągnęłam drżącą ze strachu rękę przed siebie. Pustka. Powietrze. Przesunęłam nią w prawo szukając ściany. Miałam wrażenie, że jeśli nie uda mi się to w tej chwili zaraz się przewrócę. Tak jakby cały świat zaczął wirować i tańczyć pod moimi nogami. Był taki niestabilny.
Jest! Kiedy tylko poczułam twardą powierzchnię pod palcami naparłam na nią mocniej dłonią. Usilnie próbowałam przebić wszechobecną ciemność swoim wzrokiem, wszystko szło jednak na marne, a niepowodzenie tylko jeszcze bardziej mętniło mój umysł. Szloch rozdarł przestrzeń. Grube łzy płynęły przez policzki i zbierały się na brodzie, podrażając moje oczy, w momencie wypływania. Przysunęłam się bliżej ściany i przylegając do niej stopniowo zsuwałam się w dół na miękkich nogach. Ciemność, nie ma żadnego światła... to jak pustka... Miejsce dusz. Uporczywa myśl nie potrafiła odejść i dać mi spokoju.
Przyciągnęłam nogi do klatki piersiowej i obejmując je rękami zatopiłam też w dłoniach mokrą i możliwe, że napuchniętą od płaczu twarz.
Nie mam pojęcia ile czasu spędziłam w mroku. Może było to pięć minut, może godzina. Dla zachowania zmysłów ciągle się kiwałam. Przód, tył, przód... Możliwe nawet, że na moment przysnęłam.
Usłyszałam kroki. Dźwięk przekręcanego w zamku klucza. Instynktownie przytrzymałam się ściany, jako że plecami opierałam się o wejście.
— Chodź. — Męski głos towarzyszył otwieraniu drzwi.
Natychmiastowo kiedy światło trafiło do pomieszczenia skoczyłam na równe nogi i rzuciłam się na osobę stojącą w drzwiach, zamykając ją w mocnym uścisku.
— Błagam, błagam, już nigdy więcej! — załkałam żałośnie.
Jeszcze kilka kolejnych chwil zaklinałam na wiele słów, aż zdałam sobie sprawę, że osobą, którą przytulam jest zaskoczony Adrik.
***
W towarzystwie naukowca pospiesznie opuściłam szpital. Poruszaliśmy się jakimiś żadko uczęszczanymi ścieżkami. Po około pół godzinie wszystko zostało w tyle. Zatrzymaliśmy się dopiero po wejściu do lasu, by chwilę odpocząć.
Usiadłam na korzeniach jednego z setek okolicznych drzew, pozwalając, by zmęczone nogi zaznały upragnionego odpoczynku. W ciszy obserwowałam naukowca. To naprawdę przez niego dzieje się to wszystko?
Wciąż czułam zażenowanie na wspomnienie mojego zachowania w szpitalu. Praktycznie cały czas ucieczki nie odzywałam się ani słowem. Teraz jednak miałam pytania, a chciałam znać na nie odpowiedź.
— Dlaczego to robisz? Łapiesz i przemieniasz niewinnych w metamorfozy. — Zadałam jedno z tych, które szczególnie mnie nurtowały.
Mężczyzna obdarzył mnie krótkim spojrzeniem.
— Z nudów. Poza tym, miałbym pozwolić, żeby cała ta wiedza i środki, które zgromadziłem się zmarnowały?
— Nuda to bardzo głupi powód, żeby rujnować ludzkie życia... — Burknęłam pod nosem z zamiarem zakończenia rozmowy.
Adrik?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz