Od Jolanty do Adrika #30

Odruchowo pokiwałam na zgodę, słuchając Adrika. Nie mogłam jednak spojrzeć mu w oczy. Patrzyłam poniżej jego twarzy, na jego ręce, materiał pryczy... Błądziłam wzrokiem próbując zebrać myśli. Chociaż od początku wiedziałam jak czułam się z tym co powiedział. Tylko brakowało mi odwagi. A cisza robiła się coraz bardziej niezręczna. Wiedziałam, że jeśli nie odezwę się teraz, nie przyznam tego już potem. Wzięłam głębszy oddech i pokręciłam głową. Niepewnie uniosłam oczy na twarz naukowca, spotykając się z jego spojrzeniem.
— Kiedy zobaczyłam cię w Morhen... Kiedy po mnie przyszedłeś i powiedziałeś tym ludziom, żeby podali mi gen... Całkiem straciłam nadzieję. — Chciałam chwycić go za rękę, ale na samą myśl zrobiło mi się gorzej. — Przez chwilę myślałam, że to wszystko zaplanowałeś. Miałeś tam mnie, miałeś tych wszystkich ludzi, których oni porwali. Mogłeś dalej być... Fenrirem. Ale to nie jesteś ty. — Mimowolnie, na ułamek sekundy uniosłam kącik ust. — I nie uwierzę, że taki jesteś. A nawet jeśli... Chciałabym cię poznać... Wiedzieć czemu to robisz, ale też... po prostu znać ciebie. Ale powiesz mi jeśli będziesz chciał. Albo nie powiesz wcale. To zależy od ciebie. W każdym bądź razie ja nie jadę na Aries. To wcale niczego nie zmieni. Bezpieczeństwo? I tak, nawet za parę lat, już tam będąc, nie poczuję go. Nie da się żyć całkiem normalnie po tym wszystkim. A tym bardziej to wszystko zostawiając. Po co mi nowe życie, kiedy i tak będę nim żyć patrząc na to co było? Nawet nie wiedziałabym co się tu stało. Poza tym... Mówiłam, że bez ciebie nigdzie się nie ruszam. I dotrzymam tej obietnicy.
Zaraz za tymi słowami uderzyła mnie bolesna cisza. Liczyłam, że Adrik coś powie. Właściwie nawet bardziej bałam się, że moje słowa zostaną tymi ostatnimi, tymi bez żadnej odpowiedzi. Widziałam, że naukowiec myśli nad moimi słowami, że być może zastanawia się co powiedzieć. Jednak czułam się nieswojo. Chwilę wpatrywaliśmy się w siebie, aż w końcu młodzieniec otworzył usta.
— Wiesz, że nie musisz...
— Ale chcę to zrobić — przerwałam mu. — Nie zostawię cię teraz.
Sama nie byłam pewna skąd taka decyzja. Wiedziałam tylko, że naprawdę nie chcę go zostawiać. Nie teraz, nie w takim stanie... Z resztą, chyba naprawdę ciekawiła mnie jego osoba. Zdecydowanie bardziej niż na początku się go bałam.
A jednak poczułam nagłe zawstydzenie na to, co mu powiedziałam. I potrzebę, żeby jakoś odwrócić od tego uwagę.
— Z resztą — odchrząknęłam próbując odzyskać normalny głos — Nerge wciąż jest na Aralun a ja nie wiem co się z nim dzieje. No i mam kilka pytań... ale poczekam z nimi aż wyjdziemy z tego cało.
Uśmiechnęłam się do niego, pomimo głębokiego oddechu jaki zrobił i odwróconego wzroku. Może sam nie wierzył, że będzie jeszcze dobrze. Przyjrzałam się jego twarzy. Mimo, że chwilę temu odgarniał włosy z czoła, część znów na nie opadła i przykleiła się do skóry, na której występowały drobne kropelki wody. Ściągnęłam brwi. Jego twarz była też ciemniejsza i bardziej rumiana. Przyłożyłam dłoń do jego policzka. Był ciepły. Musiał gorączkować.
Cofnęłam dłoń zauważając jego zdziwione spojrzenie.
— Adrik... Jesteś metamorfozą, nie powinieneś już się zregenerować?
— Huminium dalej działa... Jestem słaby jak mierny człowiek.
— Jak długo to potrwa? Jeśli wdało się zakażenie... Możesz umrzeć bez lekarstw. — Na jego ustach zaigrał uśmiech, kiedy nasze spojrzenia się spotkały.
— Wcześniej zdążę odzyskać siły. Nie wiem ile czasu już minęło, ale dalej czuję je we krwi. Pewnie za kilka godzin wrócę do siebie. Ale oni pewnie wcześniej dopłyną do brzegu.
Deski nad naszymi głowami zaskrzypiały. Spięłam się cała, kiedy z pokładu usłyszałam znajomy, stłumiony głos. Jednak drugiej osoby nie znałam.
— Nie możemy tak po prostu zabrać ich na brzeg. Ktoś na pewno będzie ich szukać i znajdą nas kolejni.
— Nie, nie możemy. — To ten, który wcześniej stwierdził, że jestem manipulowana przez Adrika. Głosy powoli cichły kiedy oddalali się w drugą stronę. — Ale możemy za to wykorzystać obecność Fenrira i raz na zawsze pozbyć się bestii, która na nas to wszystko sprowadziła. Spalimy statek. Spłoną z nim albo utoną. Wszystko jedno. A my zostaniemy bohaterami, którzy uwolnią Aralun.
Ściągnęłam brwi.
— Zabiją nas. — Nawet nie zarejestrowałam, że powiedziałam to na głos. Usiadłam bezsilnie. — Zabiją...
— Oliva...
Uderzyła mnie nagła myśl.
— Przemień mnie.
— Co?
— Podaj mi gen. Masz jakiś przy sobie, prawda? — Widziałam przecież jak używał ich na Morhen. — Inaczej się stąd nie wydostaniemy.
Przyglądał mi się zbolałym wzrokiem. Rana musiała mu dokuczać.
— Myślałem, że nie chcesz mieć nic wspólnego z metamorfozami.
Wzruszyłam ramionami, jakby to miała być odpowiedź. Usilnie starałam się nie spuścić wzroku. Coraz gęstsza cisza wymusiła na mnie odpowiedź, której nie chciałam udzielać. Nie mógł po prostu tego zrobić, bez żadnych pytań? Jeszcze nie tak dawno temu nie robiło mu różnicy czy ktoś czegoś chciał czy też nie.
— Sam powiedziałeś, że Huminium raczej nie przestanie działać zanim dotrzemy do brzegu. Tak po prostu nikt nas nie wypuści. Nie chcę jeszcze umierać... — ściszyłam głos.
— Widać brzeg! — głos z pokładu przerwał naszą rozmowę. Serce zatłukło mi się niebezpiecznie. Aż zabolało. Przyspieszyłam oddech. — Niech wszyscy się przygotują do zejścia z pokładu! Upewnijcie się, że wszyscy wyszli. Nie chcemy, żeby ktoś został.
— Adrik, podaj mi ten gen. Nie mamy czasu.
Nie wydawał się przekonany.
— Nawet nie wiem czego to jest mieszanka. — Patrzyłam jak podnosi się do siadu, z grymasem na twarzy. Wydobył strzykawkę. — To ostatnia jaką mam przy sobie.
— Świetnie. — Szybkim ruchem odebrałam mu substancję. — Gdzie się ją wbija?
Przenosiłam spojrzenie z Adrika na strzykawkę. Trzęsłam się do tego stopnia, że miałam wrażenie, jakby dawka miała zaraz wypaść mi z rąk. Zirytowałam się dodatkowo widząc jak młodzieniec ściąga brwi. Bałam się, że jeszcze trochę i z nerwów zacznę po prostu płakać. Na co on czeka?
Przełożył nogi przez posłanie i sięgnął nimi podłogi, siadając naprzeciw mnie. Jego dłoń znalazła się na mojej, a ja widocznie się wzdrygnęłam, prawie wyszarpując rękę. Jednak zdołał zabrać strzykawkę.
— Ja to zrobię.
Przeszły mnie ciarki, kiedy chwycił moją rękę i rozprostował ją, uwidaczniając podrażnioną i odrapaną wzdłuż żył skórę. Czułam się bezpieczniej kiedy strzykawka znajdowała się w mojej dłoni. Może dlatego, że nie wierzyłam, że bym jej użyła. Nienawidzę igieł.
— Zrobisz to szybko? — spojrzałam na niego niepewnie starając się nie zdradzić jeszcze większej nerwowości.
— Nawet nie poczujesz.
Oczywiste kłamstwo. Wiedziałam o tym. Mimo to i tak poczułam się trochę lepiej. Wzięłam głęboki oddech jakby to miało mnie przygotować. Usłyszałam szybkie kroki z korytarza. Dźwięk przekręcanego w zamku klucza.
— Ał! — Szarpnęłam ręką, jednak naukowiec mocno ją trzymał. Nagłe ukłucie sprawiło, że zrobiło mi się niedobrze. Wpatrywałam się słabo jak Fenrir wtłacza gen w moją skórę.
— Co ty... — Przez zamglone spojrzenie rozpoznałam Thomasa. A potem uderzyła mnie fala bólu.
Skuliłam się, krzycząc w konwulsjach. Nigdy nie czułam takiej agonii. Wszystko bolało, wszystko piekło. Cała skóra paliła, czułam wypełniający gardło kwas. Widziałam jak dłonie, którymi podpierałam się podłogi nagle czernieją, miałam wrażenie, jakby moje kości zupełnie zmieniały swoje miejsce. Zamroczyło mnie. Jedynym co mogło ukoić ten ból było niszczenie. Rzuciłam się z rykiem na najbliższy obiekt, kompletnie tracąc panowanie. Drapałam, gryzłam, rzucałam się na wszystkie strony. A kiedy odnalazłam wzrokiem Adrika, przypomniałam sobie co tu robimy. Objęłam wzrokiem moje własne cielsko. Monstrum. Stałam na wielkich, czarnych niczym smoła kocich łapach, na dolnej wardze czułam opierające się o nią dwa wężowe kły, a u boku mignęły mi białe i czarne piórzyska wielkich skrzydeł.
— Uciekajmy stąd. — wzdrygnęłam się słysząc własny głos, tak inny, tak dziwny i pokrzywiony.
Adrik sam wskazał, bym ruszyła przodem. Musiałam stulić do siebie skrzydła by zmieścić się w przejściu. A potem ruszyłam na pokład. Podjudzana poruszeniem, które na nim zapanowało. Denerwowały mnie te krzyki. Wręcz wyskoczyłam na powierzchnię. W głowie wciąż mi wirowało, jakbym była za ścianą. Miałam rzucić się na kolejną osobę, jednak znów przypomniałam sobie Adrika. Wyszedł właśnie na zewnątrz. Odepchnęłam od siebie mężczyznę, który biegł na mnie z toporkiem. Obróciłam się w miejscu i unikając obciążania zranionej łapy, rozpędziłam się na naukowca. Widok jego zaskoczonej twarzy trwał tylko sekundę. Wybiłam się z pokładu. W przednie łapy pochwyciłam chłopaka. I wzleciałam. W stronę lądu. Nie byliśmy od niego daleko, ale wciąż dzielił nas od suchej ziemi kawał wody. Skierowałam się na zalesiony brzeg.
Im bliżej do celu tym bardziej mgła otaczająca mój umysł ustępowała. Niezrozumiała siła i motywacja nagle zaczęła ulatywać. Zdałam sobie sprawę, że jestem przerażona. Jestem nad bezkresną wodą. Kilkanaście metrów ponad nią. Byliśmy prawie u piaszczystego brzegu kiedy zdałam sobie sprawę, że to właśnie ja utrzymuję nas w powietrzu. Na skrzydłach. Jak to w ogóle działa? Czułam dodatkową parę kończyn, jednak mięśnie natychmiastowo zesztywniały, kiedy o tym pomyślałam. Nie... Pisnęłam przestraszona. Nagle wszystko odmówiło posłuszeństwa. To co miało służyć obróciło się przeciw mnie. Straciłam czucie w tej zagadnionej parze mięśni. Nagle zaczęliśmy spadać. Zakrztusiłam się powietrzem. W ostatnim przypływie rozsądku wyrzuciłam naukowca z łap. Starałam się upuścić go jak najbliżej brzegu.
Opadłam w wodę. Próbowałam wynurzyć się na powierzchnię. Poruszałam łapami w panice. Ilekroć udało mi się jednak zdobyć kilka metrów w górę, to opadałam kolejne w dół. Skrzydła mi ciążyły. Zwiotczałe poddawały się wodzie, unosząc się jedynie końcówkami. Traciłam już powietrze. Kolejny raz spróbowałam. Jest! Nie... Udało mi się poruszyć przedramieniem skrzydła, ale to był tylko chwilowy sukces. Wzmocniłam walkę samymi łapami. Wynurzyłam się nad wodę biorąc paniczny oddech. Byłam dużo bliżej brzegu niż zapamiętałam. Przez wodę wlewającą się do oczu ledwo dostrzegłam Adrika. Był na płyciźnie, bezpieczny. Machałam ile mogłam, co chwilę znów tracąc widok pod wodą. Te skrzydła to problemy...
W końcu opadłam na ląd. Biało-czarne żurawie skrzydła leżały w nieładzie, zupełnie bezwładne. Wiedziałam, że nie jesteśmy tu bezpieczni. Oni wiedzieli, że żyjemy. Widzieli gdzie uciekliśmy. Przyjdą po nas kiedy tylko przybiją do brzegu. Podniosłam się na wiotkich łapach i spojrzałam na Adrika. Co teraz..? Zdałam sobie sprawę, że nie mam pojęcia jak cokolwiek zrobić.
— Jak to cofnąć? Jak mam się stać człowiekiem? — Zaraz znów zacznę panikować.

Adrik?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata dla WioskaSzablonów | Technologia blogger. | Freepik FlatIcon