Gdy moja ręka spoczęła na klamce ciężkich, drewnianych drzwi, prowadzących do kajuty kapitana, w głębi siebie nadal czułem zdenerwowanie wywołane ostatnimi wydarzeniami. Nie zamierzałem kryć swojej niechęci ku nowemu członkowi załogi, który według mnie, nie był tu ani trochę potrzebny. Ja i Noah żyliśmy na powietrznym statku odkąd tylko pamiętam i to ja zawsze byłem jego prawą ręką. Teraz jednak wszystko się zmieniło, a na moje miejsce perfidnie wepchnął się jakiś białowłosy żółtodziób nieznanej mi rasy. W dodatku Noah, zamiast stanąć po mojej stronie, zaczął go bronić.
Zacisnąłem pięść lewej ręki i mocno naparłem na ciężkie drzwi przed sobą. Wnętrze przepełnione wszelkiego rodzaju książkami oświetlone było tylko przez stojące na dużym, rzeźbionym biurku świece. Pomimo tego, że nie znalazłem tutaj osoby, której szukałem, przekroczyłem próg pomieszczenia i udałem się głębiej. Powędrowałem wzrokiem po wielkiej szafie pełnej książek o różnorakich rasach zamieszkujących planety, które zdążyliśmy odwiedzić przez ten cały czas. Większość z nich kojarzyłem już po spojrzeniu na sam tytuł książki, jednak były i takie, które znałem jedynie z opowieści, pochodzące zapewne z czasów gdy Noah był wędrowcem w moim wieku. Cóż, trzeba przyznać, że mój towarzysz był naprawdę doświadczony w tym co robi, zresztą, co się dziwić, jeżeli swoje początki miał dobre kilkadziesiąt lat temu. Wiele razy czułem podziw co do tego, że mogę być jego sukcesorem, zwłaszcza mogąc tak wiele razy dostrzec jego zdolności w pracy.
Patrząc na oświetlane tylko delikatnym blaskiem świec okładki ksiąg, przypominałem sobie wiele poszczególnych misji, które razem wykonaliśmy. Kto by pomyślał, że mogło być tego już tak wiele. W pewnej chwili jednak, moją uwagę przykuły pojedynczo leżące na wielkim, rzeźbionym buirku, do którego się zbliżyłem, kartki. Aż zamrugałem ze zdziwienia, kiedy zauważyłem są to papiery z moim zdjęciem na głównej stronie. Sięgnąłem w ich stronę ręką i odwróciłem je w swoją stronę, chcąc dowiedzieć się dlaczego Noah trzyma to na wierzchu. Zaraz pod zdjęciem załączone były poszczególne informacje: moje imię, wiek, rasa, pochodzenie... Zaraz, Ziemia? Noah nigdy nie mówił mi, że jestem właśnie stamtąd. Ominąłem wzrokiem kilka dalszych linijek, aż w oczy rzuciła mi się konkretna informacja – wartość towaru. Milion jangów. W jednej chwili zakręciło mi się w głowie.
– M-milion... Wartość... Towaru... Wartość... Mnie? – nieświadomie wypowiedziałem to wszystko na głos, czując jak kręci mi się w głowie od tego, co właśnie zobaczyłem. Czy to jakiś żart? Tak... To na pewno musi być żart ze strony mojego towarzysza, przecież w przeciwnym wypadku raczej by to przede mną chował, prawda? Poza tym... Noah mnie wychował. Nie mógłby zrobić mi czegoś takiego.
W tamtej chwili wyczułem, że ktoś wszedł do pomieszczenia i aż drgnąłem z zaskoczenia. Odwróciłem się gwałtownie w stronę wyjścia, napotykając postać sprawnie zamykającego za sobą drzwi mężczyzny, właściciela tego pokoju.
– Ile razy mówiłem ci, żebyś nie wchodził tutaj gdy mnie nie ma? Nigdy mnie nie słuchasz. – włożył ręce do kieszeni i uniósł na mnie spojrzenie swoich pusto szarych oczu. Nie umknął mi jego delikatny uśmiech towarzyszący tym słowom. – Będziesz teraz przez to cierpieć, a mogłem wmówić ci cokolwiek, byś łatwiej się poddał i nie musiał o tym myśleć.
Zmarszczyłem brwi, nie dowierzając w to co słyszę. Nie byłem już pewny tego, czy to tylko nie śmieszny żart z jego strony, czy może naprawdę nie zdążył ukryć przede mną czegoś tak istotnego. Noah, który był dla mnie ojcem... Trzymał mnie tak naprawdę dla interesów? Cofnąłem się do tyłu pod nagłym uczuciem słabości, wpadając na biurko, o które mimowolnie oparłem się rękoma. Wbiłem w podłogę przerażone spojrzenie, nawet nie zauważając, że wstrzymuję oddech. Bicie własnego serca, rozlegające się głośno w moich uszach zagłuszało ciszę, która zapanowała między nami. Zaraz... To wszystko nawet nie ma sensu. Po co miałby mnie sprzedawać? Może nie jestem jego rodzonym synem, ale spędziłem z nim całe dzieciństwo, całe swoje życie.
I nagle to wszystko wydało mi sie na tyle zabawne, że poczułem niepohamowaną chęć śmiechu. Wybuchnąłem głośnym rehotem, łapiąc się przy tym za brzuch i zginając prawie w pół. Moje myśli przepełniły się wrażeniem, że Noah nie może robić tego wszystkiego na poważnie, a jedynie ciągnie to dalej, by zaraz powiedzieć mi, że łatwo dałem się oszukać. Postanowiłem więc również wczuć się w rolę.
– Noah. Noah, powiedz... – zacząłem w końcu, łapiąc powietrze po nagłym ataku śmiechu, którego resztki jeszcze starałem się opanować między słowami. – Skąd ta wartość? – dopiero w tej chwili odważyłem się znowu podnieść spojrzenie na mojego „mentora”. Niemal widziałem błysk swoich złotych oczu w okularach spoczywających na jego nosie, ale wyraz twarzy, który wtedy dostrzegłem, sprawił, że od razu tego pożałowałem. On mówił poważnie. Był całkowicie szczery. Chyba... Chyba bym się nie mylił, znając go całe swoje życie?
– Cóż, jesteś jednym z ostatnich Syriuszów, posiadaczem błękitnej krwi. Twoja ofiara z pewnością przekupi władcę Sekatorów do sojuszu, dając mu świadomą inteligencję. Błękitna krew ma niezwykłe działanie. – wypowiedział bez ani krzty zawahania czy wyrzutu. Po jego słowach poczułem się, jakbym wpadał w czarną, bezkresną przepaść. Musiała minąć dobra chwila, zanim odzyskałem zdolność mowy.
– Chcesz mi powiedzieć, że mam się stać przekąską na rzecz twoich interesów? Mam zostać pożarty przez jednego z potworów, które zabijałeś ze mną jeszcze wczoraj? – zapytałem bez przekonania, czując jak drży mi głos. Cisza, którą mi odpowiedział sprawiła, że napięły się niemal wszystkie możliwe mięśnie mojego ciała. Milczał. Po prostu milczał wlepiając we mnie obojętne spojrzenie.
Pokiwałem powolnie głową, czując jak w jednej chwili przepełnia mnie wewnętrzny ból i furia. Naprawdę chciałem i miałem jeszcze nadzieję, że to wszystko nie jest prawdą, jednak nawet jeżeli to byłby żart, Noah przesadził.
Biurko, o które się opierałem aż drgnęło pod naporem mojego gwałtownego odepchnięcia. Ciało samo poniosło mnie na przód, rzucając się w stronę mężczyzny stojącego przy drzwiach. Kiedy znalazłem się milimetry od niego, już byłem przeistoczony w połowiczną bestię gotową zanurzyć w jego skórze pazury. Ten jednak chwycił sprawnie moją rękę i wykręcił ją, powalając mnie ostro na ziemię. W mgnieniu oka walka zamieniła się w ostrą szamotaninę, w której gdy tylko udało mi się odwrócić na plecy pod ciężarem przeviwnika, od razu mocno szarpnąłem za jego długie, złote włosy. Wtedy jednak poczułem jak niespodziewanie opuszczają mnie siły, a chwyt mojej ręki powoli się rozluźnia wbrew mojej woli. Dopiero teraz zauważyłem, że mój przeciwnik trzyma pustą strzykawkę, wbitą blisko mojej szyi. W nagłym ataku przerażenia spróbowałem go z siebie zrzucić, ale mięśnie jakby nie chciały się mnie słuchać. Znaczy, ruszyły się, ale tylko nieznaczną odrobinę, która z pewnością nie mogła stawić oporu takiemu przeciwnikowi jak Noah.
– Ććć... Już dobrze. – szepnął, odgarniając delikatnie ciemny kosmyk z mojego czoła. Obraz jego twarzy znajdującej się tuż naprzeciwko mojej rozmazał się pod wpływem łez bezradności, które napłynęły mi do oczu. Nie byłem w stanie nic zrobić, po prostu wpatrywałem się w kształt jego niewyraźnych oczu, mogąc rozróżnić jedynie ich stalową barwę. Teraz byłem już pewien, że to wszystko nie było żartem. Noah był oszustem.
– Ufałem ci... Byłeś dla mnie jak ojciec, Noah. – szepnąłem ledwie słyszalnie, czując niemiłe pulsowanie na skroniach. Po co to wszystko było? Po co mnie wychował, nauczył walczyć, polować i latać powietrznymi statkami? Po co tyle razy ratował mi życie, kiedy byłem jeszcze dzieciakiem niezdolnym się obronić...? Po to żeby teraz dać mnie pożreć bestii, które wcześniej zabijaliśmy? Po to, żeby na mnie zarobić?
– Shin, mój chłopcze, zawsze byłeś mi synem. – wyszeptał, biorąc moje bezwładne ciało na ręce. Posadził mnie na krześle, na którym zawsze zasiadał przy swoim biurku i zaczął wiązać ciasno moje ręce z tyłu oparcia, tak, że lina aż wżynała mi się w nadgarstki. Nie byłem jednak w stanie teraz odczuć tego bólu, bo przyćmiewał go ten o wiele gorszy, wewnętrzny.
– Jesteś zwykłym oszustem, Noah. – wypowiedziałem drżącym głosem, pusto wpatrując się w podłogę. Pożerała mnie teraz wielka otchłań, przez którą dalsze uspokajania mojego towarzysza nie były w stanie dotrzeć do moich uszu. Czy właśnie tak będzie wyglądał mój koniec?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz